poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Staram się. Chlebek bananowy.

Bardzo się staram wrócić do normalności. Więcej udaję, 
ale uwierzcie, że nie mam specjalnie wyjścia - mama jest w bardzo kiepskim stanie.

Dwa tygodnie temu (a może 3? tracę poczucie czasu) były 
u nas Asia i Alena, dwie cudowne istoty, mieszkające we Wrocławiu. Wpadają przy okazji zawodów, tym razem przyjechały, by nas wspierać. Niezwykle to było pokrzepiające. Dobrze, że są. A kiedy ich nie ma, tęsknimy 
i czekamy na kolejne spotkanie. Bardzo dużo o nich myślimy i wspominamy dość często.
Mama pobiegła ten półmaraton, dla Taty, bo miała biec z nim, oboje się zapisali. 
Z bolącym achillesem, którego w punkcie medycznym jej zamrozili i skaczącym tętnem, udało się. Bałam się okrutnie, bo ratownicy nie chcieli jej puścić (raz miała tętno 48, po 2 minutach 68...), ale widziałam, jakie to dla niej ważne, dlatego obiecałam im, że nie spuszczę mamy z oka. Przez całą trasę towarzyszyłam jej na rowerze. Bardzo trudne zawody to były dla nas wszystkich. Matka męża kuzynki zrobiła opaski na ramię dla startujących, Michał ją założył. A po biegu, oddał mamie medal, za tatę.
Mama się u nas wykąpała, zjadła, zdrzemnęła trochę i pojechała do domu, a my z dziewczynami wybraliśmy się do Raju, w którym akurat odbywało się Święto Pizzy. Doskonała, jak we Włoszech, są naprawdę bezbłędni. Dzień wcześniej byliśmy obok, 
w Ruinie, na kawie i serniku.


Zapisałam się na jogę, 
ale będzie o tym osobny post, jak się zbiorę znowu. Po raz kolejny się w coś wkręciłam 
i ...skręciłam znowu kostkę. Tym razem nie odpuszczę, mam skierowanie do ortopedy. Torebka stawowa w lewej stopie musi być bardzo uszkodzona, skoro stało się to po raz 3. dlatego niezbędna będzie fizykoterapia. Boję 
się jedynie terminów... I chyba jednak zrobię USG.

Śmierć Taty zbiegła się z końcem remontu kuchni u nas, jednak nie miałam absolutnie żadnej motywacji, by cokolwiek robić, dlatego piekarnik ponad miesiąc był nieużywany. Ale pora wziąć się w garść. Chlebek bananowy, wegański zresztą, to miły przerywnik w pracy. Dla dwóch osób, 
na dwa dni. Przepis z gdańskiego truskawkowego bloga.


OWSIANY CHLEBEK (KEKS) BANANOWY

1 1/4 filiżanki (= cup, ja filiżankę robię z 3/4 szklanki) zwykłej mąki
1/2 filiżanki brązowego cukru
1/2 łyżeczki soli
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1 łyżeczka cynamonu
3 łyżeczki oleju słonecznikowego
2 jajka
3 duże dojrzałe banany
1 filiżanka płatków owsianych (mogą być błyskawiczne)


W dużej misce mieszam suche składniki (sól, proszek do pieczenia, cynamon, mąkę, cukier, płatki).

W mniejszej misce ugniatam na papkę obrane ze skórki banany. Dodaję do nich dwa żółtka i olej, mieszam. Białka ubijam na sztywno w oddzielnej misce.

Do suchych składników dodaję banany, mieszam (masa na razie miesza się ciężko).
Następnie dodaję do masy pianę z białek i delikatnie acz dokładnie (i szybko) mieszam składniki. Wlewam masę do natłuszczonej keksówki. Piekę w 180 stopniach C., przez ok. 45-50 minut.




Więcej czytam ostatnio. Tego też przez jakiś czas nie mogłam, a teraz pomaga. Uc
iekam więc dzisiaj w Eco. A Michał obiecał na wieczór guacamole i Twin Peaks. 

