środa, 30 grudnia 2015

O moich kaloriach słów kilka

Nie mogłam spać w nocy. Myśli się kotłowały. Wstałam więc późno, zjadłam kanapki z pastą słonecznikową, którą wczoraj ukręciłam i czytałam długo, popijając cappuccio.

Dziś nie ma mowy o treningu, na którym się zniszczę. O jakimkolwiek nie ma mowy, bo jest jeszcze gorzej, niż wczoraj. Naprawdę nie wiedziałam, jak się dziś podnieść z łóżka. Dziś obowiązkowo znowu spacer po lesie (po ciemku?), a może i do kina? No i joga. Wczoraj tylko kilkanaście minut, ale pomogła, uśmierzyła ból mięśni, wyciszyła. Dziś zrobię dłuższą sesję.

Poniżej.
Kasza jaglana 60g, 10 orzechów laskowych, 2 łyżki pestek granatu, 2 suszone figi, 2 suszone daktyle, łyżeczka miodu (wiecie, że to razem 600 kcal?!). To już drugi tydzień, gdy liczę wszystko, zdarzyły się 2-3 dni, gdy nie chciało mi się i czasem też tak trzeba. Ale muszę liczyć jeszcze jakiś czas, bo okazało się, że jem dużo za dużo. A wtedy twoją ulubioną stroną staje się tabela kalorii, wespół z ile waży. Niestety. Dobrze wiedzieć, ile się zjada. Albo nie... :) 




To nie działa tak, jak się tego obawiałam: nie liczę kalorii, które nakładam na talerz, tylko zastanawiam się, czy na pewno potrzebuję 15 migdałów, czy wystarczy mi 10? Albo czy rzeczywiście muszę zjeść jaglankę za każdym razem z miodem i masłem orzechowym, czy może raz z tym, a kolejnego dnia z drugim nabijaczem kalorii? Bo chyba nie mam zapotrzebowania na 3500 kcal dziennie, prawda? I okazało się, że jestem najedzona, ale nie toczę się po posiłku itd. No i chudnę. Bez głodzenia się, a z dostarczaniem odpowiedniego paliwa dla osoby aktywnej. Za mną 2 tygodnie, zobaczymy, co będzie za miesiąc.

Do drugiego śniadania, które wspomniałam wyżej, włączyłam film. Krótki, ale bardzo niepokojący, wyreżyserował go młody Holoubek. Pocztówki z republiki absurdu.

A teraz wracam do łóżka z herbatą z tartym imbirem i książką, o.


 

Możesz zostać ile chcesz
obmyśliłam dla nas dobry plan
razem zestarzejmy się
wciąż tak mało jest dobranych par
Nie ma sensu szukać już
z nikim wcześniej nam nie było tak 


wtorek, 29 grudnia 2015

Co ja robię na siłce?

Michał zastanawia się dziś, co ja naprawdę robię, gdy mówię "Idę na trening" i z wielką torbą wybieram się na siłownię. Taaaak... Taka sytuacja (trening) ma miejsce 3-4 razy w tygodniu, ale nie udaje mi się zdążyć nigdy na zajęcia grupowe, więc ćwiczę sama, tzn bez opieki trenera. W tym tygodniu mam urlop, więc wczoraj zdążyłam. Jakoś nie wzięłam pod uwagę, że mogę mieć problemy wydolnościowe, skoro od dawna nie miałam. Tak, ale od dawna nie dostałam tak po dupie. Zaczęłam się dusić po 15 minutach (mam astmę), a lek, który nazywam shotem doraźnym, został w domu. Więcej tego błędu nie popełnię, w szatni myślałam, że się uduszę.

Ale do konkretów. 20% ćwiczeń zrobiłam od początku do końca. Tia.
Wszystko dlatego, że mimo częstych treningów, zawsze ćwiczę na tętnie w pełni przeze mnie kontrolowanym. Koniec z tym, tzn muszę przynajmniej raz w tygodniu iść na takie zajęcia. Nie tylko po to, by dostać dodatkowych bodźców i urozmaicić trening, ale również by się trochę zniszczyć. Nie ma wyników bez bólu, chyba że mamy przed sobą 10 lat. I tak cierpię dziś, po tym wczorajszym treningu, bo każde wstanie z kanapy sprawia ból okołu 50 mięśni, ale cieszę się. Przynajmniej wiem, ile pracy przede mną. Dużo.

Chodzę ostrożnie i powoli (trochę jak złoty robot z "Gwiezdnych Wojen"), z rękoma wysoko. Zjemy drugie śniadanie, jak tylko Michał wróci z biegu i pójdziemy na spacer do lasu. Muszę to rozejść.

A jutro idę znowu na zajęcia, znowu się skatuję, już to wiem. I już się cieszę.

Życzę Wam podobnych przyjemności :)


sobota, 26 grudnia 2015

Przeżyłam

Udało się, nie było najgorzej. Nie ukrywam, że wczorajsza butelka wina na sen ukoiła. 

To wcale nie jest tak, że tylko leżymy, jemy sernik (jogurtowy, nie taki ciężki!) i czytamy. Ale prawie. 

Tuż po przebudzeniu oboje wybiegliśmy do lasu. Aż się w głowie zakręciło od wysiłku na świeżym powietrzu! A może od emocji, who knows. Sporo biegaczy, sporo spacerowiczów, las pełen, czego nie lubię, ale za późno wstaliśmy, to narzekać nie wypada. To jednak budujące, że ludzie chcą się ruszyć z kanapy w święta, że odklejają się od telewizora (sic!) i odsysają od butelki wódki (fuj!). Obu rzeczy u nas brak, nie tylko w święta. 

