piątek, 30 czerwca 2017

Gorąco

We wtorek zrobiło nam się gorąco. Dzień pełen wrażeń, bo najpierw byłam w mojej pracy (stwierdziłam, że to ostatni moment może być), a potem u lekarza, którego zresztą odwiedzam już co tydzień.
Wyszłam od lekarza, który powiedział, że główka jest już bardzo nisko i zaczęły się skurcze. Powtarzaliśmy sobie, że nie ma powodów do paniki, bo są nieregularne i nie nasilają się, a to dwie najważniejsze oznaki, że poród się zaczął, gdy występują skurcze. Były ty skurcze przepowiadające, ale potrzymały nas w niepewności, bo trwały aż 7h! Podbrzusze się uspokoiło tylko dlatego, że (jak co wieczór, bo dzięki temu nie mam skurczy łydek) wymoczyłam nogi w gorącej wodzie, co zrelaksowało całe ciało. Jak długo jednak by trwały, gdybym tego nie zrobiła?
Miałam przedsmak, a mówią, że to nic. Ale było już tak, że trzymałam się ściany z bólu. W każdym razie dreszczyk emocji poczuliśmy i nie ukrywam, że byliśmy bardzo podekscytowani!

Wczoraj uczestniczyliśmy w warsztatach z symulacji porodu w naszej szkole rodzenia. Było wszystko poza parciem, rzecz jasna. Jak zwykle okazało się, że oddychanie podczas porodu, które widzimy na filmach, można między bajki włożyć. Bardzo pouczające zajęcia, polecam wszystkim, którzy mają zostać rodzicami. Dużo pracy przede mną, by właściwie oddychać, dlatego ćwiczę już od dziś minimum 2 razy dziennie, by w miarę możliwości nie przedłużać porodu. Im krócej tym lepiej, nie tylko dla mnie, ale i dla dziecka, które nie będzie uwięzione w kanale rodnym, a podczas skurczu jest niedotlenione, więc oddech jest naprawdę istotny!




Przy okazji położna mnie podotykała (przyjmowaliśmy różne pozycje w zależności od fazy porodu) i okazało się, ze jestem bardzo spięta i mam rozstęp mięśnia prostego (co jest dość częste i co podejrzewałam), więc dziś idę do fizjoterapeuty, żeby mnie okleił taśmami i rozluźnił. Może uda się jeszcze na jakiś masaż załapać przed porodem. Jak usłyszałam, że z tak spiętym ciałem będę bardzo cierpieć w szpitalu, to mi to wystarczyło... Ale w ostatnim czasie nie przykładałam się już tak do jogi, więc takie są właśnie skutki. 

Trudno się na czymś skupić po wtorkowej akcji, uwierzcie. Sprzątam (powoli, by nie urodzić :))), gotuję, staram się czytać, ale głowa już nie ta, naprawdę. Do terminu niecałe 4 tygodnie, ale nie sądzę, bym donosiła. Przepowiadające są najczęściej 2 tyg przed porodem, więc tylko liczymy, że zdążymy się przeprowadzić. Pozostały czas poświęcam ludziom, których dawno nie widziałam, więc w każdym tygodniu mam teraz kilka spotkań. Potem to minie pewnie kilka miesięcy, zanim nas zobaczycie spod sterty pieluch... :) A tak naprawdę, to absolutnie nie potrafimy sobie wyobrazić, jak to będzie wyglądało, ale raczej zupełnie nie znikniemy. Ale któż to wie. Życie zweryfikuje. I dziecko! :)




Nie mam nawet słynnego syndromu wicia gniazdka, bo wszystko jest w drugim domu, ha! Ale zatrzymałam sobie najpiękniejszy prezent, jaki dostaliśmy w czasie mojej ciąży. Ulubiona książka z dzieciństwa. W dedykacji przyjaciele nam napisali, że to podobno najlepsze do czytania w czasie ciąży i chyba się nie mylili. A jeśli nie zdążę przeczytać, to doczytam już resztę córce, do snu.


środa, 21 czerwca 2017

Lody truskawkowe

Sezon na truskawki w pełni. Nie jem ich tyle, co zwykle, bo należą do najbardziej pryskanych chemią owoców, poza tym mam czasem od nich uczulenie (szczypiący język), więc obchodzę się smakiem. Ale gdy zobaczyłam przepis na lody u Bożeny, nie zastanawiałam się długo. Mroziłam je w ten sam sposób, co wszystkie lody, które robiłam, tzn co 40-50 minut mieszałam łyżką masę i ponownie wstawiałam do zamrażalnika. Przed podaniem wyciągnijcie lody chwilę wcześniej, bo będą bardzo mocno zmrożone. 



Przez cały okres ciąży prawie nie jadłam słodyczy, raczej się nie obżerałam, jadłam mniej, niż przed (wcześniej prowadziłam bardzo aktywny tryb życia, więc to normalne, że teraz potrzebuję mniej kalorii), a i tak dziś waga pokazała +12kg od wagi startowej. Staram się o tym nie myśleć, do tematu wrócę po okresie połogu, na pewno nie wcześniej.

 Do rozwiązania teoretycznie 5 tyg zostało. Teoretycznie, bo nie opuszcza mnie uczucie, że urodzę wcześniej. Szczególnie odczuwam to w gorące dni, jakie ostatnio były. Córka wierci się dużo bardziej, przepowiadające skurcze macicy są też wtedy coraz częstsze i mocniejsze (już nawet brzuch bolał!), ale staram się nie panikować. Choć porodu boję się okrutnie, to z każdym tygodniem uspokajam się bardziej. Po pierwsze to i tak nieuniknione. Po drugie, nie mogę się doczekać naszej pociechy. A po trzecie, tylko spokój nas uratuje.

Mam już właściwie wszystko, co niezbędne na pierwsze 2-3 tygodnie. Jestem też spakowana od tygodnia. Właściwie mogłabym już rodzić :) Ale chciałabym dotrwać do przeprowadzki, bo wszystkie rzeczy związane z naszym nowym życiem, są właśnie tam. Także...postaram się jeszcze wytrzymać te 3 tygodnie :)

czwartek, 25 maja 2017

Tarta botwinkowa

Wczoraj cały dzień czułam się jak pijana, wiedziałam jednak, że to przez zmiany w pogodzie. Zapowiadali deszcz, wiatr i 10 stopni mniej. Wszystko się sprawdziło. Miałam nadzieję, że dzięki temu pośpię w dzień, ale to nie takie proste. W nocy wstaję średnio 4-6 razy, co jest naprawdę bardzo uciążliwe, budzę się dość niewyspana, więc 1-2 drzemki w ciągu dnia raczej krzywdy mi nie robią. Szczególnie, że trwają zwykle 15 minut. Ale najczęściej nie udaje mi się zasnąć nawet na chwilę. Najtrudniejszy okres ciąży przede mną. Ale to już ostatnia prosta, więc damy radę. Na szczęście na ból pleców mam sposoby, na skurcze też jakieś są. Przede wszystkim muszę ćwiczyć - nawet w ciąży jestem skazana na ruch :) Odliczanie trwa, zostało 60 dni. 

