czwartek, 2 lutego 2017

Burrito w 15 minut!

....A nawet krócej, jeśli masz gotowe placki. My je robimy zawsze sami, więc ich wyrabianiem zajmuje się Michał, a ja w tym czasie robię pozostałe rzeczy. W 5 minut tez można, jak mamy kilka rzeczy już przygotowanych, ale po co się tak spieszyć w kuchni, jak koledzy z Happy Pear? Są wspaniali, tylko spójrzcie. Często nas inspirują do kolejnych testów nowych obiadów. Przepis jest pod filmikiem, linkuję TU.
Edit: my robimy zawsze 4 placki, więc kuskusu dałabym połowę, pomidorków ok 200 g, kukurydzy i czarnej fasoli też, jednak co zostało, wykorzystałam następnego dnia do sałaty na drugie śniadanie, bo przecież niczego nie wyrzucamy, to jasne! 

Z innych zmian: limonkę miałam tylko jedną, więc podzieliłam na całość, sos z tamaryndowca zastąpiłam sosem sojowym. Jest pikantnie (chili dałam oczywiście 2-3 cm, większej ilości bym nie zjadła, bo lubię ostro, ale tylko trochę), ale pysznie! Zaskakujące, że tak niewiele soli jest w całym daniu - pozwoliłam sobie trochę posolić pomidorki, bo o tej porze roku nie są one tak słodkie, jak powinny, ale to wszystko. I niczego nie dosalaliśmy! Jest tu sporo kuminu i świeżej kolendry, myślę, że to "zrobiło robotę".

Nadszedł ten najtrudniejszy dla nas czas w roku, do połowy stycznia, przez luty i mniej więcej połowę marca jest naprawdę bieda z owocami i warzywami. Główka sałaty masłowej kosztuje 5zł i zastanawiam się, w jakich warunkach rosła, bym mogła ją jeść w lutym... Więcej jem jarmużu teraz, jakiś smaczniejszy mi się wydaje, żeby nie powiedzieć, że ma jakiś smak, w odróżnieniu od ogórków i pomidorów. I oczywiście teraz królują warzywa korzeniowe, m.in. buraki. Bo coś jeść trzeba, a osobiście jestem wielką fanką buraków, więc w to mi graj! Wysiałam ostatnio rzeżuchę, ale pierwszy raz nie wzeszła... Ktoś ma pomysł, co zrobiłam źle? Może musi być jednak trochę cieplej? (stała na parapecie)

Czas ucieka nieubłaganie. Myślałam, że choć trochę będzie się dłużyć, gdy jestem w domu, ale codziennie jest tak dużo do zrobienia, że często się nie wyrabiam ze wszystkim, co sobie zakładam! Nie leniuchuję, o nie, szczególnie, że zaczął mi dokuczać ból pleców, więc ćwiczę, sprzątam, ruszam się, by ten ból rozejść. Zauważyłam, że jak dłużej posiedzę, to boli, więc jestem skazana na spacery. Tylko od tygodnia jestem zamknięta w domu, bo jest taki smog, że od mojego osobistego sierżanta mam zakaz wychodzenia. Ma rację, skubany. Powietrze jest takie, że równa się z tym, jakbym sama paliła papierosy, a dodatkowo mam astmę, no i pod moją piersią bije już drugie serce, więc lepiej nie ryzykować. 

Jeśli nie jesteście pewni, jaki jest stan powietrza, a nie musicie codziennie wychodzić z domu, zainstalujcie sobie aplikację w telefonie, taką antysmogową. Bardzo przydatna rzecz. Korzystamy z niej kilka razy dziennie.


Zostawiam Was z Jacko, wracam do książki i jogowego relaksu na noc. Miłości!





niedziela, 29 stycznia 2017

Dzielimy się szczęściem

W tym tygodniu minęło nam 10 lat razem. Za sukces uważam zero separacji czy odpoczynku od siebie, choć były już takie momenty, że niewiele brakowało... Ale przetrwaliśmy to, utwierdzając się tylko w przekonaniu, że jesteśmy dla siebie. Książki, filmy, światopogląd, kuchnia, zainteresowania - dzielimy razem. Ale jest i tak sporo różnic między nami, które jednak przezwyciężamy, jesteśmy przyjaciółmi i nigdy nie będziemy idealni dla siebie, czytający sobie zawsze w myślach. Ale nie o tym chciałam dziś pisać. 