Między pasztetem z batatów, barszczem na własnym zakwasie i ulepionymi przez nas pierogami, pamiętam o kompocie z suszu, który tak cudownie robi na trawienie. I cieszę się, że nasze święta nie są takie ciężkostrawne, bo po biegu porannym taki pasztet, który poza batatami ma też z sporo soczewicy, jest idealny (węglowodany+białko). Oboje marzymy mimo wszystko o jakimś ryżu, albo makaronie po prostu... Jutro pojawi się gość na obiedzie, to może coś takiego normalnego zjemy, mhm? 

Jutro też siłownia będzie otwarta. Porzucam sztangą i będzie zupełnie normalnie?





Teraz o przyjemnościach, bo obiecałam się zebrać do kupy.
Część prezentów powyżej. Tak się boję Ottolenghiego, bo poza rozdziałem mięsnym jest tam wszystko, co chciałabym zrobić. Cudowna, wymarzona pozycja. Boję się dlatego, że będę jeszcze więcej gotowała. Rzeczy Iwaszkiewicza to bardzo osobiste - Michał wie, jak kocham i cenię twórczość tego pisarza. Terzani - bo zawsze dostaję coś włoskiego, a okazało się, że "W Azji" to książka, o której myślę od dłuższego czasu, więc krzyknęłam "Skąd wiedziałeś?!", ponieważ nie podzieliłam się z nim planem jej posiadania. Ale Michał wie. Dziewięć lat razem robi swoje.
Harper Lee, bo oboje uwielbiamy "Zabić drozda". "Witajcie w raju", żebyśmy nigdy nie chcieli podróżować do kurortów i pamiętali o okrutnym przemyśle turystycznym, zwiedzając jakiekolwiek miejsca. A Detroit? Bo ciekawa jest historia upadku tego miasta, no i koleżanka Ren polecała, więc zakodowałam jakiś czas temu.

A teraz wracam do tych drobnych przyjemności, w jednej ręce trzymając widelczyk do ciasta, a w drugiej książkę.

 

środa, 23 grudnia 2015

Przeżyć

Praca, gotowanie, siłownia. Dzięki temu nie myślę. Ale gdy na chwilę się zatrzymuję, znowu boli. Och, śmierć bliskiej osoby tak bardzo obrzydza święta, to aż niewyobrażalne... Jeszcze 2 lata temu należałam do osób, która mówiły "Nie rozumiem, jak można nie lubić świąt!". A potem tata zrobił wszystkim numer stulecia i odszedł jakieś 40 lat za wcześnie. 

Nie mogę się otrzaskać.

Dostałam dziś nieoczekiwanie urlop. A od wczoraj siedzę i myślę. I tak kurewsko boli. Z różnych powodów. Ale głównie przez święta. Może pójdę na spacer? Jest 11 stopni na plusie, poudaję w lesie, że nie ma świąt, że już wiosna, a w okresie mniej świątecznym nie odczuwamy przecież tego smutku tak bardzo.

Chwilę odpoczywam przy cappuccio, z kotkowymi piernikami, przy książkach, ale w tym okresie trudno mi się skupić na słowie pisanym. Walczę z tym, by mniej myśleć.




Niezawodna Pepsi napisała, jak przeżyć święta. Nacisnę Hoku i powącham cytrusową chusteczkę i przeżyję. Taki mam plan na jutro i piątkowe popołudnie, a wieczorem będziemy już u siebie. Zjemy kilogram pistacji, obejrzymy Gwiezdne Wojny i posłuchamy jazzu. Będziemy dla siebie dobrzy, będziemy się kochać i zrobimy trening biegowy, bo siłownia w święta zamknięta. Ułożę postanowienia noworoczne, z których Michał będzie się śmiał, przygotuję sobie plan treningowy na styczeń. 

Jadę odebrać prezenty. A jutro muszę trochę poudawać i skóra mi cierpnie na samą myśl. 


Muzyka dobrze robi. 
Posłuchajcie pierożków. Odkryci jakiś czas temu, teraz dopiero odsłuchałam. Cudowna płyta. Cudowni, młodzi (okres maturalny!), piekielnie zdolni. 






Miłości! Mam nadzieję, że Wy nie będziecie musieli jutro udawać. Cieszcie się, jeśli tylko potraficie. Bądźcie ze sobą, tak naprawdę. A ja obiecuję się pozbierać do kupy. Na nowo.


 

poniedziałek, 14 grudnia 2015

Listopad kulturalnie


Listopad upłynął nam na świetnych filmach, doskonałym serialu i było też sporo czytania. Jak to zwykle w listopadzie. Mamy połowę grudnia i już wiem, że nie będzie to tak dobry miesiąc pod względem kulturalnym, ale na wszystko jest czas - uczę się tej równowagi w przyrodzie. Słucham siebie i robię, czytam, słucham, oglądam, gotuję to, na co mam aktualnie ochotę i siłę.

Poniżej krótkie podsumowanie:



KINO/FILMY

"Powrót do przyszłości" (1985)



Chyba nigdy wcześniej nie widziałam tego od początku do końca, a to jeden z ukochanych filmów z dzieciństwa Michała. Zajebisty, no przecież! Bawiłam się doskonale. Nie będę pisała, jak bardzo polecam, w końcu każdy z Was widział go kilka razy...