Muszę pić min. 10-12 szklanek wody dziennie, więc nawadniam się bez przerwy, ale żeby trochę od wody odpocząć, zrobiłam sobie wczoraj kompot z rabarbaru. Chciałabym napisać, że jest cudownie orzeźwiający, ale w taki deszczowy dzień zakrawałoby to na ironię...  Sączę jednak ten kompot i wyobrażam sobie, że jest tak gorąco jak wczoraj. Trochę przyjemniej się robi. Z utęsknieniem patrzę też na poziomki, które przetrwały zimę na balkonie. Po kwiatkach przyszedł czas na owoce, więc wszystko wskazuje na to, że przed przeprowadzką jeszcze ich trochę zjemy. W nowym miejscu będziemy mieć poziomek z ogrodu aż nadto, ale zawsze cieszą te własne, prawda?




Nie mogę się uwolnić od White Plate ostatnio. Wczoraj na obiad jej tarta botwinkowa, a w międzyczasie upiekłam ekspresowy chleb na drożdżach, który wczoraj opisywała na swoich facebookowych i instagramowych profilach. Liska jest wspaniała, naprawdę. Zawsze mnie uratuje, gdy szukam przepisu na jakieś comfort food.


poniedziałek, 22 maja 2017

Muffiny z borówkami i wiśniami

Ale od Was uciekłam, wiem. 
W kwietniu spędziłam kilka dni w szpitalu, w maju również. I tak trochę postanowiłam zrobić sobie kolejną przerwę w pisaniu. Spokojnie, ciąża wzorowa, zaczynamy powoli odliczanie. Za 2 miesiące powinnam być mamą, bo przenosić nie chcę, a termin mam na 26.07. Możecie więc sobie wyobrazić, co się dzieje teraz w naszych głowach i sercach. Jesteśmy coraz bardziej podekscytowani. Ja mam też coraz większą padaczkę przedporodową. Czy to minie? Ten ogromny strach przed bólem, który, wiem, że jest nieunikniony, ale ja mam naprawdę niespotykanie niski próg bólu i nie wiem doprawdy, jak to przeżyję na tej porodówce. Czujecie już ten mój stresik? Co kilka noc śni mi się, że już mam skurcze, albo wody odchodzą. Staram się jednocześnie za dużo nie denerwować, bo źle wpływa to na dziecko, więc głęboko w takich sytuacjach oddycham, robię jogę albo chwilę medytuję. Tak żeby przeszło to uczucie strachu.

Nasz tydzień trwa tak naprawdę od poniedziałku do czwartku, potem jedziemy robić remont w naszym przyszłym domu. Tzn technicznie rzecz ujmując, Michał robi, a ja dbam o to, by czasem coś zjadł i pił. W sobotę już malowanie naszej sypialni. W kolejny weekend położy panele i już 1 pokój zrobiony będzie, ten najważniejszy. Bo to w nim będziemy (przynajmniej przez kilka miesięcy) spać w trójkę. 



I tak nam te weekendy mijają, Michał jest zmęczony, ale nie aż tak, jak się tego spodziewałam. Mimo wszystko, wracając do domu wczoraj wieczorem postanowiłam, że dziś coś dobrego mu przygotuję. Muffiny z wiśniami i borówkami. Jedyna modyfikacja to taka, że mąka pszenna jest pół na pół z orkiszową. Wyszły cudowne. White Plate nie zawodzi. A i wpis czarujący.

Postaram się bywać tu jednak częściej. Bo od sierpnia to wiecie...nie wiem, kiedy się wygrzebię spod sterty pieluch, kremów do tyłka, śpioszków i innych historii. A na serio, to chyba nie będę miała głowy do internetowych spraw. 


piątek, 14 kwietnia 2017

Co czytałam w marcu

Przyznaję, że marzec był bardziej owocny książkowo, niż poprzednie miesiące, ale tak to czasem jest. Poza tym nie ukrywajmy, że część lektur była dość lekka. I takie czasem są potrzebne. Rosnący brzuch przypomina mi też, że mniej więcej od końca lipca nie będę miała tyle czasu i chyba chcę się nacieszyć... :)



"Małe życie" Hanya Yanagihara

Dostałam ją na święta i czekała na siebie, na odpowiednią chwilę. Czytałam różne opinie na jej temat, przeważały pozytywne, ale zdarzały się też takie, że ktoś się nudził. Serio? Ja się nie mogłam oderwać (a i tak te 800 stron czytałam 5 dni). Milion emocji: od przerażenia i wstydu za ludzi, po budującą wiarę w innych, w przyjaźń i miłość. Dawno żadna książka mnie tak nie sponiewierała emocjonalnie. Absolutnie warto, bardzo polecam!



"Dziarski dziadek. Mój sposób na długowieczność" Antoni Huczyński

Cóż, postawa godna pozazdroszczenia. Chciałabym w wieku ponad 90 lat spędzać codziennie 2-3 godziny na ćwiczeniach w lesie, morsować i nie tracić całe życie pogody ducha. Niby nic odkrywczego, ale chyba często zapominamy, że kluczem do szczęśliwego życia jest właśnie pogoda ducha i uśmiech.



"Detroit. Sekcja zwłok Ameryki" Charlie Le Duff
Osobisty (czasem zbyt) opis autora upadku (kiedyś) najbogatszego miasta Ameryki, a teraz najbiedniejszego. Trudno uwierzyć, że kilka dekad wystarczy, by doprowadzić TAK rozwinięte miasto do ruiny. Po przeczytaniu książki, znalazłam w internecie filmiki z ulic Detroit. Szok i niedowierzanie. Bardzo polecam. Jak zresztą wszystkie reportaże wydawnictwa Czarne. Nie zawodzą.



"Morderstwo na plebanii" Agatha Christie

Tradycyjnie nie udało mi się do końca odgadnąć, kto jest winny. Dobre, ale to nie jest najlepsza forma Christie. Myślę, że można sobie odpuścić, jeśli ktoś nie jest fanem tej pisarki.