I tak jakoś do przodu się staramy... Od weekendu, do weekendu, każdy z mamą. Tak jest lepiej.

ps. EDIT: a gdzie wegański, jak z jajkami?! Musicie mi wybaczyć, pisałam tuż po zjedzeniu pasztetu z soczewicy, który był jak najbardziej wegański ;)


poniedziałek, 17 marca 2014

Trochę za wcześnie, Tato...

Tak długo się zbierałam, żeby napisać ten post, naprawdę sporo napisałam i oczywiście skasowało, wyrzuciło mnie, kiedy publikowałam...

Tata na mecie

Mój tata zmarł 23.02.


Nagle, zupełnie niespodziewanie. 


Gdy dojechałam z Michałem do domu rodziców, jeszcze go reanimowali, całą godzinę (wcześniej moja mama, do przyjazdu karetki), ani na sekundę nie drgnęło tętno. Nikomu nie dał szans. A my tylko patrzyliśmy.

64 lata, miał żyć 110 lat - nigdy nie chorował. Mors, maratończyk, kiedyś nawet triatlonista. Mam niespełna 30 lat i raz w życiu słyszałam, że ojciec kaszle, był wtedy 3 dni chory, jeden jedyny raz. Do dziś pamiętam swoje przerażenie na widok bezsilności ojca, który leżał kilka dni pod kocem, tak to niecodzienne było... Drugi raz to poczułam trzy tygodnie temu, gdy tata leżał pod kocem w salonie, a my czekaliśmy na zakład pogrzebowy.


Często chodził do lekarza, badał się bardzo regularnie, bo powtarzał, że profilaktyka jest najważniejsza. Był zdrowy. I zdrowy umarł, jak powiedział lekarz rodzinny. Na zawał, zator, nie wiemy do końca, jeden pies. A miał zdrowe serce! Badał je ostatnio 2 lata temu, wszystko było ok. Był stawiany wszędzie za wzór zdrowia.
Tata kochał sport, co niedziela morsował w Kiekrzu, zdrowo się odżywiał, a zabił go długoletni stres, związany z firmą. Są tak zwariowane czasy, tak bardzo wszyscy jesteśmy byle czym podminowani. Teraz, bardziej niż kiedykolwiek, wiem, że naprawdę nie warto.

Od śmierci taty jestem bardzo spokojna, ale nie wiem, czy to zamułka, która minie, bo przecież tak od razu nie wrzuciłabym na luz, prawda? Boję się tego momentu, kiedy minie ta zamułka i jednoczesna adrenalina - codziennie załatwiam milion rzeczy związanych z mamą i tatą, na bankach zaczynając, a na prawnikach kończąc. Bo przecież nie mama. Cieszę się, że mogę jej pomóc,a jednocześnie mam zajęcie.

Tak wielu rzeczy nie zdążyliśmy zrobić: dać mu wnuka, wystartować wspólnie
 w maratonie, wrócić do Rzymu... A teraz wszystko szlag trafił. Dosłownie wszystko.
Na szczęście mam Michała, a weekendy spędzamy u rodziców (czy już zawsze tak będę mówić?), z mamą i babcią, wszyscy siebie nawzajem potrzebujemy.

Wrzucam zdjęcie z maratończyk.pl. To był nasz rodzinny debiut w półmaratonie, w 2011 roku - biegliśmy wtedy z tatą, mamą i Michałem. Dla wszystkich pierwszy raz. 
Fajnie było.

Wybaczcie ten chaos, ale musiałam siebie kilka rzeczy wyrzucić. Tak cholernie mi go brakuje... Tych codziennych lub prawie codziennych, 2-3 minutowych rozmów telefonicznych...

 Nie wiem, jak często tu będę, w jakiej formie. Muszę się trochę pozbierać, a dopiero zaczynam wracać do codziennych, regularnych czynności.



poniedziałek, 17 lutego 2014

Giornata mondiale del gatto


Dziś Międzynarodowy Dzień Kota. 

Bajka i Joker pozdrawiają!