 

"Birdman" (2014)




Mistrzowski Michael Keaton i świetny jak zawsze Edward Norton w filmie, który opowiada o zapomnianym wielkim aktorze, który niegdyś grał superbohatera. Obecnie usiłuje udowodnić sobie i innym, że potrafi zrobić coś ważnego, coś istotnego. Postanawia wyreżyserować sztukę. Film gadany, ale nie nudny, jednak nie wybierajcie go, gdy jesteście zmęczeni. Doskonała realizacja, jestem pod wrażeniem.



"Sugarman" (2013)


Wciąż trudno nam wszystkim uwierzyć w to, że ta historia wydarzyła się naprawdę. Dokument o muzyku, który trafił na złych i chciwych ludzi. A on sam... Wzór do naśladowania. Jest ponad to wszystko, nierealnie skromny i przyziemny, jednocześnie zdolny, inteligentny i pogodzony całkowicie z losem. Myślałam, że tacy ludzie, jak on, są tylko w filmach, naprawdę. Koniecznie do obejrzenia. Muzyka - miód! Porównania do Boba Dylana nie są przesadzone, uważam.



SERIALE

"Homeland", sezon IV


Cóż, Homeland miał lepsze i gorsze momenty, ta seria należy do doskonałych. Nie da się oglądać po jednym odcinku. Trudno wytrzymać do kolejnej serii.



KSIĄŻKI


"Czarne psy", Ian MacEwan
Tak łatwo przegapić moment, w którym zaczynamy się od siebie oddalać...
McEwan pisze treściwie, konkretnie, nie wdając się w szczegółowe opisy krajobrazu, a skupiając na relacjach. Bardzo dobra pozycja.


"Makbet", William Szekspir
Rewelacyjna, czyta się z wypiekami na twarzy. Przejechałam niejeden przystanek, ponieważ czytałam ją w tramwaju, w drodze do pracy.
Podobała mi się w czasach licealnych i podoba się nadal. Szekspir jest wspaniały! 



"Tajemnica Brokeback Mountain", Annie Proulx
Przepiękna opowieść o miłości. Warto wrócić, po raz kolejny. Za trzecim razem równie mocno szarpie serce. 




"Z szynką, raz!", Charles Bukowski
O tym, jak trudno dojrzewać, gdy wokół masz samych idiotów, ojca, którego nienawidzisz (z wzajemnością) i matkę, która Cię nie rozumie. I w takim środowisku masz robić wszystko, by podążać własną drogą i pozostać sobą. I nie dać się. Na trzeźwo ciężko.




Nawet zdjęć dużo mniej robiłam w tym miesiącu. Listopad nigdy nie był dobry dla mnie, zawsze miałam wtedy największe załamania i doły. Nie cierpię tego miesiąca, jest ciemny, długi i szary. Dlatego najchętniej zaszywam się wtedy z książką w łóżku.



niedziela, 13 grudnia 2015

Makaron soba z sezamowym pesto z brokułów

Monika z Gotuje bo lubi zachwyca od dawna. Nie tylko przepisami, zdjęciami, ale również opisami pieczenia chleba i jej miłością do jego pieczenia. Coś obłędnego. A do tego mieszka w San Francisco. Marzenie. Miasto marzenie. Zapowiada powrót do Polski w najbliższych miesiącach, czego pojąć nie mogę, ale mam nadzieję, że otworzy w PL jakąś fajną knajpkę. Kto nie zna jeszcze jej bloga, niech szybko nadrabia!

Ostatnio pojawił się wpis na sobę z brokułowym pesto. Right on time, bo mamy paczkę tego makaronu i właśnie zastanawialiśmy, co z nim zrobić. Kupiłam go kilka miesięcy temu w Lidlu, na jakimś azjactykim tygodniu, chyba ok 3 zł kosztował. Wydawało mi się to niedrogo, więc wzięłam, by spróbować czegoś nowego. No i tak przeleżał. Ale Monika nas uratowała. Kupiliśmy brokuł, resztę składników zawsze mamy w domu, więc obiad dość błyskawiczny i niezbyt drogi.

Podoba mi się też wykorzystanie łodyg brokułu, które zwykle wyrzucam i zawsze mi ich szkoda.






SOBA Z SEZAMOWYM PESTO Z BROKUŁÓW


1 opakowanie makaronu soba (4 wiązki)
1 brokuł
1 łyżka oleju sezamowego
1 łyżka oliwy z oliwek
1 ząbek czosnku
1 łyżeczka startego imbiru
1 łyżka sosu sojowego
1 łyżka sezamu
szczypta pieprzu cayenne/chili
szczypiorek (do podania)


Gotujemy brokuł, podzielony na mniejsze różyczki, około 3 minut. Do wody dodajemy również pocięte na mniejsze kawałki łodygi.
Następnie przerzucamy go na rozgrzaną patelnię (z 1 łyżką oliwy z oliwek i olejem sezamowym - dość istotnym tutaj) i smażymy kilka minut na dużym ogniu.

Po ostygnięciu blendujemy go z pozostałymi składnikami (poza szczypiorkiem). Zostawcie sobie kilka łyżek wody z gotowania brokułu, dzięki jej dodaniu uzyskacie pożądaną przez Was konsystencję.

Po ugotowaniu makaronu, odcedzamy go, wrzucamy ponownie do garnka, dodajemy pesto. Całość posypujemy szczypiorkiem.

Enjoy, Misza zachwycony!


Zdjęcia potrawy na talerzach nie wrzucam, bo rozgotowałam makaron, więc słabo się nadaje, zresztą powyższe również, ale jest takie światło w ostatnich tygodniach, że nic nie wygląda dobrze - nie dotyczy tych, którzy mają wypasiony sprzęt. Ja pstrykam przecież telefonem...