Nowy człowiek w drodze. Kiedy będziemy zajadać się truskawkami i czereśniami, powinien się urodzić, w samym środku gorącego lata. Nie możemy się już doczekać, jednocześnie jesteśmy odrobinę stremowani, czy podołamy nowej roli. Nie chodzi tu o zmianę naszego życia, bo umówmy się, że nic już nie będzie takie samo, a pierwsze lata będą dużo trudniejsze, niż się spodziewamy. Ale zostaniemy rodzicami, a to ogromna odpowiedzialność. Dużo o tym rozmawiamy, uspokajając się nawzajem. Musi być dobrze. Ale ta myśl, że tak dużo zależy od nas, wcale nie daje nam poczucia władzy, tylko trochę przeraża.



Staram się dużo odpoczywać, czytać, nie marnować czasu, ale nie przemęczać się, bo wydolność spadła mi okrutnie. Będę pewnie więcej pisać teraz o ciąży, bo trudno ukryć, że to temat przewodni naszego życia w tej chwili, ale postaram się Was nie zanudzać jedynie tym tematem. Pozdrawiam serdecznie z 15.tygodnia ciąży i uciekam jeść coś dobrego, zdrowego, sycącego... :) 


Ostatnio to moja ulubiona wariacja śniadaniowa - rozgniecione awokado

 

poniedziałek, 23 stycznia 2017

Chleb żytnio- gryczany z melasą i kminkiem, od Trufli

Mam trochę więcej czasu ostatnio, niż przeciętny człowiek, więc zaczynam kombinować. Z chlebem też. Oj, najlepiej uczyć się chleba i bułek od Trufli, mówię Wam. Ta dziewczyna to złoto. I od niej właśnie jest przepis na chleb żytnio-gryczany. Bajka. I z dżemem i z hummusem z soczewicy (też jej autorstwa, zresztą, poszukajcie u niej na blogu), oczywiście wcześniej musi być kawałek dobrego masła. Ja w ogóle lubię masło (niestety), ale odkąd robię chleb, to zupełnie zwariowałam na jego punkcie, bo nie wiem, czy jest coś lepszego od ciepłego jeszcze, parującego chleba, dopiero wyjętego z Waszego piekarnika z grubą warstwą masła... Aj! 

Jest trochę ciężki w smaku, ale lubię takie. No i ta skórka! Cudownie chrupiąca, naprawdę cudownie! Te dwa bochenki zniknęły błyskawicznie u nas, oboje sobie równo wydzielaliśmy, co może tylko oznaczać, że szybko do niego wrócimy.




Przygotowanie tego chleba jest dziecinnie proste, zresztą Trufla pięknie i czytelnie wszystko tłumaczy. Wkrótce zabieram się za jej kolejne bochenki, nie mogę się już doczekać! Ale dziś lub jutro chciałabym zrobić bułki według jej receptur. Muszę tylko zaopatrzyć się w żyletkę, żeby nacięcia były choć zbliżone, bo tak idealnie, jak u niej, to chyba nigdy nie będą...
 
Piękne słońce dziś, więc uciekam za chwilę do lasu na godzinkę! 

Życzę Wam dużo słońca i miłości w tym tygodniu :)

Zostawiam Was z Lapsley, do której się w końcu przekonałam. Przesłuchajcie tę płytę, jest dostępna na Spotify. Dla mnie najlepszy chyba jest utwór numer 1, ale zostawiam Was z tzw hiciorem, który jest jednocześnie ukłonem w stronę koleżanki z południa Polski. To dzięki niej dałam Lapsley drugą szansę.




poniedziałek, 9 stycznia 2017

Owsianka kokosowa z żurawiną

Wczoraj zrobiłam obiad na dwa dni, z przepisu niezastąpionej Maddy, której receptury nigdy mnie nie zawiodły. Chana masala. Jak tylko masz cieciorkę, obiad jest naprawdę błyskawiczny, przygotowanie go zabiera nie więcej, niż 20-25 minut i mamy go na 2 dni! Jest tak pyszny, że Michał mruczał z zadowolenia podczas posiłku.