"I nie było już nikogo" Agatha Christie

Oh sweet lord, bawiłam się wyśmienicie! Niemal każda kolejna kartka sprawiała, że...tak! od połowy książki wiedziałam, kto jest mordercą! Oczywiście na końcu okazało się, że racji nie miałam. Jak zawsze. Wciąż czytam za mało kryminałów, więc tropiciel ze mnie żaden, choć zabawa przy tym jest przednia.
Bardzo polecam, absolutnie nieoczekiwana i w świetnym tempie napisana.




"Funny girl" Nick Hornby

Dobra, momentami zabawna, a czasem gorzka, jednak po Hornbym spodziewałam się czegoś więcej. Nie śmiałam się tak dużo, jak przy poprzednich jego powieściach. A może po prostu z niego wyrosłam? Przygodę z nim zaczynałam przy "Wierności w stereo", którą czytałam, gdy byłam jeszcze niepełnoletnia (!).


"O sens życia" Antoine de Saint-Exupery
Interesujące. I tyle, ale czytałam na raty, co zwykle oznacza, że muszę od jakiejś książki odpocząć. To po prostu zbiór tekstów z różnych lat. Wypożyczyłam ją w bibliotece z ciekawości, bo zbyt dużo nie czytałam i chyba chciałam coś nadrobić.  

      



Wciąż się zastanawiam nad czytnikiem. Bo czytam sporo, a wracam tylko do części książek. Kupujemy ich coraz mniej, tzn robimy dużo większą selekcję, niż kiedyś. Czytnik daje sporo możliwości, tzn można wziąć niemal nieograniczoną ilość książek, jadąc gdzieś. Wybieram też czcionkę (bo ta potrafi być denerwująca), no i mam przeczucie, że posiadanie tego urządzenia sprawiłoby, że czytałabym więcej po angielsku i włosku z racji słownika, który od razu odsyła do tłumaczenia. Trochę trudniej to wygląda przy klasycznym czytaniu. Ale to jeszcze temat do przemyślenia, bo jestem fanką papieru i trudno mi się uwolnić od myśli, że nie będzie tego zapachu, kartkowania stron, dotykania okładki...



    

środa, 12 kwietnia 2017

No waste

Nie pamiętam, kiedy to się zaczęło na poważnie. W moim domu rodzinnym zawsze dbaliśmy o to, by nie wyrzucać jedzenia, by nie marnować wody i w ogóle niczego. Nie dlatego, że może się kiedyś przydać. Z szacunku, również dla tych, którzy nie mają tyle jedzenia, którzy muszą codziennie walczyć o wodę. Jakieś ogarnęło mnie zdumienie, gdy w pracy na około 30 zebranych osób tylko DWIE OSOBY poza mną podniosły rękę na pytanie "Kto zakręca wodę, myjąc zęby?"! Było to kilka lat temu i wierzę głęboko, że świadomość zmieniła się na tyle, że teraz większość z nich to robi. Byłam malutkim dzieckiem, gdy zaczęłam to robić i żyłam w przekonaniu, że każdego nauczył takich rzeczy rodzic!
Ale woda to tylko kropla w morzu. Marnujemy przynajmniej 1/3 żywności i te dane każdego roku wcale nie maleją. Och, jak to boli. Tak ciężko pomyśleć o kimś, kto zarabia połowę lub mniej tego, co my? Czy naprawdę jest jeszcze ktoś, kto nie słyszał o tym, że w każdej szkole, w każdej klasie, jest przynajmniej 1 niedożywione dziecko? Nie działa to na na Waszą wyobraźnię, serio? To może to: w Polsce marnuje się rocznie 9 milionów ton żywności. Z tego konsumenci wyrzucają 2 miliony ton. Gdyby to przeliczyć na osobę, kosztuje nas to ok 30-40 zł miesięcznie. Jeśli mieszkasz z partnerem, rocznie wyrzucacie około 800zł na śmietnik. Gratulacje. Teraz pomyśl o tych wszystkich głodnych dzieciach. I mówimy teraz tylko o naszym kraju, a co z resztą świata?

U nas wyrzucenie czegoś przeterminowanego to tak okazjonalna i rzadka historia, że nawet nie pamiętam, kiedy coś takiego miało miejsce. Ale wypracowaliśmy to przez ostatnie kilka lat niemal do perfekcji. 

Robimy zakupy codziennie. Tak, codziennie, a nie raz w tygodniu. Dzięki temu w sklepie Michał (on głównie robi zakupy, bo ma po drodze) spędza codziennie 10-12 minut, co daje 1h w tygodniu. Sorry, nie uwierzę, że sobotnie jednorazowe zakupy zabierają Wam mniej czasu. Kupuje kilka rzeczy (pewnie maksymalnie 4-5 dziennie), dzięki czemu mamy stałą kontrolę nad tym, co jest w lodówce. I to wszystko jest świeże, a to dla nas najważniejsze.
Oczywiście owocami i warzywami zajmuję się ja, ponieważ mamy warzywniak na osiedlu, więc możecie mi do tych zakupów doliczyć około 30 minut tygodniowo :) I kupuję jak samotna staruszka, czyli 2-3 jabłka, 2 cebule, 3 gruszki itd. Nie mamy więc koszyka wypchanego owocami na stole, które leżą i się psują, tylko takie, które odpowiadają naszym potrzebom na najbliższe 2-maksymalnie 3 dni.

Nie robimy zapasów. Zdarza nam się kupić 3 puszki pomidorów, 2 kg kaszy jaglanej, 3 paczki rodzynek czy 5 słoików anchois lub pesto, ale tylko wtedy gdy jest promocja, no i są to rzeczy, które regularnie zjadamy. Ile razy zdarzało Wam się kupić na zapas rzeczy, które znaleźliście na dnie szafy po 2 latach, już dawno przeterminowane? No właśnie.

Ale hasło NO WASTE nie odnosi się jedynie do marnowania żywności. Zastanówcie się nad kosmetykami. Och, pompka już nie działa, więc sięgam po nowy balsam/żel pod prysznic/szampon. Serio? Przetnij opakowanie na pół, jak ja to robię. Gwarantuję Ci, że znajdziesz tam balsam na minimum 2-3 aplikacje jeszcze! Żeby się nie skaleczyć ostrymi krawędziami, trzymam takie opakowanie wysoko na półce lub w worku, który jest w koszyku. Nie otwieram nowego kosmetyku, dopóki dokładnie nie poczuję palcem każdej części dna opakowania. 

Pomijam już fakt, że w ostatnich miesiącach wyrzuciłam/oddałam wiele kosmetyków. Nie potrzebuję 15 lakierów do paznokci, więc po co mają się zepsuć? Wytypowałam kolory, których używam i zostawiłam 4. Obiecałam sobie nie dublować, bo jest promocja i nie kupować pod wpływem innych impulsów. No i kupuję tylko dobre, drogie lakiery, a nie gromadzę 10 czerwonych, bo była promocja za 6zł. To drugie się nie sprawdza, ale musiałam do tego dojrzeć. 