Jutro pojawi się podsumowanie kulturalne listopada - wybaczcie, ale mam obsuwę ze sobą ostatnio...

Weekend spędziłam znowu w kuchni, piekąc pierniki z 1kg mąki, chleb i inne cuda. Żeby nadrobić cokolwiek z włoskiego i nie mieć wyrzutów sumienia chociaż na tym polu, słuchałam Rai2 i głównie audycji Niny Zili. Znacie ją na pewno z tego przeboju:



Swoją drogą, "Mine Vaganti" to jeden z moich ulubionych filmów ostatnich kilku lat!

Miłego tygodnia, nie dajcie się zwariować przed świętami, prezenty są najmniej ważne, serio!



czwartek, 3 grudnia 2015

To nie jest kraj dla starych ludzi

Długo szukaliśmy miejsca na tegoroczne wakacje. Zależało nam na ciszy, braku imprez wokół, braku głośnej młodzieży, ważny był jakiś kawałek lasu, morze lub jezioro (z naciskiem na to drugie, bo nad polskim morzem jest głośno i drogo, poza tym nie można się kąpać, ze względu na zajebiście niską temperaturę wody). Rozumiecie już, że szukaliśmy miejsca dla emerytów. Żeby w ciszy poczytać książkę, rano zrobić trening biegowy, popołudniu pogotować, zdrzemnąć się godzinkę, potem jakaś kawka, ping pong w świetlicy, wypasiona kolacja, do której otworzylibyśmy wino,  po kolacji scrabble, memory i MacGyver do snu. Takie retro wakacje. Tak bardzo nasze. Cudownie odpoczęłam.

Ale nie było łatwo znaleźć takiej bazy, bo większość oferuje wypoczynek wśród tłumów, z dyskoteką za rogiem i innymi cudownymi atrakcjami. Albo jesteśmy za starzy, albo się nie nadajemy, no już nie wiem. Byliśmy blisko zrezygnowania z wyjazdu, dosłownie. Bo zależało nam też, by być ok 2 h drogi od Poznania, co utrudniało poszukiwania.

Ale rzutem na taśmę się udało coś znaleźć, choć na miejscu i tak zmieniliśmy nocleg. Jak trafiliśmy? Koniec sezonu, a tu cudowne temperatury, więc cóż... jak zawsze mieliśmy szczęście :)

Żadne tam rowery wodne, tylko łódka! To był mój pierwszy raz i przyznam, że gdyby nie siłownia, nie dałabym rady wiosłować dłużej niż kilka minut... Było extra, a za łódkę nie płaciliśmy, bo jej wynajem (nawet na całe dnie) był w cenie domku. Pływaliśmy prawie 2 godziny i oboje świetnie się bawiliśmy. Koniecznie do powtórzenia w przyszłym roku.




I choć jesień była przepiękna w tym roku, to właśnie czekałam na te chłodniejsze dni, by przypomnieć sobie nasze lato, w tym roku nas bardzo rozpieszczało pogodowo. Wiem, że susza to koszmar i Wielkopolska pustynnieje, ale ja tak kocham wysokie temperatury! I krótkie spodenki, i szmaciane bokserki, i japonki. 

Poniżej kilka zdjęć. Wrócimy. Było tanio, spokojnie, a w dodatku w lesie, nad jeziorem. Wszystko, czego pragnęłam. Po zakupy trzeba było iść lasem 5 km w jedną stronę, więc lista zakupów była obowiązkowa. No i duży plecak, plus motywacja do szybszego marszu powrotnego, bo trzeba było zdążyć przed zachodem. 













 
Oglądam, wspominam ten cudowny stan resetu i ułożenia sobie w tamtym czasie różnych rzeczy w głowie i tęsknię. Nie do układanie siebie i głowy, ale do tego chillu, który mieliśmy oboje. Gdyby taką wycieczkę robić sobie co 3 miesiące, chociaż na 3 dni?

A gdyby tak przestać pędzić i nie czuć potrzeby wyciszenia? Da się? Uczę się.

Gdybyście znali jakieś miejscówki dla emerytów, to proszę o info. Odwdzięczę się czymś smacznym, obiecuję.

poniedziałek, 30 listopada 2015

Będziesz czołgać się i jeść chili sin carne

Niefart mam ostatnio z gotowaniem, co trzecia, no może co czwarta rzecz to niewypał. Tak się właśnie kończą przepisy ze stron, które mają niby dużą popularność, ale przepisy wydają się odrobinę podejrzane. No nie wyszły drożdżówki bez cukru, bo jaki to sens robić takie drożdżówki? Miały być do porannej kawy w poniedziałek, ale skoro nie wyszły, zjedliśmy wszystkie wczoraj. Kolejne podejście do drożdżówek będzie z White Plate. Marzą mi się takie z karmelizowanym jabłkiem z cynamonem. I może prażonymi orzechami włoskimi?

 
Chili sin carne


Zaszyłam się trochę w kuchni, ze smutną muzyką i robię sporo takich comfort foodów. Do nich należy między innymi chili sin carne, od niezastąpionej Jadłonomii.  Naje się nim 5 osób, takich z apetytem. My mamy z tego 2 porządne obiady i jeden mniejszy (do którego wcześniej przygotuję zawsze zupę), który mrożę i wracam do niego po mniej więcej 2 tygodniach. Uwielbiam robić chili, pachnie w całym domu i tak ciepło się robi, w głowie przede wszystkim. I to jest potrawa, która robi się właściwie sama. Kroisz, przyprawiasz, dusisz i masz na 2 dni. Cudownie.