Miałam wątpliwości, czy na pewno dać tylko pół puszki mleczka kokosowego i 1 puszkę pomidorów, ale oczywiście okazało się, że wszystko jest idealnie zgrane i wyważone. 




Ucieszyłam się, że zostało mi trochę mleczka kokosowego, bo nigdy mi nie zostaje z porcji obiadowych czy zup i nigdy nie miałam możliwości zrobić np owsianki na tymże. Och, jaki błąd kardynalny, moi drodzy! Moje kubki smakowe dziś zwariowały!

Inspirowałam się przepisem od Jadłonomii.


OWSIANKA KOKOSOWA Z ŻURAWINĄ

1/3 szklanki płatków owsianych
pół puszki mleczka kokosowego
1/3-1/2 szklanki wody (w zależności od upodobań, ja lubię gęstą owsiankę)
nasiona z 1/4 laski wanilii
1 łyżeczka cukry trzcinowego
2 łyżki żurawiny

Wszystkie składniki poza żurawiną umieścić w rondelku i gotować na najmniejszym ogniu około 5 minut, aż zgęstnieje. Co jakiś czas mieszaj, żeby nic nie przywarło do dna garnka. Podawaj z żurawiną.

Zwariowałam, naprawdę. I teraz nie wiem, czy mam robić co tydzień chana masalę, żeby móc robić tę owsiankę? :)


Życzę Wam miłego dnia, kochani i niech ten tydzień będzie lepszy.
Sobie życzę w nim więcej sił, o.


środa, 4 stycznia 2017

Para Bar

Od kilku lat zakończenia oku miałam ciężkie. Niekończący się proces w sądzie o spadek po ojcu i kilka innych problemów osobistych powodowały, że bałam się kolejnego stycznia.

Nie pamiętam, kiedy ostatnio z tak czystą głową wchodziłam w nowy rok. Z taką nadzieją, spokojem i optymizmem. My już wiemy, że ten rok będzie nie tylko lepszy, ale i zupełnie inny od poprzednich i nawet na jotę nie będzie ich przypominał. 

 Mam kilka postanowień noworocznych, jak co roku, ale są one zupełnie inne, niż zwykle, a i widzę, że chyba bardzo popularne. Zwalniam. Zwalniam tak bardzo, jak nawet sobie nie wyobrażacie. Z życiem, z ludźmi, ze wszystkim. Póki co, idzie dobrze.

Ale postanowiłam też, że będę bardziej dbać o ludzi, tych dobrych wokół nas. Czyli mniej internetowych spotkań, więcej rzeczywistych. Nie ukrywam, że czas mi sprzyja, no ale nic na to nie poradzę, całe życie mam szczęście. 

Wczoraj spotkałam się z Tusią, która od niedawna mieszka w Olsztynie. Bardzo interesująca i inspirująca osoba. Zjadłyśmy pierożki dim sum w Para Barze i wypiłyśmy kawę/herbatę w Taczaka 20. Jak to miło porozmawiać z kimś tak otwartym, jak ona! Niewiele trzeba tłumaczyć, nie wszystkie zdania muszę kończyć, bo wszystko jest jasne.




A pierożki na parze... chyba nie muszę ich reklamować? Kilkanaście smaków nadzienia do wyboru. Ciasto cieniutkie, delikatnie, rzadka (dla mnie) okazja do jedzenia pałeczkami i urocze sitko bambusowe, w którym mamy przygotowane i podane danie (właśnie szukam w internecie okazji, by je kupić do domowego użytku!), a do tego zachęcająca cena, bo ok 13 zł za porcję. Oczywiście większość pierożków jest wegetariańska. Serdecznie polecam!