Dzięki zbliżającej się przeprowadzce oraz nadchodzących narodzinach naszego dziecka, czyścimy wokół siebie przestrzeń. Sprzedajemy książki na allegro (te, do których nie wrócimy), pozbywamy się pamiątek wakacyjnych, do których i tak nigdy nie zaglądamy. ale przede wszystkich pozbyłam się już połowy ubrań. A to jeszcze nie koniec porządków w szafach. Takie podejście, już to widzimy, bardzo przyda się przy dziecku. Nie szalejemy z zakupami, wszystko dokładnie jest przemyślane, przeczytane, sprawdzone, czy faktycznie się przyda. Jeśli czegoś zabraknie, można zawsze dokupić.

Jakie Wy macie sposoby na niemarnowanie codziennych, używanych przez Was, artykułów i żywności? Podzielcie się, nauczcie mnie nowych tricków, jakie Wy sami stosujecie.



środa, 5 kwietnia 2017

Odpoczywam

Przegryzam zupę, w tym tygodniu znowu krem z grochu i jabłek od Jadłonomii. Koniecznie zróbcie, proste, szybkie (nie liczę moczenia grochu), pyszne absolutnie! Ale ostatnie dwa dni na obiad mieliśmy tę zapiekankę. "Och, jak lasagne", powiedział Michał - wielki fan tej potrawy. Przygotowałam ją z niewielkimi modyfikacjami, to znaczy zamiast przecieru pomidorowego dałam 1,5 puszki pomidorów i 2 łyżeczki przecieru, no i zamiast beszamelu na wierzch wrzuciłam jedną kulkę mozzarelli. Było naprawdę przepyszne! 

Nie było mnie tu znowu jakiś czas, bo odpoczywałam. Jakkolwiek to brzmi. Nic mi się nie chciało, jakby na przesilenie. Wróciłam nawet do drzemek w ciągu dnia, mimo że w nocy przesypiam 8,5-9h. Ale jestem coraz bardziej zmęczona. Lada dzień wkraczam w III trymestr, czy to jest powód? Bo zmęczenie ma właśnie wtedy dopiero nadejść. No cóż. Oby nie, choć nie ukrywam, że brzuch zaczyna dokuczać. Tak, na pewno Wam się wydaje, że przesadzam i że taki wielki to on nie jest! No owszem, ale macica również się powiększa, a tym samym uciska coraz więcej i coraz mocniej narządy wewnętrzne. Stąd przystanki, gdy wchodzę na II piętro i częste siadanie na ławeczkach podczas spacerów. Trochę jak staruszka się czuję. 

23. tydzień ciąży, +7kg na plusie


Nawet ćwiczenia odpuściłam na cały tydzień. Już na szczęście wróciłam - i do prawie dwugodzinnych spacerów w lesie w poszukiwaniu dzięcioła (oj, jak często go spotykam!) i do ćwiczeń, i do jogi, a nawet też do medytacji. Ta ostatnia mi cholernie dobrze robi na głowę w ciąży. Chociaż wciąż nie przekraczam 7 minut (zaczynałam od 5), to wystarczy codzienna regularność, by poczuć tę świeżość umysłu. Serio, spróbujcie. 

No to idę dalej odpoczywać. W lesie, a po drodze wstąpię do biblioteki. Muszę mieć jakieś nowe lektury, by nie myśleć o zbliżającym się remoncie.



środa, 15 marca 2017

Co czytałam w styczniu i lutym

Z racji wyjątkowego stanu, mam więcej czasu niż przeciętny człowiek, dlatego też więcej czytam. Postanowiłam więc wrócić do nieco okrojonych wpisów na temat kultury, tzn pisać więcej o tym, co czytam, co oglądamy. Z filmami nie jest tak kolorowo, bo Michał ma sporo pracy (nie tylko w pracy, ale i wieczorami), więc oglądamy mniej, niż w ubiegłym roku, ale na pewno więcej będę pisać o książkach. W środku lata pewnie będzie mnie tu znowu mniej, a jak sobie już ustabilizuję wszystko w związku z dzieckiem, zacznę się pewnie rozglądać za książeczkami z cyklu "To jest auto, a to jest kubek", więc staram się nie tracić czasu.


"Beksińscy. Portret podwójny" Magdaleny Grzebałkowskiej
Niezwykle przygnębiająca. Choć tak dużo wiedziałam o tej rodzinie, mimo wszystko książka mnie niejednokrotnie zaskoczyła. Podczas czytania zmarła mi ukochana babcia, więc wszystko się trochę łączyło z książką, a na pewno z jej atmosferą. Bardzo odpowiada mi taki rodzaj narracji, przeplatany z fragmentami listów. Nie miałam pojęcia, że Zdzisław Beksiński tak pięknie pisał. Przeczytałam po obejrzeniu "Ostatniej rodziny", jednak nie uważam, że kolejność powinna być tutaj zachowana. Fascynujący byli, obaj (żona i matka to inny temat), ale i przerażająco smutni.


"Katedra Marii Panny w Paryżu" Victora Hugo
Bardzo wzruszająca powieść, w której poznajemy słynnego Quasimodo oraz Esmeraldę. Mnogość wątków nie sprawia, że się gubimy, a wprost przeciwnie: jeszcze bardziej nas wciąga ta opowieść.
Duży plus za naszkicowanie Paryża z XV wieku i jego architektury.
To moje pierwsze spotkanie z Hugo i już wiem, że mam co nadrabiać.




"Bezcenny" Zygmunta Miłoszewskiego
Po słynnej trylogii Miłoszewskiego, byłam przekonana, że nic równie ciekawego spod jego pióra nie wyjdzie. Wstyd mi, że nie chciałam mu dać szansy, czy też może, że w niego nie uwierzyłam, bo "Bezcenny" pozbawił mnie butów. Niezwykle barwna historia, sporo ciekawostek historycznych, ale i z dziedziny malarstwa. Przepadłam na kilka dni zupełnie.
Miłoszewski podobno pisze teraz coś zupełnie innego, a pomysł na powieść jest genialny, więc zacieram ręce i czekam na premierę!


 "Niewinni" Iana McEwana
Dobra.
McEwan rzadko zawodzi (chyba? Bo nie czytałam wszystkiego). Tym razem akcja dzieje się w powojennym Berlinie. Drobiazgowo wszystko opisane, ale nie mogłam jej dłużej czytać, tzn dawkowałam sobie. Potrzebowałam przerw. Męczyłam się razem z głównym bohaterem. Może tak miało być? Przede mną jeszcze m.in. słynna "Pokuta"!