Poniżej przepis z moimi niewielkimi modyfikacjami.


CHILI SIN CARNE

4 puszki fasoli (odcedzonej i opłukanej, daję czerwoną i czarną) lub 2 szklanki suchej fasoli, namoczonej przez noc i ugotowanej do miękkości
2 puszki krojonych pomidorów
2 laski selera naciowego
2 czerwone cebule
2 czerwone papryki

2 łyżki sosu sojowego
1 marchewka
1 1/2 łyżeczki mielonego kminu
1 1/2 łyżeczki ostrej papryki
1 łyżeczka słodkiej papryki
1 łyżeczka wędzonej papryki
1/2 łyżeczki cynamonu
1 łyżka octu balsamicznego
pół łyżeczki trzcinowego cukru
pęczek kolendry
kilka ćwiartek limonki
sól i czarny pieprz
olej do smażenia


Cebulę obrać i pokroić w kostkę, resztę warzyw również pokroić w drobną kostkę. Na dnie dużego garnka rozgrzać kilka łyżek oleju, dodać pokrojone warzywa oraz wszystkie przyprawy, dokładnie wymieszać i dusić wszystko na małym ogniu przez przynajmniej 10 minut.  

Po upływie tego czasu dodać fasolę oraz pomidory razem z sosem sojowym, octem balsamicznym, cukrem trzcinowym, łyżeczką soli i porządną szczyptą czarnego pieprzu. Dokładnie wymieszać i dusić przez przynajmniej godzinę, jeśli gulasz będzie wydawał się za rzadki dusić go bez przykrycia, jeśli odparuje i będzie miał odpowiednią gęstość można go przykryć. Pod koniec gotowania spróbować chili i według uznania dodać więcej soli, ostrej papryki lub pieprzu.

Podawać z ryżem lub pieczywem, każdą porcję skropić sokiem z limonki i posypać świeżą kolendrą. 

UWAGI: 
- Fasola: daję szklankę suchej kolorowej fasoli i szklankę czarnej 
- Kolendrę możesz zastąpić natką pietruszki, ale straci na smaku, serio
- Limonka: bardzo podkręca, polecam
- Przygotowuję to dzień wcześniej, wieczorem. Pierwszego dnia podaję z ryżej, a drugiego np z kaszą bulgur albo pęczak.







Nie ma dla mnie miejsca
W miejscu w którym stoję
Miłość jest jak wojna
Błagam przytul mnie

Nie ma dla mnie miejsca
W miejscu w którym stoję
Miłość jest jak wojna
Będziesz czołgać się

Zima jest jak wiosna zima jest
Zima jest jak wiosna zima jest
Zima jest jak wiosna zima jest



środa, 25 listopada 2015

Ciasteczka dyniowe z czekoladą

Czasem masz taki dzień, że zjadłbyś coś do kawy? Ale znowu czekolada? Znowu batonik? Cukierek? Kupne ciasto? Lubię mieć coś słodkiego pod ręką, ale od miesiąca stawiam na własne wypieki. Tzn poza tym, co sama wytworzę, unikam słodkiego. Ciasteczka dyniowe są puszyste, mięciutkie, pulchne, takie cosy. Przyznaję, że ich największą zalet są kawałeczki czekolady...

A że sezon dyniowy malutkimi kroczkami zbliża się ku końcowi, więc dyni u mnie pełno. Robię zapasy, a co zostanie, np z upieczonej, to przerabiam na pankejki, albo na ciasteczka. Bo puree dyniowe doskonale zastępuje jajko. Sprawdzone wielokrotnie.

Kolejny kulinarny post wcale nie oznacza, że nic u mnie ciekawego. Gotowaniem zagłuszam milion rzeczy. Bo czas spędzany w kuchni nie tylko daje radość, ale i zapomnienie. A jeśli później mogę zjeść ciasteczko do porannej kawy, to serce przestaje szaleńczo bić. Też tak macie?





CIASTECZKA DYNIOWE Z CZEKOLADĄ
z przepisu Jadłonomii



Składniki na około 20 ciasteczek

Suche składniki:
  • 1 szklanka mąki orkiszowej (można dać pszenną pełnoziarnistą)
  • 1/2 szklanki mąki pszennej
  • 1 łyżeczka cynamonu
  • 1/2 łyżeczki imbiru
  • 1/2 łyżeczki gałki muszkatołowej
  • 1/2 łyżeczki sody
  • 1/2 łyżeczki soli
Mokre składniki:
  • 3/4 szklanki purée z dyni
  • 1/4 szklanki delikatnego oleju
  • 1/2 szklanki cukru trzcinowego
  • oraz 1/2 tabliczki gorzkiej czekolady, drobno posiekanej
Przygotowanie:
  1. Piekarnik rozgrzać do 180 stopni. W dużej misce połączyć suche składniki, w mniejszej wymieszać przy pomocy miksera olej razem z cukrem. Następnie dodać dyniowe purée i wszystko ponownie zmiksować. 
  2. Powoli dodawać mokre składniki do suchych, mieszając wszystko szpatułą lub drewnianą łyżką. Mieszać krótko, kiedy tylko składniki się połączą dodać czekoladę i delikatnie wmieszać ją w ciasto. 
  3. Przy pomocy łyżki nakładać na dużą blachę wyłożoną papierem do pieczenia kleksy, świetnie sprawdza się tu łyżka do lodów. Kiedy całe ciasto będzie wyłożone wsunąć ciastka do piekarnika i piec 12 - 14 minut. Najlepiej smakują jeszcze ciepłe tego samego dnia, dobrze jest zjeść je w ciągu dwóch dni od upieczenia. 