Kochajcie sierściuchy! Wspierajcie Agape Animali lub inne organizacje, które pomagają bezdomnym zwierzętom, naprawdę warto!




niedziela, 16 lutego 2014

O kuchnia!

Remont miał trwać tydzień, pomyślałam, że pewnie przedłuży się do 2 tygodni.
Minęły 4 i wróciłam do domu. Jak dobrze ;) Szkoda jednak, że remont wciąż trwa... 
Ale tak to jest, jak trzeba oszczędzać i wiele rzeczy robić samemu, jednocześnie chodząc do pracy.
Tniemy, na czym się da.
Od wczoraj mamy kuchnię, dzisiaj Michał zakładał fronty, jest pięknie, chociaż dopiero połowa za nami. W piątek mieliśmy robić podłogę w sypialni, ale wszystko nam 
się przesunęło... Trudno, będziemy w tygodniu dłubać, po pracy.

Jak cudownie mieć znowu blat! Na osłodę, że wszystko trwa dłużej, niż sobie wymyśliłam, Michał kupił mi dziś talerz. Prawda, że piękny?  

♥ Ikea.




niedziela, 19 stycznia 2014

Bułeczki orkiszowe, remont mode on


Bułeczki orkiszowe

Robiłam ostatnio pierwszy raz bułeczki orkiszowe. Wyszły przepyszne, ale nie urosły, macie jakiś pomysł, dlaczego? 
Niestety nie miałam mąki orkiszowej, ale znalazł się orkisz, który kupiłam miesiąc wcześniej z zamiarem gotowania go podobnie jak kaszy. Orkisz zmieliliśmy w młynku 
do kawy. Nie był tak zmielony jak powinien, ale chyba nie to było powodem braku wyrośnięcia. Problem raczej był w zaczynie, bo z drożdżami zawsze trochę walczę... 
Nie poddaję się i na pewno następnym razem wyjdą ;)

Przepis od Bistro Mamy.

BUŁECZKI ORKISZOWE

500 g mąki orkiszowej pełnoziarnistej
250 ml wody 
40 g drożdży
4-5 łyżek oliwy z oliwek lub oleju 
1 łyżeczka cukru
1 łyżeczka soli
1 jajko do posmarowania
ziarna do posypania (np. sezam, dynia, słonecznik, mak, czarnuszka)

Z drożdży, ciepłej wody, cukru i łyżki mąki robimy rozczyn. Odstawiamy na 15 minut w ciepłe miejsce do wyrośnięcia. Na stolnicę wysypujemy mąkę, dodajemy oliwę lub olej oraz sól i wyrabiamy kilka minut, aż ciasto będzie jędrne i gładkie. Odstawiamy w plastikowej misce przykrytej ściereczką do wyrośnięcia na kolejne 15 minut. 

Ciasto dzielimy na tyle części, ile bułek chcemy upiec (6 większych lub 10 mniejszych). Formujemy w rękach bułki, odkładamy na blachę wyłożoną papierem, smarujemy roztrzepanym jajkiem i posypujemy ziarnami (ja dałam sezam). Odstawiamy na 10-15 minut. Piekarnik rozgrzewamy do 190 stopni. 
Bułki pieczemy ok. 25 minut.
A następnego dnia jest lansik w pracy ;)
 
Ledwo się rozpakowaliśmy, a już musieliśmy się pakować... Przesuwany z różnych względów remont zaczyna się już jutro. Z powodu astmy i alergii, przenoszę się do babci, a Michał zostaje tak długo jak się da i będzie trochę panom pomagał, a trochę czuwał, 
a potem dołączy do mnie. Ja w masce będę zaglądać po pracy, żeby np uspokoić koty 
i zobaczyć postępy.
Nie wiem, czy remont to nie słowo na wyrost, bo chwilowo robimy tylko kuchnię 
i sypialnię. Przebrzydły i nijaki salon, mały pokój, boazeryjny korytarz oraz okropna łazienka muszą poczekać na lepsze czasy, bo długo nas na nic więcej nie będzie stać. 
I tak cieszymy się, że możemy zrobić cokolwiek... Może uda się napisać coś za tydzień.