A Taczaka 20 chyba też każdy poznaniak zna. Trochę tam jednak zmarzłam... I może następnym razem skuszę się na jakąś panini z awokado czy cuś.

Zawijam się w koc z kubkiem herbatki z dziewanny, wyłączam internet, czytam dalej książkę i powoli się uspokajam przed nadchodzącą nocą.



 

czwartek, 15 grudnia 2016

Wyciszenie

Niczego tak nie potrzebuję teraz, jak wyciszenia i ukojenia. 
Od kilku tygodni śpię po 10-12 h na dobę, więc poza pracą i snem niewiele robię, naprawdę.
Widocznie potrzebuję, prawda? Tak sobie to tłumaczę. Już niedługo powinnam się wybudzić.

I kiedy już się pochwaliłam w pracy rekordem życiowym (1 rok i 2 miesiące) w byciu zdrową, to mnie dopadło, więc od czwartku ubiegłego tygodnia leżę i śpię jeszcze więcej. I jem, o czym waga daje mi skutecznie znać. Dziś wyszłam do lasu na krótki spacer. Po powrocie poszłam spać. Chyba jednak jestem jeszcze słaba...

Nadrabiam zaległości z włoskiego, książkowe, mailowe. Piję pierdyliard herbat. Wstaję dość wcześnie, do śniadania czytam, później słucham włoskich podcastów i planuję posiłki na resztę dnia. 




Upiekłam ostatnio kanelbullar, czyli szwedzkie bułeczki cynamonowe, takie słynne zawijasy. Ja jednak dałam zastąpiłam cynamon kardamonem. Są pyszne, jednak ich minusem jest to, że najlepiej smakują ciepłe, więc albo zjemy wszystkie od razu, albo następnego dnia podgrzewamy je w piekarniku, jednak już takie smaczne nie są. Z przepisu wychodzi 10 sztuk, więc nie warto ich robić, jeśli nie planujecie gości.

Ktoś mi dziś przypomniał o Sugar Manie. Wspaniały film, wspaniała muzyka, historia, płyta. 


 
 

niedziela, 13 listopada 2016

Ramen

Jesień to kino i filmy. Zmęczeni trochę serialami, zrobiliśmy sobie przerwę i od kilku tygodni więcej oglądamy pełnometrażówek. Wkrótce napiszę o nich więcej. Starzejemy się, jesteśmy jeszcze mniej imprezowi, niż kiedyś, na domiar złego, do filmu nie otwieramy już piwa, a parzymy roiboosa. Kocyk, herbata, grube skarpety i Kieślowski. Serio. 

Skoro jesień, to i rozgrzewające potrawy gotuję. Zupa dyniowa z chilli i mleczkiem kokosowym gości u nas bardzo często, już się tęskni za dalem soczewicowym. Dziś rano przygotowałam ramen, a przed momentem skończyłam robić chili sin carne, które nam posłuży za obiad na dwa dni. W całym domu pachnie kuminem, papryką wędzoną i pozostałymi przyprawami. Od razu mi cieplej. Lubię to.

Ramen ma tyle przepisów, ilu jest ludzi. Zrobiłam według Wegan Nerd z któregoś "Slowly veggie". Poniżej widzicie zdjęcie sprzed kilku miesięcy, dziś zrobiłam ponownie, z jednym zastrzeżeniem; nie gotowałam 8h, jak wtedy, a 3. No i dziś użyłam makaronu soba, lubię ten gryczany smak. 

Jeśli się będziecie kiedykolwiek mierzyć z ramenem, nie żałujcie grzybków mun lub shitake i nori. Robią robotę. Jako wkład dałam marynowane i grillowane później tofu, szczypior, natkę pietruszki i rzodkiewkę.