Są bardzo dobre, więc zjedzenie ich w ciągu 2 dni nie stanowiło dla naszej dwójki problemu... 
Ale wiecie, jak to jest z ciasteczkami: takie malutkie,to nawet jak zjem trzy, to się nie liczy. A że malutkie nie wyszły, to co poradzę...?


 

poniedziałek, 23 listopada 2015

Damn hot pumpkin soup!

Inspirowana przepisem z Kwestii Smaku, w końcu zrobiłam zupę dyniową z mleczkiem kokosowym. Przywiązana do tradycyjnego, korzennego smaku, odważyłam się na jej inną wersję. Okazało się, że ja wolę tę ostrzejszą, złagodzoną mleczkiem kokosowym, a Michał się jednak skłania wyraźnie ku pierwszej: z gałką muszkatołową, imbirem, kardamonem, z dodatkiem kilku ziemniaków, marchewki i papryki. Cóż, będę robić na zmianę.

"Moja" rozgrzewa i jest taka mięciutko kremowa, dzięki puszce mleczka kokosowego. Nie wydziwiajcie, że to wymysły, dostaniecie je teraz niemal wszędzie, nawet za 6-7zł. Spróbujcie koniecznie!

Oczywiście moje proporcje były odrobinę większe... Cieszyłam się, że mogę zużyć pastę curry, która miałam otwartą w lodówce już jakiś czas. Niestety była zielona, czyli najostrzejsza, ale dzięki niej zupa nabrała charakteru.


ZUPA DYNIOWA Z MLECZKIEM KOKOSOWYM

1kg dyni
1-2 łyżki oleju
1,2l bulionu warzywnego
1 puszka pomidorów
1 puszka mleczka kokosowego
2 łyżeczki pasty curry (zielonej)
natka pietruszki
sól

Piecz dynię w 180stopniach przez 1h. (tak, możesz to zrobić dzień wcześniej)

Wlej olej do garnka i dodaj pastę curry, smaż przez około 1 minutę. Następnie dodaj upieczoną dynię, pokrojoną w dużą kostkę.
Dodaj pomidory i bulion i gotuj 10-15 minut, następnie dodaj mleczko kokosowe, wymieszaj i ponownie doprowadź do gotowania. 
Zupę zmiksuj i podgrzej przed podaniem. Pasuje łyżka jogurtu greckiego, ale to już jest wersja bardzo #hownottodiet

Natka pietruszki jest absolutnie niezbędna. 
 




W najbliższym czasie będzie tu dużo dyni. Bo u mnie jest jej sporo. Kiedy nie jem, to piekę i mrożę puree, by mieć zapas na późną zimę i wiosnę lub kroję w kostkę i w ten sposób ląduje w zamrażalniku, by mnie uratować w lutym/marcu, gdy dorzucę ją do garści soczewicy, pomidorów i jarmużu. Albo znajdę na nią milion innych sposobów.
Nie bójcie się z dynią eksperymentować, jest rewelacyjna, do wszystkiego. Jeszcze wrócimy do tematu :)


środa, 11 listopada 2015

Kostka masła każdego uszczęśliwi

Czasem jest taki dzień, że nie boli tylko książka, kawa i ciacho. Mam tak ostatnio często. I wtedy to ucierane ratuje duszę i skołotane serce. Przyznajcie, jest ktoś, kogo nie uszczęśliwi blacha ciasta z gruszką i jabłkiem, z kostką masła i trzema jajami? Tak, ta ilość masła jest kluczowa, jeśli chodzi o poczucie szczęścia.
A przepis od Addio Pomidory, nie raz mnie ratowała. Jej ciasta są takie akurat, tzn. na małą blaszkę. A ucierane lubię najbardziej.





Początek tygodnia był bardzo napięty i pracowity w biurze, więc wczoraj (przypominam, we wtorek) czułam się, jak w piątek, tak byłam wycieńczona. Dodatkowo nie mogłam się uspokoić, myśląc o różnych sprawach w związku z procesem, co jest dla mnie niezwykle stresujące. No i zaczęło wiać. A kiedy wieje, Majka nie śpi, niedobrze jej, w środku cała się trzęsie z niepokoju. Dlatego nigdy nie lubiłam jesieni. Migrena, towarzysząca mi od samego rana, popołudniu rozhulała się na dobre. Po drugiej dawce leków przeciwbólowych, wiedziałam, że to na nic, więc nie ma sensu truć się dalej. Odczekałam trochę, otworzyłam piwo, ale prawdziwą ulgę przyniosło wino, które wypiłam trochę później. Wystarczył jeden kieliszek i mocne przytulenie ukochanego. Zasnęłam przed 23.

Dziś jest o niebo lepiej. Głowa lekko boli, ale królewskie śniadanie, które zakończyliśmy cappucino i rogalem marcińskim rozwiało wszelkie smutki. Na obiad zrobimy pizzę z anchois, a wieczorem domowy popcorn i popijemy to winem. Dobra perspektywa. Gdzieś po drodze wplotę mocny trening aerobowy, włoskie czytanki, książkę i zaległe maile. Tym sposobem przegonię resztę niepotrzebnych myśli.

Miłego popołudnia!






poniedziałek, 9 listopada 2015

Październik kulturalnie

To kolejny miesiąc, w którym, poza książkami, nie mam się czym pochwalić. No faktycznie, cholernie kulturalne życie prowadzimy... Nie zrażamy się, a liczymy na to, że w listopadzie znajdziemy czas na kino i więcej filmów.