Miłego tygodnia!
 
 

sobota, 18 stycznia 2014

Blue Jasmine i Frances Ha - filmy wybitne






Rok 2013 zakończyliśmy filmowo.

W ostatnią niedzielę roku byliśmy na "Blue Jasmine" w Kinie Charlie Monroe. Na stronie internetowej jest informacja, że seans jest z cyklu "Seans pod koziołkami" i bilety z tej okazji kosztują 12zł. Pan poprosił o 32zł, zapłaciłam, a następnie zapytałam, dlaczego w internecie jest informacja o tańszych biletach. Pan powiedział, że ktoś się pospieszył, uśmiechnął się i obiecał, że da nam dużą zniżkę, gdy przyjdziemy kolejnym razem. Podziękowałam, a on stwierdził "W sumie to inaczej rozwiążemy, książka dla Was" i dał nam Eco!!! Żeby było śmieszniej, to czytałam w zeszłym roku Zapiski I i II! Czyż nie warto rozmawiać? :) Sam film oceniam bardzo wysoko, grę aktorską również i tu obstawiam oscara dla mojej ukochanej Cate Blanchett. Jak można TAK dobrze zagrać? Aż nierealne. Doskonały, choć niesamowicie smutny. Do czego prowadzą kłamstwa, intrygi i jak daleko można zajść w nich, tylko po to, by liczyć po cichu, że się uda i dalej będziemy prowadzić takie fajne życie, w luksusach, z bogatymi znajomymi itd. Woody Allen znowu w formie! Długo się myśli po tym filmie, zapewniam.

Frances Ha. Żródło

W sylwestrowy wtorek natomiast byliśmy o 17:30 (w tym samym kinie) na "Frances Ha" i był to najlepszy film, jaki widzieliśmy w 2013 roku. Zabawny, choć było mi przykro, że nie wszystko układa się po myśli Frances, no ale tak jest przecież w życiu. To cudowna opowieść o młodych, ambitnych (ale nie tak ambitnych, jak 25-latkowie 10 lat temu) ludziach, którzy szukają pomysłu na swoje życie. Chciałabym mieć tyle odwagi, co ona. Cudowny film, tak napawający optymizmem, że po wyjściu z kina oboje długo się śmialiśmy. Poza tym kreacje aktorskie świetne (doskonała Greta Gerwig!!!), a scenariusz genialny!

Po powrocie do domu pograliśmy w scrabble, obejrzeliśmy kilka odcinków "Miasteczka Twin Peaks", które cieszy i wciąga jak przed laty, zjedliśmy kilka dobrych rzeczy i zasnęliśmy i tak dość późno, uważam, bo po 2. Nie lubię sylwestra, a w tym roku nie miałam ochoty na świętowanie wyjątkowo, dlatego wolałam zostać w domu. Mam nadzieję, że ci, którzy nas zaprosili, zrozumieją i wybaczą. 




poniedziałek, 6 stycznia 2014

Pizza Margherita - idealna na weekendowy obiad

Palec coraz lepszy, więc i ja lepsza, bo samodzielniejsza.
Wróciłam do ruchu, którego mi potwornie brakowało, przybyło kilka kilogramów, 
ale najbardziej wkurza, ze taka sflaczała jestem, taka bez ruchu właśnie.
...Dobra, tak naprawdę głównym powodem jest to, że się dziś zważyłam i zmierzyłam. Jest tak jak rok temu. A było całkiem fajnie w czerwcu. Wszystko jest oczywiście konsekwencją najpierw kontuzji, a  potem chorób i wypadków typu palec, 
ale już dość tego.