Michał wyraził się, że rosół to jedyna rzecz, do której tęskni, odkąd nie je mięsa. Aktualizacja: "Za niczym już nie tęsknię, skoro robisz ramen" :)



Ten tydzień będzie jeszcze bardziej zwariowany, niż poprzedni. Nie tylko w pracy. Zatrzęsie, mówię Wam. 

Nie narzekam na zimno w tym roku. Po prostu odliczam już do wiosny. Już jest połowa listopada. Za chwilę grudzień, który ze względu na święta minie błyskawicznie, a później już z górki. I tego się trzymajmy, a w międzyczasie gotujmy, oglądajmy, kochajmy się.


wtorek, 1 listopada 2016

Wróciłam, silniejsza.

Ciężki miesiąc. Wybrałam się do dentysty, konieczne było kanałowe leczenie, co niestety wykluczyło mnie z treningów na 3 tygodnie. Powrót był, a właściwie jest niezwykle ciężki. Mięśnie pamiętają, ale wydolność siadła mi totalnie. Więc odbudowuję ją, powoli i stopniowo. By sobie nic nie zrobić. 
I jak to zwykle u mnie bywa, wszystko siadło z powodu braku sportu. Październik właściwie przespałam. Dodatkowo pękła mi obręcz w przednim kole, więc musiałam wcześniej zakończyć sezon rowerowy.

Znowu musiałam odpocząć też od internetu, zadziwiające, jak to się zbiegło wszystko. Coraz częściej mi się to zdarza, by nie włączać tygodniami komputera w domu. Oczywiście ułatwia sporo codzienność ze smartfonem, z którym możemy mieć właściwie wszystko. Bo wystarczy podpiąć kabel do sprzętu i z radia słuchać spotify albo BBC z aplikacji, a jest tam kopalnia dobrych programów muzycznych. Skoro mowa o aplikacjach, to i do nauki języków jest ich sporo, co ułatwia różne powtórki, jadąc tramwajem do pracy (najczęściej korzystam z aplikacji ankidroid). Sprawdzenie poczty, facebooka, instagramu, twittera - chwila moment i wyłączam.

Ale jest to trochę złudne, bo wydaje mi się, że oszczędzam wtedy czas, jednak prawdą jest, że robię wszystko "po łebkach". Tak, to prawda, że gdy odpalam komputer, włączam w krótkim czasie kilka (lub kilkanaście) nowych stron, które czytam, zarówno te polskie, jak i włoskie czy angielskie. Nie lubię czytać długich artykułów w telefonie, męczy mnie to. Więc z jednej strony oszczędzam czas, ale z drugiej jestem niedouczona, mam zaległości, mam mniejszą świadomość wielu rzeczy. 


Prezenty od Marysi i Sebastiana



Pomyślałam dziś o tym, gdy odczytałam maila od Marysi, żony Sebastiana. Pracujemy razem, tylko on w oddziale w Szczecinie. Spotykamy się przy okazji maratonów lub półmaratonów. Mieli przyjechać w sobotę ok 15, ale gdy pomyśleliśmy o wszystkim, co musimy razem zrobić, stwierdziliśmy, że nie chcemy się widzieć w przelocie i na wariata. Przyjechali  więc wcześniejszym pociągiem, byli w Poznaniu już po 9 rano w sobotę (musieli wstać o 5 w sobotę!). W niedzielę wstawaliśmy wszyscy ok 6, z racji maratonu, więc popołudniu, przed ich wieczornym pociągiem, zarządziłam 40-minutową drzemkę. Słanialiśmy się trochę już wszyscy. 

I Marysia napisała, że ten weekend był męczący, bo intensywny, ale że "na naszym etapie życia i w tym stale biegnącym świecie to raczej inaczej nie będzie, niż kosztem wysiłku, jeżeli będziemy chcieli dodać cokolwiek do rutynowych, codziennych działań". Aż klasnęłam w dłonie, gdy to przeczytałam. Ileż w tym jest racji! Mamy tak doskonale zaplanowany już nie każdy dzień, ale i tydzień, że każda spontaniczna sytuacja wybija nas z rytmu i niszczy kolejne zaplanowane działania. Nie chcę tak żyć. Przynajmniej nie cały czas :)

I właśnie dlatego musimy się postarać. Nie od jutra, ale od dziś, od teraz. I będę rzadziej odpalać komputer, ale efektywniej z niego korzystać, a nie przeglądając facebooka. Bo inaczej będzie trudno za czymkolwiek nadążyć i cokolwiek konstruktywnego zrobić.