"Działa Nawarony" Alistara MacLeana
Krótko. Jak to MacLean, dobra szpiegowska proza, momentami czyta się z wypiekami na twarzy. Na szczęście jeszcze wiele jego pozycji do odkrycia. Jego książki dobre są na lato, bo są lekkie, niezbyt wymagające, ale jednocześnie zwykle przyzwoicie napisane.



"Prowadź swój pług przez kości umarłych" Olgi Tokarczuk
Powieść Tokarczuk czekała na mojej półce od świąt 2009 roku. Gdybym tylko wiedziała, jak bardzo mi się spodoba! Ale tak to czasem jest, że z niewyjaśnionych powodów odkładamy pewne decyzje w czasie. Nie ma co nad tym płakać. Do pewnych rzeczy musimy dojrzeć :)
To trochę niemożliwe, by sprawiedliwości stało się zadość, szczególnie nie w ten sposób, ale...oj, jak bardzo rozumiałam więź głównej bohaterki z przyrodą. Coś niebywałego. Z jednej strony bardzo chcę zobaczyć "Pokot", który został zrealizowany na podstawie tej opowieści, a z drugiej bardzo się boję. Bo słyszałam różne opinie, przeważają średnie lub słabe.
Wracając do książki; bardzo wciąga, chyba najbardziej ze wszystkich Tokarczuk, ale też długo nic jej nie czytałam. Bardzo, bardzo polecam, poruszająca tak, że śniłam o sarnach dwie noce.


"Dziewczyna z zespołu" Kim Gordon
Duże rozczarowanie. Książka wydaje się być kolejnym projektem Kim Gordon, który ma za zadanie przede wszystkim strzelić w kolano byłemu mężowi. Smutne to, żenujące, nie tego się spodziewałam. A końcówka książki to już w ogóle smutek.
Wcześniej, z tej samej serii, czytałam "Poniedziałkowe dzieci" Patti Smith, więc rozumiem, że poprzeczka była zawieszona bardzo wysoko, no ale mimo wszystko Kim Gordon postanowiła w książce po prostu wyliczać swoje projekty i osoby, które zna. Nie polecam, nie tylko fanom Sonic Youth, bo ci w szczególności nie powinni jej czytać.


Wiem, że wynik nie jest imponujący, jednak luty miałam bardzo trudny psychicznie, poza tym... To nie jest tak, że skoro jestem w ciąży, to leżę i pachnę. Mam sporo różnych zajęć, serio. A przed nami remonty, przeprowadzka, więc w kwietniu i maju to się będzie dopiero działo... Oczywiście będę głównie nadzorować prace, ale i tak to będzie gorący okres. Ale nie chcę za dużo też myśleć o tym, co nas czeka, bo można zwariować. Wystarczy, że obserwuję mój rosnący niemal codziennie brzuch... :)


poniedziałek, 13 marca 2017

Chcę i mogę wszystko!

Po udziale w środowym Międzynarodowym Strajku Kobiet, podczas którego krzyczałam z mnóstwem kobiet, że ja też chcę m.in. wyrównania płac, porządnej opieki okołoporodowej, bezpłatnej antykoncepcji, prawa do aborcji i przede wszystkim decydowania o własnym ciele, zjedliśmy pizzę w Bar a Boo. Jak zawsze, był to świetny wybór. Rozmawialiśmy nad ulubionym plackiem z sosem pomidorowym i mozzarellą o tym, jakie to żenujące, że dziś musimy walczyć o coś, co wydaje się oczywistością. Na manifestacji Michał był ze mną, rzecz jasna.

Ale później on pojechał do domu, a ja poszłam na spotkanie z cudownymi kobietami. Blimsien utworzyła Girl Gang na facebooku jakiś czas temu. Z racji, że śledzę tę dziewczynę w internecie od kilku lat, przyklasnęłam pomysłowi i od razu zapisałam się do gangu. Jest to grupa zamknięta, należą do niej tylko kobiety. Łączy nas przede wszystkim solidarności i wiara w to, że razem możemy dużo więcej. Nie zliczę, ile razy gang mi już pomógł, a problemy i pytania, pojawiające się tam każdego dnia, są przeróżnej treści, bo od kosmetyków, jogi, jedzenia, po seks, politykę, zdobywanie wiedzy, pracy, doświadczenia. Od jakiegoś czasu w różnych miastach dziewczyny zaczęły się spotykać. Zrobiłyśmy to i my w Poznaniu, właśnie 8.marca. Przyszło nas kilkanaście. Wróciłam przed 23, ale wyszłyśmy z knajpy z czystej przyzwoitości (większość pracuje od rana), bo siedziałybyśmy tam dużo dłużej. 

Ta grupa udowadnia, jak bardzo każda z nas jest wartościowa i różnorodna i że łącząc nasze siły, możemy dużo więcej, niż nam się wydaje. Dziewczyny dały mi na tym spotkaniu niesamowitego kopniaka motywacyjnego. Nie tylko nie mogłam zasnąć z wrażeń, ale i od rana zakasałam rękawy i zrobiłam plan na najbliższe długie tygodnie. Plan pracy. Bo w wieku 32 lat nie jest za późno ani na nowe pasje, ani na przebranżowienie się, ani na nic. Przypomniały mi o tym w środę. I od środy każdego dnia pracuję, uczę się, czytam, odrobinę koryguję mój plan na najbliższy rok.

Czuję, że naprawdę mogę wszystko, co tylko mi się zamarzy! Dziewczyny przypomniały mi, że wszystko zależy od nas. To nie jest jakiś pusty frazes, tak to właśnie działa. Albo pracujesz nad czymś, albo odpuszczasz. Nic samo nie przyjdzie. Ale motywacja to jedno. Po tym spotkaniu poczułam się silna. Tego mi najbardziej brakowało. Siły.

 

poniedziałek, 6 marca 2017

Morning routine

Oj zaspałam dziś trochę. Chciałam być na nogach przed 8, ale pospałam 40 minut dłużej. Śnił mi się Putin i Pussy Riot (zaczęliśmy oglądać trzeci sezon "House of cards"). Posłuchałam opowieści o Azji Tomka Gorazdowskiego. W trakcie przygotowywania jaglanki miałam powrót do typowych objawów pierwszego trymestru, co ostatnio znowu mi się zdarza. Ale postanowiłam nie poddawać się temu uczuciu bezsilności i szybko wzięłam się w garść.