Ponownie więc robię 3 razy w tygodniu pilates, ale ten, z youtuba. Dorzucałam trochę squatów i innych ćwiczeń na rozruch jakiś czas, ostatnio nawet miałam krótki marszobieg, ale szybko wróciłam z powodu bólu piszczeli.
A wczoraj najpierw kilka ćwiczeń z jogi, potem Turbo z Chodakowską (jak dobrze 
się zmęczyć, że aż pot i łzy i w końcu poczułam ból mięśni - żyję!), ale nie mogę całego, więc oszczędzałam się, a dlaczego, o tym za jakiś czas. Także zrobiłam 70% Turbo, następnie wspomnianą sesję pilatesu (polecam, bardzo przyjemny filmik) 
i długie rozciąganie. Piękna godzina mi wyszła ćwiczeń.
Kilkukilometrowego spaceru z Michałem już nie doliczam, bo powoli staje się niemal codzienną tradycją.
Dziś dla przykładu spędziliśmy całą godzinę w lesie, było cudownie: 
słonecznie, bezwietrznie.
 

Czy należy mi się pizza? ;)

PIZZA MARGHERITA (wychodzą nam dwie mniejsze z tego przepisu) wg Adamczewskiego

50g drożdży
płaska łyżeczka cukru
niepełna szklanka letniej wody
4 szklanki mąki

Połączyć drożdże, cukier, wodę, dodać łyżkę mąki. Wymieszać i odstawić na około 30 minut do wyrośnięcia.

Następnie dodać pozostałą mąkę i wyrabiać ciasto około 15 minut - do chwili, 
gdy ciasto będzie się odklejało od naszych rąk. Gdyby było za twarde, możecie dodać trochę ciepłej wody (prawie zawsze to robimy).
Wyrobione, posypcie odrobiną mąki i odstawcie na 2 godziny.
Gdy już wyrośnie, możecie podzielić na 2 części i jeśli nie robicie od razu pizzy, zawinąć w folię i włożyć do lodówki nawet na kilka godzin.

Adamczewski następnie mówi wyraźnie o tym, by nie wałkować ciasta, ale my to zawsze robimy ;)

Nasz sos jest bardzo prosty i niemal zawsze taki sam: puszka pomidorów + pół szklanki domowego przecieru (kto nie ma, może użyć passaty), ugotować z 1-2 ząbkami czosnku, doprawić solą, pieprzem, oregano i bazylią .

Smarujemy pizzę sosem, układamy plastry mozzarelli, skrapiamy oliwą z oliwek 
i do pieca na 15-20 minut w temperaturze 220-200 stopni. I jest!
Po wyjęciu z pieca posypaliśmy ja rukolą.

Miłego tygodnia!

Ps. Dzisiaj mój debiut jeśli chodzi o bułki. Zmieliłam orkisz na mąkę i działam, 
trzymajcie kciuki!

sobota, 4 stycznia 2014

Smoothie z awokado i bananem

O tym, jak kończyliśmy 2013 rok, następnym razem ;)

Zrobiłam dzisiaj mój pierwszy smoothie. Mój pierwszy, bo zawsze tym zajmuje 
się Michał. Cudowny!
Korzystajcie z tego, że awokado jest teraz naprawdę tanie! My zajadamy się guacamole 1-2 razy w tygodniu, a dzisiaj w innej odsłonie (Michał właśnie szykuje guacamole, 
więc to nie jedyna odsłona awokado dziś, jak się okazuje).

1 duże awokado lub 2 mniejsze
3 banany (zamrożone!)
sok wyciśnięty z 2 pomarańczy
3 łyżki jogurtu greckiego
2 łyżeczki miodu (można dać 1)

Wszystko zmiksować. Wyszło nam 850 ml, więc całkiem sporo. Następnym razem dam trochę wody, bo jednak był zbyt gęsty. Super mieć w zamrażalniku banany, bo wtedy jest od razu zimne, ale oczywiście nie jest to konieczne.
Sok z pomarańczy - też jest teraz sezon, więc polecam nie tylko ze względu na cenę. 
Z tym dodatkiem koktajl jest orzeźwiający. Bez na pewno też będzie pyszny, 
ale bardziej kremowy w smaku, troszkę pewnie mdły.

