piątek, 30 czerwca 2017

Gorąco

We wtorek zrobiło nam się gorąco. Dzień pełen wrażeń, bo najpierw byłam w mojej pracy (stwierdziłam, że to ostatni moment może być), a potem u lekarza, którego zresztą odwiedzam już co tydzień.
Wyszłam od lekarza, który powiedział, że główka jest już bardzo nisko i zaczęły się skurcze. Powtarzaliśmy sobie, że nie ma powodów do paniki, bo są nieregularne i nie nasilają się, a to dwie najważniejsze oznaki, że poród się zaczął, gdy występują skurcze. Były ty skurcze przepowiadające, ale potrzymały nas w niepewności, bo trwały aż 7h! Podbrzusze się uspokoiło tylko dlatego, że (jak co wieczór, bo dzięki temu nie mam skurczy łydek) wymoczyłam nogi w gorącej wodzie, co zrelaksowało całe ciało. Jak długo jednak by trwały, gdybym tego nie zrobiła?
Miałam przedsmak, a mówią, że to nic. Ale było już tak, że trzymałam się ściany z bólu. W każdym razie dreszczyk emocji poczuliśmy i nie ukrywam, że byliśmy bardzo podekscytowani!

Wczoraj uczestniczyliśmy w warsztatach z symulacji porodu w naszej szkole rodzenia. Było wszystko poza parciem, rzecz jasna. Jak zwykle okazało się, że oddychanie podczas porodu, które widzimy na filmach, można między bajki włożyć. Bardzo pouczające zajęcia, polecam wszystkim, którzy mają zostać rodzicami. Dużo pracy przede mną, by właściwie oddychać, dlatego ćwiczę już od dziś minimum 2 razy dziennie, by w miarę możliwości nie przedłużać porodu. Im krócej tym lepiej, nie tylko dla mnie, ale i dla dziecka, które nie będzie uwięzione w kanale rodnym, a podczas skurczu jest niedotlenione, więc oddech jest naprawdę istotny!




Przy okazji położna mnie podotykała (przyjmowaliśmy różne pozycje w zależności od fazy porodu) i okazało się, ze jestem bardzo spięta i mam rozstęp mięśnia prostego (co jest dość częste i co podejrzewałam), więc dziś idę do fizjoterapeuty, żeby mnie okleił taśmami i rozluźnił. Może uda się jeszcze na jakiś masaż załapać przed porodem. Jak usłyszałam, że z tak spiętym ciałem będę bardzo cierpieć w szpitalu, to mi to wystarczyło... Ale w ostatnim czasie nie przykładałam się już tak do jogi, więc takie są właśnie skutki. 

Trudno się na czymś skupić po wtorkowej akcji, uwierzcie. Sprzątam (powoli, by nie urodzić :))), gotuję, staram się czytać, ale głowa już nie ta, naprawdę. Do terminu niecałe 4 tygodnie, ale nie sądzę, bym donosiła. Przepowiadające są najczęściej 2 tyg przed porodem, więc tylko liczymy, że zdążymy się przeprowadzić. Pozostały czas poświęcam ludziom, których dawno nie widziałam, więc w każdym tygodniu mam teraz kilka spotkań. Potem to minie pewnie kilka miesięcy, zanim nas zobaczycie spod sterty pieluch... :) A tak naprawdę, to absolutnie nie potrafimy sobie wyobrazić, jak to będzie wyglądało, ale raczej zupełnie nie znikniemy. Ale któż to wie. Życie zweryfikuje. I dziecko! :)




Nie mam nawet słynnego syndromu wicia gniazdka, bo wszystko jest w drugim domu, ha! Ale zatrzymałam sobie najpiękniejszy prezent, jaki dostaliśmy w czasie mojej ciąży. Ulubiona książka z dzieciństwa. W dedykacji przyjaciele nam napisali, że to podobno najlepsze do czytania w czasie ciąży i chyba się nie mylili. A jeśli nie zdążę przeczytać, to doczytam już resztę córce, do snu.


1 komentarz:

  1. Pewnie córeczka jest już na świecie i ma już kilka tygodni, ciekawe kiedy nastąpi odkopywanie z pieluch i powrót do rzeczywistości, ale już nie takiej samej bo wzbogaconej o jedną ukochaną maleńką istotkę. Czekam cierpliwie na relacje, ale nie ponaglam, teraz osesek jest najważniejszy. Pozdrawiam i mam nadzieję, że wszystko dobrze poszło.

    OdpowiedzUsuń