Marysiu, idę za ciosem. Kolejne spotkania z dawno niewidzianymi osobami już zaplanowałam. Chce mi się więcej po naszym spotkaniu. Dziękuję Ci:*

ps. Herbaty, które nam przywieźli umilają każdy dzień. Zawsze twierdziłam, że najlepszym prezentem jest dać komuś herbatę lub/i wino :) A mamy takie szczęście, że nam wielu gości przywozi herbaty, nawet Ci, którzy pierwszy raz do nas przyjeżdżają i nie wiedzą, że lubimy filiżankę dobrej jakości herbaty.
Ale przywieźli nam również dżem marchewkowy, który zrobiła Marysia - smakował zaskakująco cytrynowo i zniknął w 2 dni, były też ciasteczka z orzechami laskowymi, które upiekła przed podróżą oraz gadżety szczecińskie, których jesteśmy fanami, o czym oboje wiedzą. Fajnie jest gościć ludzi, serio.



niedziela, 25 września 2016

#4 Niedzielne obiadki: Placki porowe z pesto pietruszkowym

Zdarza się, że nie wiem zupełnie, co zrobić na obiad w weekend. Zarówno w sobotę, jak i w niedzielę, mamy coś niestandardowego, czyli coś, czego nie jemy w tygodniu (mamy około 10-12 stałych pozycji obiadowych, którymi żonglujemy w pracujące dni, dzięki czemu nie zastanawiamy się, co by tu zrobić na obiad), ale w jeden z tych dni mamy coś na wypasie, jak to nazywamy, a w drugi dzień coś pomiędzy tygodniowym, a niedzielnym. W taki dzień, kiedy nie mam konkretnego pomysłu, Michał bierze jedną z książek kucharskich do ręki i szuka. Ja jestem wykonawcą pomysłu. I te placki on właśnie znalazł.

Ten obiad jest zdecydowanie niedzielny, chociaż to tylko placki. Ale, ale! Jakie placki! Jeśli jesteście fanami placków ziemniaczanych, to przybijam piątkę, bo ja też, ale nie jadłam lepszych placków od tych porowych. A pesto było tak smaczne, że Michał zaniemówił. 

Placki nie wymagają dużego nakładu czasu i pracy, a pesto możecie zrobić dzień wcześniej i trzymać w lodówce, w słoiku. Będzie dobre przez kilka dni.



Przepis pochodzi z książki Marty Dymek, którą znamy z bloga Jadłonomia.

PLACKI POROWE (na ok 12 placków):

3 pory (tylko biała i jasnozielona część)
1/2 papryczki chilli z pestkami
1 łyżeczka cukru trzcinowego
1 łyżeczka mielonego kuminu
1/3 łyżeczki cynamonu
1/4 łyżeczki mielonego kardamonu
kilka łyżek oleju

1 łyżka mielonego siemienia lnianego+ 3 łyżki ciepłej wody
1 szklanka mleka roślinnego
1 łyżka octu

1 i 1/4 szklanki mąki pszennej
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki sody
1 łyżeczka soli

1. Pory pokroić wzdłuż na połówki, dokładnie umyć, osuszyć i pokroić na cienkie półtalarki. Papryczkę chili posiekać. Na patelni (dużej!) rozgrzać olej, wrzucić pory, papryczkę, cukier i przyprawy i dusić na bardzo małym ogniu ok 12-15 minut, czyli do czasu, gdy pory będą miękkie i szkliste.

2. Siemię zalać wodą i odstawić na kilka minut. W większym naczyniu wymieszać mleko z octem. W dużej misce dokładnie wymieszać mąkę, proszek do pieczenia, sodę oczyszczoną i sól.