Planuję zrobić sobie któregoś dnia wieczorem, by mieć do śniadania, tylko czy wytrwa...? ;)



My właśnie szykujemy wspomniane już guacamole, sporo orzechów i wino na wieczór filmowy. Aj!



poniedziałek, 30 grudnia 2013

Pasztet z soczewicy

Pasztet z soczewicy z żurawiną


Już prawie nie jem mięsa, ale wegetarianizm chyba mi nie grozi, skoro podjadam sporo ryb. A mięso rzucam (prawie, bo zdarza mi się zjadać) dla zdrowia, od ponad roku coraz mniej, teraz to już naprawdę rzadko, a jeśli to indyk (kurczaka nie jadłam od marca chyba). No nic, totalną masakrą jest dla mnie natomiast weganizm. Jajka to jeszcze, 
no ale sery? No way. Nie mogłabym zrezygnować. Jestem serożercą. To nie znaczy oczywiście, że nie korzystam z wegańskich przepisów, a takie znajdziecie na blogu JADŁONOMIA. Kocham ją, kocham tę dziewczynę i najfajniejszym prezentem urodzinowym os siebie samej byłoby pójść 18.01 na jej warsztaty kulinarne w Poznaniu, ale jesteśmy w najbliższych miesiącach naprawdę spłukani przez nadchodzący remont. Następnym razem nie odpuszczę ;)

Zrobiłam ten pasztet na święta, a przymierzałam się do takiego cuda od zeszłego roku. Dobrze, że poczekałam, bo ten przepis chwalą już setki ludzi ;)

Z tego przepisu wyszły mi dwie małe keksówki, które zostały bardzo szybko pożarte. Michał stwierdził, że "Smakuje jak prawdziwy pasztet", no pewnie! Kasza jaglana niesamowicie wiąże, na pewno będę częściej jej używała zamiast jaj, nie tylko ze względu na smak, ale też z powodu wartości.

PASZTET SOCZEWICOWY Z ŻURAWINĄ (z jadłonomii)

 2 szklanki ugotowanej brązowej lub zielonej soczewicy / około 200 g suchej soczewicy

1 szklanka ugotowanej kaszy jaglanej / około 100 g suchej kaszy
100 ml oleju
 4 łyżki suszonej żurawiny
2 - 3 łyżki sosu sojowego
2 liście laurowe
2 ziarna ziela angielskiego
1/2 łyżeczki cząbru
1/4 łyżeczki lubczyku
szczypta gałki muszkatołowej
sól i czarny pieprz
kilka łyżek oleju do smażenia


Przygotowanie:

  1. Cebulę pokroić w kostkę, na patelni rozgrzać olej i dodać cebulę razem z liściem laurowym zielem angielskim oraz goździkami. Smażyć na niedużym ogniu do czasu, aż cebula się zeszkli, wtedy wyjąć przyprawy i wyrzucić.
  2. Cebulę dodać do ugotowanej soczewicy razem z kaszą jaglaną, olejem, sosem sojowym, szczyptą soli i resztą przypraw. Zmiksować przy pomocy ręcznego blendera na gładką masę, spróbować i doprawić do smaku większą ilością soli, jeśli jest taka potrzeba. Dodać żurawinę i wmieszać ją łyżką w masę.
  3. Piekarnik rozgrzać do 180 stopni. Masę przełożyć do foremki, wyłożonej papierem do pieczenia, wyrównać i piec przez 40 - 45 minut. Następnie wystudzić przez całą noc w foremce, rano wyjąć pasztet z formy i podawać. 