KINO/FILMY

 

"Wilk z Wall Street" (2013)
Tak, wiem, że wulgarny i seksistowski. Ale taki miał być. Długi, ale nie dłużył się ani trochę. Zarezerwujcie sobie dla niego czas, bo warto. Odechciało nam się jakichkolwiek inwestycji ;) Jestem zaskoczona, ze DiCaprio nie dostał Oscara za tę rolę, bo nie przypominam sobie, żeby kiedykolwiek zagrał lepiej. Muszę w takim razie nadrobić film z tym, który nagrodę mu sprzątnął sprzed nosa.




"Zaginiona dziewczyna" (2014)
 Na filmwebie przeczytacie: "Po przeprowadzce Amy i Nick przeżywają kryzys. Gdy w dniu rocznicy ślubu kobieta znika bez śladu, jej mąż staje się głównym podejrzanym." I nic więcej nie napiszę, poza tym, że film jest bardzo dziwny. Ale też bardzo dobry. David Fincher robi dziwne i dobre filmy, zawsze dobre. 

 

 

SERIALE

 

"Dexter", sezon 8.
Bardziej kiczowato się już nie dało. No ale mam jakiś sentyment do Dextera po tych ośmiu sezonach. Wiecie, klimat Kalifornii, domek Debry na plaży, Angel, Masuka, w pierwszych odcinkach Battista, którego pokochałam od pierwszego nieuśmiechu. Ich zamiłowanie do steków. I pączków. Brak empatii Dextera, która rozbraja totalnie. I dużo się śmiałam podczas oglądania tego serialu, naprawdę. Już tęsknię.



 

KSIĄŻKI

 

"Szpieg", John Le Carre
Wcale nie taka łatwa lektura, jak się na to zapowiadało.
Musiałam być dość skoncentrowana, by nie pogubić się w pseudonimach, imionach - sporo tego było.
Gdy tylko byłam zmęczona, czułam, że coś mi umyka i musiałam odkładać książkę na później.
Wciągająca opowieść o poszukiwaniu kreta, ale nie na 2-3 dni. Na dłużej i wolniej i to jej największa zaleta. 

To zdjęcie znacie z czasu mojej ostatniej choroby



"Ferdydurke", Witold Gombrowicz
Odkryłam po latach Gombrowicza, serio. Nie, pokochałam - to jest właściwe słowo. Nie potrafię sobie przypomnieć, ale jestem prawie pewna, że, jak wiele innych lektur, i tę pominęłam w liceum, może to lepiej? Dziś sprawiła mi dużo radości i dostarczyła mocnych wrażeń. Aktualność 100%, coś niesamowitego!


"Mdłości", Jean Paul Sartre
Świetna powieść filozoficzna. Jednak dla samotników albo (I?) dla tych o naturze depresyjnej. Dla tych, których życie boli. Mnie życie nie boli, kocham je. Świadomość istnienia jest cudowna. Choć i mnie zdarzają się mdłości, nie tylko z powodu spotkań z niektórymi ludźmi...
Przeczytajmy. Jeszcze raz.

Niedzielny klasyk: książka, herbata, podjadanie orzechów



"Sierpniowy żar", Andrea Camilieri
Salvo Montalbano rozwiązuje kolejną zagadkę morderstwa, jak zawsze umilając sobie czas pysznym jedzeniem i niejako przypominając nam, że nie wolno jeść byle jak i byle co.
Lekkie, przyjemne, zabawne, a język na tyle prosty, że mogłabym czytać to w oryginale. Ktoś się wybiera do Włoch i chce mi kupić jedną z serii o komisarzu Montalbano, hm?

Książkowo idealnie, filmowo mizernie, o wielkich nieobecnych (kino, galeria) nie wspominam. Uciekam do łóżka z książką...i jest to dla mnie tak naturalne, że nie czuję potrzeby tłumaczenia się z tego. Tak niewielu znamy nieczytających ludzi, naprawdę. Statystyki mówiące o tym, że 60% Polakó czyta 1 książkę rocznie to dla mnie jakaś abstrakcja. Nie znam takich ludzi, nie mam ich wokół siebie...

Przyjemności w tym miesiącu, nie tylko kulturalnych!


niedziela, 8 listopada 2015

Chleb tostowy. Domowy.

Zachciało mi się innego chleba, niż tego, który codziennie jemy. Nie, żytni chleb wcale mi się nie znudził, tylko czasem mam chęć na odmianę. Chodził za mną najzwyklejszy pszenny, ale tostowy chleb. Traf chciał, że Oneginetatopa opublikowała u siebie przepis, który zaczerpnęła od Liski z jej najnowszej książki "O chlebie".

Nie było łatwo, ale tylko dlatego, że gotowałam i przygotowywałam jednocześnie cztery potrawy... Wydawało mi się dziwne, że przy pozostałych proporcjach mam dać aż 500ml mleka, no ale grzecznie postępowałam według przepisu. Wszystko było dobrze do momentu, kiedy dosypałam mąki. Pomyślałam, że coś nie tak i spojrzałam po raz 11ty na przepis. Wtedy ujrzałam 50ml mleka. Wcześniej widziałam 500ml. ...

Wkurzyłam się, ale złość postanowiłam wykorzystać do zrobienia chleba. Podejście numer dwa było już szczęśliwe. Przygotowanie chleba to łatwizna!!! Żałuję, że nie robiłam z podwójnej porcji, za tydzień z pewnością upiekę od razu dwa bochenki i jeden zamrożę.