Zjadłam śniadanie, przeczytałam 50 stron książki, popiłam rumiankiem. Po prysznicu wtarłam w ciało olejek przeciw rozstępom, dałam uspokoić się żołądkowi, który jeszcze był trochę niepewny. Przygotowałam przestrzeń do jogi i zrelaksowałam się cudownie przez te 20 minut.

Następnie korzystając jeszcze ze słońca, poszłam na spacer. Szukałam dzięcioła, nowych pąków i wiewiórek, ale na te ostatnie chyba jeszcze za wcześnie, bo znowu żadnej nie spotkałam. Po powrocie przygotowałam sobie kawę zbożową z mlekiem, poczytałam po włosku i tak zastało mnie południe. Mam nadzieję, że u Was równie interesujące.

Miłego dnia!

czwartek, 2 marca 2017

Vermont Sourdough - podejście numer dwa!

Gdy kilka miesięcy temu zabrałam się za Vermonta, jego realizacja szybko podciąła mi skrzydła. Chleb nie wyrósł, jak sobie życzyłam, a następnego dnia był "sklapciały", nadający się tylko do grzankowania, a i tak nie nawet w połowie tak smaczny, jak się spodziewałam. Wiedziałam, że coś zrobiłam źle. Przecież to najsłynniejszy chleb na świecie! Prawdopodobnie winą można obarczyć mąkę. Ale i pewnie moją niecierpliwość, jeśli chodzi o czekanie na wyrośnięcie ciasta. Tym razem przygotowałam się porządnie, no i mój trud został wynagrodzony.

Potrzebuje czasu, jak każdy dobry chleb. Musi wyrosnąć, nie ma mowy o przeciągach, dorzućmy jeszcze trochę cierpliwości i pamiętanie o składaniu chleba - to bardzo istotne. Przepisów jest w internecie mnóstwo, ja korzystałam z Trufli, która mnie nigdy nie zawiodła, a dodatkowo błyskawicznie odpowiadała na pojawiające się co jakiś czas wątpliwości, za co jej bardzo dziękuję.

Z podanego przepisu otrzymamy dwa spore bochenki, ja jeden zamroziłam i teraz się nim raczę właśnie. Bo Vermont mrozi się pięknie, nie bójcie się tego!



Ten wzorek po lewej to moja nieudana próba zrobienia "pięknych" nacięć żyletką. Jak widać, nieudana. Ale zanim przystąpiłam do cięcia drugiego chleba, obejrzałam dokładne instrukcje na youtubie, poczytałam i chyba zrozumiałam, o co chodzi. Mocno, szybko i zdecydowanie. No i się udało. Ale to i tak nie jest jeszcze to, czego bym sobie życzyła. Wszystko przede mną.

To już prawie 3 lata, od kiedy sami pieczemy chleb i muszę przyznać, że są coraz lepsze, ale nie tylko dzięki wprawie, obserwacji zakwasu, regularnemu dokarmianiu go, lecz również dzięki cierpliwości, której uczę się niemal każdego dnia. Cierpliwości do wszystkiego, można powiedzieć, że nawet do życia. Wpływ na to miała nie tylko joga, ale chyba przede wszystkim zmiana mojego nastawienia do życia i mniejsze oczekiwania. Przestałam też gdybać tak dużo, wymyślać, zastanawiać się i komplikować sobie życie. Teraz jest idealnie. Wstydzę się tego, że wcześniej chciałam więcej, mocniej, intensywniej. Teraz szukam wrażeń w moim codziennym życiu, więcej nie potrzebuję.


wtorek, 28 lutego 2017

Pączkowy debiut

Od lat Michał prosił, żebym zrobiła pączki. Co roku odmawiałam, widząc w przepisach "1 litr oleju", a nie chciałam robić pieczonych. Michał z rozrzewnieniem wspomina pączki swojej babci, która w dzieciństwie w ten sposób wszystkim sprawiała radość w okolicach Tłustego Czwartku. Kiedy, jak nie teraz? - pomyślałam.

Jeśli nie macie miksera z hakiem, to przygotujcie się, że zaczynając robić je rano, skończycie późnym popołudniem. Samej fizycznej roboty nie ma bardzo dużo (choć jak to z drożdżowym, trzeba cierpliwości, spokoju i miłości przy wyrabianiu, tu nie ma drogi na skróty), ale trochę się czeka na wyrastanie. No i dobrze mieć drugą parę rąk choćby do nadziewania. Taka pierdoła - nadziewanie, czy sypanie cukrem pudrem, ale wszystko zajmuje trochę czasu. Korzystałam z przepisu niezastąpionej Kwestii Smaku. Mój osobisty tester drżał ze szczęścia, więc mogę z całą pewnością powiedzieć, że pączki się udały. 



No i umówmy się, że dla dwóch osób 24 pączki to trochę dużo, nawet, jak następnego dnia będą je dojadać. Michał zjadł 8 pierwszego dnia i resztę kolejnego, trochę zawiozłam mamie. Sama zjadłam 4 w czwartek ( i 1 w piątek), czym ustanowiłam swój rekord, ale domowe po prostu nie są takie słodkie, jak te kupne. 



Inna sprawa, że w ciąży mam bardzo niską tolerancję na cukier i słodycze, prawie ich nie jem. Właściwie tylko w gościach, a i tak mniej, niż kiedyś. Niesamowite, co te hormony robią, bo zawsze byłam przekonana, że w ciąży przytyję 25kg, objadając się czekoladą. Tymczasem okazało się, że czekolady zjada Michał, bo inaczej się przeterminują, a piekę jeszcze mniej, niż wcześniej (1 raz piekłam ciasto, odkąd jestem w ciąży i 1 raz ciasteczka, które zawiozłam koleżance). Największą ochotę mam na słone i ostre. Typują (po smakach) chłopaka, cóż... wkrótce się przekonamy.

Pozdrawiam Was ciepło, dziękuję, że mimo mojej nikłej aktywności, wciąż zaglądacie i piszecie maile. Bardzo, bardzo to doceniam.



poniedziałek, 20 lutego 2017

Powoli wracam

Nie jest tak łatwo wrócić do codziennych, wcześniej założonych sobie zajęć. Wspieramy się nawzajem z mamą codziennymi długimi rozmowami telefonicznymi. Bo kontakt osobisty musiałyśmy chwilowo przerwać - ostatnie kilka dni spędziłam w łóżku. Nic przyjemnego: chorować. Ale w ciąży to podwójnie trudne, bo nie mogę brać prawie żadnych leków, więc dłużej zdrowieję. Myślę, że mimo wszystko z korzyścią dla mojego zdrowia, bo polegam tylko i wyłącznie na naturalnych sposobach typu syrop z cebuli, herbata z dziewanny, napar z imbiru itd.