3. Spęczniałe siemię dodać do mleka z octem i wymieszać trzepaczką. Połączyć z suchymi składnikami i mieszać przez chwilę, do uzyskania gęstego ciasta. Wmieszać uduszone pory.

4. Wykładać po łyżce ciasta na suchą patelnię i smażyć placki przez 2-3 minuty z każdej strony. 

Podawaj z pesto pietruszkowym.



PESTO PIETRUSZKOWE:

3 natki pietruszki, niedbale posiekanej
1/2 szklanki uprażonych pestek dyni lub słonecznika
2-3 łyżki płatków drożdżowych
1 duży ząbek czosnku
1/2 łyżeczki skórki otartej z cytryny
1/4 szklanki oliwy
sól, czarny pieprz

Wszystkie składniki poza olejem zmiksuj w blenderze z ostrzem w kształcie litery S albo rozetrzyj w moździerzu na grudkowatą pastę.

Wlej olej i zmiksuj lub rozetrzyj na pesto. Dopraw solą i pieprzem i przełóż do słoiczka. Doskonałe do placków w/w, ale i na zwyczajne grzanki.


Placki z tym pesto są doskonałe zarówno na ciepło, jak i na ciepło, również następnego dnia. Uzależniają.

Miłego tygodnia!

sobota, 24 września 2016

Kopnęła mnie

Dawno mnie nie było. Chwilowo miałam dość internetu, właściwie wciąż mam, ale potrzebuję go (i Was) do nauki, rozwoju, więc jednak przestałam się foszyć i postanowiłam wrócić. Ale nie jest łatwo. Skupiłam się na innych rzeczach, zdając sobie sprawę z tego, że potrzebuję odwyku od kompa i nagle się okazało, że nie tylko nie włączam go w tygodniu, ale również w weekendy może raz odpalam, by zapłacić jakiś rachunek.
Nie chodzi tylko o cztery treningi w tygodniu, których teraz bardzo pilnuję, ale i inne rzeczy. 

W ubiegłym tygodniu spotkałam się z Julią, zaprosiła mnie na kolację. Jej mąż wyjechał tego dnia, więc gdy położyła dzieci spać (to duże słowa, po prostu lekko rzuciła "Do spania", a one poszły: bez marudzenia, jęczenia, dla nich to naturalne), dokończyła gotowanie i miałyśmy czas dla siebie.

I rozmawiałyśmy, długo, a ona znowu przewróciła mi w głowie. I znowu zmotywowała. Tylko kilka osób potrafi to zrobić tak skutecznie, jak Julia. Jest w niej coś, co sprawia, że skoczysz za nią wszędzie, bo wiesz, że nic Ci nie grozi. A potem powiedziała, że wyjeżdża. Ledwie kilka dni przed tym spotkaniem Michał powiedział "Wszyscy fajni ludzie wyjeżdżają". 
No i my pewnie też wyjedziemy. Myślę, że szybciej, niż się spodziewamy.

Ale żeby wyjechać, trzeba się jakoś do tego przygotować. Już zaczęliśmy. Nawet, jeśli nie wyjedziemy, przygotowania się przydadzą.

Julia, dzięki za kopniaka. Teraz chce mi się jeszcze bardziej i działam ze zdwojoną siłą! 

I gotuję jeszcze więcej, planuję kilka dni do przodu, a nie tylko 2, co zjem w pracy i na obiad. I tak zaplanowałam sobie ostatnio tartę ze szpinakiem, fetą i pomidorkami. W wersji fit, bo bez żadnej śmietanki, ale na ukochanym kruchym. 




Czas na drugie śniadanie, po którym jedziemy na Marsz Równości. A po marszu spotkamy się z kolejnymi inspirującymi nas ludźmi. Mieszkają na Majorce. Tak. Pewnego dnia stwierdziły, że mają dość, rzuciły pracę w korpo i pojechały tam zamieszkać. Już chyba 2 lata minęły. Mówcie mi więcej, aj!!!