Przepis Doty:

CHLEB TOSTOWY

   20g świeżych drożdży
   400g mąki pszennej
   200ml ciepłej wody
   50ml mleka
   40g masła stopionego i ostudzonego
  1 łyżeczka cukru
  1 łyżeczka soli
  masło i bułka tarta do wysmarowania foremki

     W średnim naczyniu wymieszać drożdże, cukier, wodę, mleko, masło i sól. Odstawić na chwilę, żeby podkarmić cukrem drożdże. Dodać mąkę i zagnieść ciasto. Ugniatać ciasto tak długo żeby było jednolite i miękkie (kilka minut). Przełożyć do miski i przykryć folią lub ściereczką na 1.5 godziny. 
    
     Rozgrzać piekarnik do 210 stopni.  Naparować piekarnik co oznacza nalanie wody na blachę lub wstawienie mieseczki (żaroodpornej) z wodą do piekarnika. Nasmarować keksówkę masłem, wysypać bułką tartą i przełożyć ciasto. Piec przez 45 minut, przełożyć na kratkę (tą z piekarnika, wyciągniętą na zewnątrz) do ostudzenia.

      Później poczekaj, aż ostygnie i tostuj ;) Wczoraj wieczorem piekłam, dziś rano zjedliśmy tosty z dżemem przed treningami. Obłędnie, bez konserwantów, domowo i wcale nietrudno! Pieczenie chleba (W dodatku bez zakwasu) to naprawdę nic takiego. Spróbujcie! 
      Pamiętajcie, że tosty nie tylko na słodko są rewelacyjne, na dzisiejszą kolację zrobię grzanki z tego chleba, które wypełnię pastą z soczewicy i suszonych pomidorów. Do tego plasterek sera i już mamy pyszną grzankę. Ale to wszystko, jak się zwolni miejsce w kuchni, bo w tej chwili Michał robi bułki do burgerów... :)




wtorek, 3 listopada 2015

CocoRosie koją

Milion rzeczy robię, ale na ten zaległy milion wciąż brakuje czasu.
Ale protestuję przeciwko własnemu narzekaniu :), bo nie jest najgorzej, ogarniam tę jesień bardzo powoli, ale kolejne rzeczy z "to do list" odhaczam. Nie w tak zawrotnym tempie, jakbym chciała, ale postęp jest zauważalny.

Działam, planuję, ulepszam, pracuję. Aż mam rumieńce, a to zdrowy objaw podobno. Opowiem kiedyś. Ale jeszcze długo nie.

Gdybym jeszcze się nauczyła, by nie nabierać się na pustych, głupich, przekupnych ludzi. I nie dać się oszukiwać. Kilka kopniaków to, jak widać, za mało. Obiecuję sobie po raz tysięczny, że więcej się nie nabiorę. Że więcej czasu dla nich nie stracę, bo nie są go warci. Mnie również.

Nałogowo słucham siostrzyczek, każdej jesieni. Nie powinno tak być, ale właśnie jesienią "wchodzą" najlepiej, gdy nie powinno nas nic więcej dołować, to jeszcze rozdzierającą serce muzyką się dobijamy. Ale one przecież nie są na lato, no przyznajcie sami? 











I'll always be by your side
Even when you're down and out
I'll always be by your side
Even when you're down and out
I just wanted to be your housewife
All i wanted was to be your housewife 



środa, 21 października 2015

Pięć dolców na szczęście

Są tacy, których chciałabym widzieć częściej, ale mieszkają np. na Majorce, jak Alena i Asia. Albo pod Łodzią i zjeżdżają do Poznania w weekendy (kiedy mamy najmniej czasu dla innych), jak J. Są też ci w Warszawie, jak Agata. Zdarzają się i ludzie z USA, jak Johnny. I jest ich oczywiście dużo więcej, niż tu wymieniłam, ale oni najszybciej przyszli mi do głowy... ;)

I kiedy ci z daleka są w Poznaniu, trudno odmówić sobie spotkania z nimi. Johnny, z którym chodziłam do liceum, przyleciał z Seattle na ślub Kasi i Tomka, o czym pisałam ostatnio. Zachorowałam i nie mogłam się z nimi bawić, ale postanowiliśmy jednak bardzo się postarać i spotkać się chociaż w jeden wieczór. 

Wpadł razem z Tomkiem ze ślubu właśnie. Zjedli gulasz z soczewicy, dyni i jarmużu, który im smakował :)
Tomek nie miał dużo czasu, ale Johnny został. Szkoda, że raz i szkoda, że mimo wszystko tak krótko, bo następna taka okazja będzie dopiero w maju, co i tak jest sukcesem. Z Ameryki nie wszyscy mogą przylatywać co roku, niestety.




Johnny zostawił pieniążek na szczęście, gdy usłyszał o naszych planach na przyszłość, o części marzeń. A ja wierzę w takie amulety. Zresztą... Johnny jest najlepszym dowodem na to, że taki prezent przynosi szczęście, bo sam tego doświadczył.

Po jego wyjściu jeszcze bardzo długo rozmawialiśmy. Zainspirował nas bardzo do tego, by robić dalej to, o czym po cichu marzymy. Znacie to uczucie? Trochę niepewności, czy warto, czy to realne, a później z kimś o tym rozmawiacie i dostajecie takiego motywacyjnego kopa, że aż spać nie można, bo kolejne plany lub kroki do zrealizowania celu kształtują się same, jakby bez naszej pomocy. Tak się czułam po spotkaniu z Johnnym.

A przecież tylko rozmawialiśmy o tym, co u nas. I o tym, dlaczego się Finka lubi lub nie. I o bieganiu w górach. No... to działamy.

Dziękujemy!