Zanim zachorowałam, zdążyłam sobie kupić "Italia mi piace!", rozpoczynając tym samym przygodę z tym kwartalnikiem. Dobrzy, pełni pasji ludzie go tworzą, więc mam nadzieję, że pozwoli mi wejść na wyższe obroty z włoskim. Kuleje ostatnio moja nauka, książki, blog, samopoczucie, wszystko. Trochę tłumaczę to hormonami, a trochę wiem, że ja też, mimo odmienionego stanu, muszę przejść proces żałoby. Trudno się na czymś skupić.

Pogoda... kiedy leżałam w łóżku, smog był minimalny, słońce pięknie świeciło, zapraszając do spaceru. A dziś, kiedy muszę wyjść z domu, jest pochmurno, wieje silny wiatr, za chwilę ma się tez rozpadać. Cudownie. Aura nie pomaga ani trochę.

Ubieram się na tyle szczelnie, by wiatr nie mógł mnie dosięgnąć i ruszam. A Wy tam trzymać kciuki, proszę, bo dziś nerwowo trochę.

poniedziałek, 6 lutego 2017

Babka







Babka, tak na nią mówiliśmy. To zdjęcie Michał nam zrobił 4 lata temu pod Multikinem, Babcia ma na nim 70 (!) lat. Z okazji urodzin za brałam ją na nowego Woody Allena, lubiła. Nie było problemów, że z napisami. Babcia w ogóle nie robiła problemów z niczym. Jadła moje humusy, nie interesowało jej, że ktoś ma taką i owaką orientację seksualną, czy  o innych różnicach nie wspomnę. Nieba by wszystkim przychyliła, dosłownie. Wkurzała ją tylko niesprawiedliwość, bolało cierpienie bliskich, irytowało maksymalnie wszystko, co robi PIS. Kiedy wygrali wybory w 2005 roku, głęboko schowała wszystkie berety moherowe, które tak kochała, ale bała się, że ktoś pomyśli, że na nich głosowała. 

Była pierwszą osobą, do której zadzwoniłam w wieku 18 lat, gdy zrobiłam dready. Z nią w ogóle można było porozmawiać o seksie, o wszystkim. Była bardzo nowoczesną babcią.

Wszyscy ją kochali, nie sposób było inaczej. O Michale mówiła „mój wnuk”, a i on się bardzo do niej przywiązał. Po śmierci mojego ojca jej pomoc była nieoceniona, byliśmy u mamy i u niej w ostatnich 3 latach co 2 tygodnie na weekend, więc kontakt był bardzo częsty. Była bardzo nietypową starszą panią, bo nie tylko względnie zdrową, w świetnej kondycji, ale i nie narzekała, tylko dużo się śmiała; miała ogromny apetyt, czego nie zdradzała jej figura, no i szła spać ok. 23-24, wstawała ok. 9, a i jeszcze popołudniu miała drzemkę 2-godzinną. Podobno starsi ludzie nie mają apetytu i mało śpią…
 
 W piątek wieczorem, gdy przyjechaliśmy, żartowaliśmy z jej rozwlekłych wypowiedzi. Śmiała się tak bardzo, że wycierała sobie łzy. Sekundę później umarła na naszych oczach, bez żadnej zapowiedzi. W pełni śmiechu i szczęścia. Kilka minut przed 22, nie zdążyła na ukochane  „Szkło kontaktowe”.

 Jest nam wszystkim tak cholernie ciężko. Bo to naprawdę była babcia jedna na milion. Cieszę się, że zdążyła obejrzeć mój brzuch, była bardzo szczęśliwa, że będziemy rodzicami. Szkoda, ze nie doczekała tego dzieciątka.

Staram się dużo nie płakać, bo migrena nie odpuszcza, szczególnie od soboty. A od płaczu boli jeszcze bardziej. I podbrzusze też, ale byłam dziś u lekarza, jest wszystko w porządku.

Tak bardzo nam się chce śmiać z planów, które mieliśmy na najbliższe 2-3 lata. Tak jakby nagła śmierć taty 3 lata temu niczego mnie nie nauczyła. Planować to sobie można. Nie ma raczej innego wyjścia i musimy opuścić nasze mieszkanie w Poznaniu i wrócić do mojego domu rodzinnego, do mamy. Ale to nie jest jakiś dramat, mamy z nią super kontakt. Po prostu nie lubię zmian i muszę się przestawić. Damy sobie z tym radę. Mama jest teraz najważniejsza. Trzy lata temu musiałam się szybko pozbierać po śmierci ojca, z którym byłam blisko, dla mamy. Teraz muszę się otrząsnąć po stracie ukochanej babci, z którą byłam bardzo zżyta, bo jestem w ciąży. Chyba nigdy nie będą mogła mieć normalnej żałoby, ale może to lepiej.

Nie traćcie czasu, odwiedzajcie się, rozmawiajcie ze sobą, nie obrażajcie się na siebie. Bądźcie dla siebie dobrze, mówcie o swoich uczuciach - również tych złych. 
Babcia była w świetnej formie psychicznej i fizycznej, biegała z grabiami po ogrodzie. Nikt by nie przypuszczał, że tak szybko nas zostawi. A tata? Raz w życiu słyszałam, jak kaszlał. Biegał maratony, morsował co tydzień, był kulturystą, miał końskie zdrowie. To już druga taka bardzo nagła śmierć w mojej rodzinie. Zaczęliśmy żyć po jego stracie wszyscy, przestaliśmy zajmować się pierdołami. Nie warto.


czwartek, 2 lutego 2017

Burrito w 15 minut!

....A nawet krócej, jeśli masz gotowe placki. My je robimy zawsze sami, więc ich wyrabianiem zajmuje się Michał, a ja w tym czasie robię pozostałe rzeczy. W 5 minut tez można, jak mamy kilka rzeczy już przygotowanych, ale po co się tak spieszyć w kuchni, jak koledzy z Happy Pear? Są wspaniali, tylko spójrzcie. Często nas inspirują do kolejnych testów nowych obiadów. Przepis jest pod filmikiem, linkuję TU.
Edit: my robimy zawsze 4 placki, więc kuskusu dałabym połowę, pomidorków ok 200 g, kukurydzy i czarnej fasoli też, jednak co zostało, wykorzystałam następnego dnia do sałaty na drugie śniadanie, bo przecież niczego nie wyrzucamy, to jasne! 

Z innych zmian: limonkę miałam tylko jedną, więc podzieliłam na całość, sos z tamaryndowca zastąpiłam sosem sojowym. Jest pikantnie (chili dałam oczywiście 2-3 cm, większej ilości bym nie zjadła, bo lubię ostro, ale tylko trochę), ale pysznie! Zaskakujące, że tak niewiele soli jest w całym daniu - pozwoliłam sobie trochę posolić pomidorki, bo o tej porze roku nie są one tak słodkie, jak powinny, ale to wszystko. I niczego nie dosalaliśmy! Jest tu sporo kuminu i świeżej kolendry, myślę, że to "zrobiło robotę".