piątek, 27 grudnia 2013

Pierwsze szycie





Kupujemy niekrojony chleb w piekarnii, bo taki jest dłużej świeży, a my chleba jemy naprawdę mało. I tak nigdy nie wyrzucamy, bo w ogóle nie wyrzucamy jedzenia, więc jak
 jest lekko czerstwy, tostujemy go po prostu. 
Miałam końcówkę i był akurat żytni, czyli z twardą skórką. Zjechał. Głęboko. 
W skrócie: zachlapałam kuchnię. Jak Michał dorwał opatrunki i wodę utlenioną z apteczki, ja zdążyłam zrobić kolejną kałużę - nie chciałam na długo przykładać chusteczki czy czegokolwiek, co było pod ręką. Skutek był natychmiastowy: poczułam, że odjeżdżam. Uwierzcie, krew nie robi na mnie dużego wrażenia, po prostu nagle dużo jej ze mnie uszło. Powtarzałam Michałowi, że i tak musimy jechać do szpitala. I tak nad tą kałużą krwi, Michał pyta "No ale poczułaś kość?"... ;) Bo przecież, skoro nie poczułaś, nic takiego się nie stało. Na szczęście palca nie ucięłam, ale poszło głęboko, na zgięciu wewnątrz i zewnątrz - będzie duża blizna.
Zdezynfekowaliśmy, zabandażowaliśmy i do szpitala? Nie. "Michał, musimy zjeść to drugie śniadanie", "Żartujesz", "Nie, teraz chwilowo zatamowałeś, więc musimy zjeść, przecież będziemy na izbie czekać 4h, jak nic".
Zjedliśmy z rozsądku i do szpitala. Wyjątkowo się udało, czekaliśmy niecałą godzinę. Michał nie wierzył w jakiekolwiek szycie (chyba wyobrażał sobie, że szyją tylko odcięte palce), a tu proszę: 2 szwy. 
Oczywiście wciąż byłam przekonana, że następnego dnia pójdę do pracy. 
Cóż, nie poszłam cały tydzień. Bo jak miałam iść, skoro nie mogłam się samodzielnie umyć, ubrać, zrobić sobie jedzenie.
Od niedzieli do czwartkowo/piątkowej nocy byłam nieprzerwanie na tabletkach przeciwbólowych, co 5-6 h. Nie będę się wdawała w szczegóły, było ostro. 
Musiałam się przestawić na bycie zależną od kogoś, co wkurza strasznie, ale z drugiej strony cieszyłam się, że nie jestem sama. Michał, mój anioł, wracał z pracy, zmywał po mnie, sprzątał, robił obiad, mył mnie i ani razu nie zamarudził. Złoty chłopak ;)
Prosiłam go tego dnia, by naostrzył nóż. Gdyby to zrobił, chyba jechałabym w dwóch kawałkach... Albo wszedłby w chleb. Ale raczej to pierwsze, bo była naprawdę końcówką i ta skórka jest bardzo twarda.

Kiedy nie spałam, uspokojona tabletkami, trochę poczytałam. Ale naprawdę nie dużo.

Ach, najgorsze: byłam tuż przed zrobieniem świątecznych pierników, lepieniem uszek and so on... Byłam zdruzgotana, ale potem pomyślałam, że trudno, nie mamy czasem wpływu, a świat się nie zawali, jeśli raz czegoś nie zrobię na święta.

W tym tygodniu jest znacznie lepiej, mogę już używać dłoni od kilku dni, np chwytając kubek z herbatą dłonią, w której mam zraniony palec. Dziś poszłam do lekarza, 
by mnie rozpruli, ale były tylko pielęgniarki i powiedziały, że jest ok, tylko wolą, 
żeby lekarz na to spojrzał, więc do poniedziałku jeszcze będę miała szwy.

I to właśnie dlatego się nie odzywałam: nie mogłam pisać lewą ręką. Już jest ok, choć pobolewa, jak mocniej napnę. I wciąż nie zginam części z paznokciem, bo tam mam właśnie szwy, ale mam nadzieję, że nie będzie z tym problemu.

Miłego weekendu!

ps. "Wszystko za życie" Krakauera": Wstrząsająca. Wciąż mi było zimno, bo jak inaczej, kiedy momentami uczestnicy wyprawy mieli tam odczuwalną -70 stopni...? 
Po jej przeczytaniu nikt nie wypowie się lekceważąca na temat "komercyjnych wypraw" na Everest, serio.Oj, jak warto przeczytać!