Nadszedł ten najtrudniejszy dla nas czas w roku, do połowy stycznia, przez luty i mniej więcej połowę marca jest naprawdę bieda z owocami i warzywami. Główka sałaty masłowej kosztuje 5zł i zastanawiam się, w jakich warunkach rosła, bym mogła ją jeść w lutym... Więcej jem jarmużu teraz, jakiś smaczniejszy mi się wydaje, żeby nie powiedzieć, że ma jakiś smak, w odróżnieniu od ogórków i pomidorów. I oczywiście teraz królują warzywa korzeniowe, m.in. buraki. Bo coś jeść trzeba, a osobiście jestem wielką fanką buraków, więc w to mi graj! Wysiałam ostatnio rzeżuchę, ale pierwszy raz nie wzeszła... Ktoś ma pomysł, co zrobiłam źle? Może musi być jednak trochę cieplej? (stała na parapecie)

Czas ucieka nieubłaganie. Myślałam, że choć trochę będzie się dłużyć, gdy jestem w domu, ale codziennie jest tak dużo do zrobienia, że często się nie wyrabiam ze wszystkim, co sobie zakładam! Nie leniuchuję, o nie, szczególnie, że zaczął mi dokuczać ból pleców, więc ćwiczę, sprzątam, ruszam się, by ten ból rozejść. Zauważyłam, że jak dłużej posiedzę, to boli, więc jestem skazana na spacery. Tylko od tygodnia jestem zamknięta w domu, bo jest taki smog, że od mojego osobistego sierżanta mam zakaz wychodzenia. Ma rację, skubany. Powietrze jest takie, że równa się z tym, jakbym sama paliła papierosy, a dodatkowo mam astmę, no i pod moją piersią bije już drugie serce, więc lepiej nie ryzykować. 

Jeśli nie jesteście pewni, jaki jest stan powietrza, a nie musicie codziennie wychodzić z domu, zainstalujcie sobie aplikację w telefonie, taką antysmogową. Bardzo przydatna rzecz. Korzystamy z niej kilka razy dziennie.


Zostawiam Was z Jacko, wracam do książki i jogowego relaksu na noc. Miłości!





niedziela, 29 stycznia 2017

Dzielimy się szczęściem

W tym tygodniu minęło nam 10 lat razem. Za sukces uważam zero separacji czy odpoczynku od siebie, choć były już takie momenty, że niewiele brakowało... Ale przetrwaliśmy to, utwierdzając się tylko w przekonaniu, że jesteśmy dla siebie. Książki, filmy, światopogląd, kuchnia, zainteresowania - dzielimy razem. Ale jest i tak sporo różnic między nami, które jednak przezwyciężamy, jesteśmy przyjaciółmi i nigdy nie będziemy idealni dla siebie, czytający sobie zawsze w myślach. Ale nie o tym chciałam dziś pisać. 



Nowy człowiek w drodze. Kiedy będziemy zajadać się truskawkami i czereśniami, powinien się urodzić, w samym środku gorącego lata. Nie możemy się już doczekać, jednocześnie jesteśmy odrobinę stremowani, czy podołamy nowej roli. Nie chodzi tu o zmianę naszego życia, bo umówmy się, że nic już nie będzie takie samo, a pierwsze lata będą dużo trudniejsze, niż się spodziewamy. Ale zostaniemy rodzicami, a to ogromna odpowiedzialność. Dużo o tym rozmawiamy, uspokajając się nawzajem. Musi być dobrze. Ale ta myśl, że tak dużo zależy od nas, wcale nie daje nam poczucia władzy, tylko trochę przeraża.



Staram się dużo odpoczywać, czytać, nie marnować czasu, ale nie przemęczać się, bo wydolność spadła mi okrutnie. Będę pewnie więcej pisać teraz o ciąży, bo trudno ukryć, że to temat przewodni naszego życia w tej chwili, ale postaram się Was nie zanudzać jedynie tym tematem. Pozdrawiam serdecznie z 15.tygodnia ciąży i uciekam jeść coś dobrego, zdrowego, sycącego... :) 


Ostatnio to moja ulubiona wariacja śniadaniowa - rozgniecione awokado

 

poniedziałek, 23 stycznia 2017

Chleb żytnio- gryczany z melasą i kminkiem, od Trufli

Mam trochę więcej czasu ostatnio, niż przeciętny człowiek, więc zaczynam kombinować. Z chlebem też. Oj, najlepiej uczyć się chleba i bułek od Trufli, mówię Wam. Ta dziewczyna to złoto. I od niej właśnie jest przepis na chleb żytnio-gryczany. Bajka. I z dżemem i z hummusem z soczewicy (też jej autorstwa, zresztą, poszukajcie u niej na blogu), oczywiście wcześniej musi być kawałek dobrego masła. Ja w ogóle lubię masło (niestety), ale odkąd robię chleb, to zupełnie zwariowałam na jego punkcie, bo nie wiem, czy jest coś lepszego od ciepłego jeszcze, parującego chleba, dopiero wyjętego z Waszego piekarnika z grubą warstwą masła... Aj! 

Jest trochę ciężki w smaku, ale lubię takie. No i ta skórka! Cudownie chrupiąca, naprawdę cudownie! Te dwa bochenki zniknęły błyskawicznie u nas, oboje sobie równo wydzielaliśmy, co może tylko oznaczać, że szybko do niego wrócimy.




Przygotowanie tego chleba jest dziecinnie proste, zresztą Trufla pięknie i czytelnie wszystko tłumaczy. Wkrótce zabieram się za jej kolejne bochenki, nie mogę się już doczekać! Ale dziś lub jutro chciałabym zrobić bułki według jej receptur. Muszę tylko zaopatrzyć się w żyletkę, żeby nacięcia były choć zbliżone, bo tak idealnie, jak u niej, to chyba nigdy nie będą...
 
Piękne słońce dziś, więc uciekam za chwilę do lasu na godzinkę! 

Życzę Wam dużo słońca i miłości w tym tygodniu :)

Zostawiam Was z Lapsley, do której się w końcu przekonałam. Przesłuchajcie tę płytę, jest dostępna na Spotify. Dla mnie najlepszy chyba jest utwór numer 1, ale zostawiam Was z tzw hiciorem, który jest jednocześnie ukłonem w stronę koleżanki z południa Polski. To dzięki niej dałam Lapsley drugą szansę.