niedziela, 3 sierpnia 2014

KUKBUK: Crumble z cukinią i orzechową kruszonką

Ojoj, gdzie się podziewałam przez ponad miesiąc?
Sporo ciekawych rzeczy robiłam, jest mnie mniej, a o to nam chwilowo chodzi ;) O tym, co mnie wciągnęło, będzie jeszcze w tym tygodniu.

Póki co, podzielę się dzisiejszym obiadem. KUKBUK nr 10, a w nim prosto z bloga ongolala przepis na:


CRUMBLE Z CUKINIĄ I ORZECHOWĄ KRUSZONKĄ

farsz:
0,5 kg cukinii
1 duża szalotka
1 łyżeczka świeżego majeranku (dałam 3 suszonego)
2 ząbki czosnku
125 g sera ricotta (czyli pół opakowania)
kminek i pieprz do smaku

kruszonka:
5 g siemienia lnianego (dałam 4 łyżeczki)
80 g orzechów włoskich (dałam 120)
80 g zimnego masła
80 g mąki kukurydzianej
sól i pieprz do smaku
50 g parmezanu (dałam żółtego...)


Cukinię umuj, osusz i zetrzyj na dużych oczkach tarki. Posiekaj szalotkę i z majerankiem wrzuć do cukinii.

Dodaj wyciśnięty czosnek i ser ricotta i wymieszaj dokładnie. Wiem, już jest pysznie...
Dodaj kminku i pieprzu.
Do wysmarowanej masłem i oprószonej mąką kukurydzianą formy przełóż farsz.

Siemię lniane upraż na suchej patelni, a po przestudzeniu rozbij w moździerzu. Orzechy włoskie upraż również na suchej patelni, a następnie posiekaj na drobne kawałki.
Masło kroimy w kostkę, połącz je z mąką i przyprawami i rozetrzyj palcami na okruchy.
Dodaj starty ser oraz orzechy i wymieszaj do połączenia skłądników. Rozkrusz całośc na masie z cukinii.
Piecz ok 30 minut w temp 180 stopni.





PYCHA, powiedział Michał. 

Książka i spać. Obiecuję szybko wrócić.

Miłego tygodnia!


czwartek, 26 czerwca 2014

Same pyszności: Pad Thai i Baba Ganoush

Och, tyle dobrych rzeczy ostatnio... A czasu coraz mniej.
Odkopujemy się ze smutków, braku czasu i wracamy do Was, wracamy do ludzi. 
Już czas.

baba ganoush

Tydzień temu wpadli Natalia z Marcinem, przynieśli tradycyjnie wino, a poza tym baba ganoush i pieczywo. Przymierzałam się do tej pasty z pieczonych bakłażanów, z dodatkiem tahini i czosnku. I granat na wierzchu...! Pycha! Wyjadaliśmy pieczywem, popijaliśmy winem, kompotem z rabarbaru i agrestu i dużo rozmawialiśmy. 
O sporcie, ale to pomińmy ;)

A dzień później wybraliśmy się do Ruiny. Mieliśmy iść imieninowo na Pad Thai *(24.05 miałam, to pokazuje, jak u nas z czasem...), ale z nieba spadł J, który zaproponował właśnie patataja. Odjechałam. Naprawdę. PYSZNE. Dużo lepsze niż w Berlinie. 
Aż strach pomyśleć, jak smakuje w Tajlandii, aj!

Pad Thai
 




W pracy sezon, więc...czasu coraz mniej, heh.
O Wrocławiu napiszę wkrótce, obiecuję. Musimy wywołać zdjęcia ;)

Będę wkrótce. Uciekam poczytać i spać. Cieszmy się truskawkami, bo już końcówka!

Pa!


piątek, 13 czerwca 2014

Kierunek: Wrocław!






Nie ma żadnego reisefieber u nas. Może dlatego, że Michał na luzie już podchodzi do startów? A może dlatego, że wiemy, że spotkamy się z Asią i Aleną. Również z Martą 
i Mattem, a nawet Sebastian ze Szczecina z nami piwo wypije - sami dobrzy znajomi. 
Jak w domu ;)

Oczywiście cieszymy się jak dzieci; w końcu jedziemy do Wrocławia, naszego ukochanego miasta. Wracamy tam zawsze i chętnie, a nie byliśmy kilka lat i zacieram ręce na myśl, ile się tam zmieniło. Ile nowych knajp, bogactwo!
Mamy kilka kulinarnych miejsc zapisanych, czasem tylko kawa, czasem lodziarnia, czasem obiad lub tylko przekąska, a czasem tylko zobaczyć, żeby wiedzieć, jak jest 
w środku i mieć do czego wrócić.

Poza tym koniecznie zajrzymy na Żywą - nie mogę się doczekać! Alena bierze w niej udział, ale z oczywistych powodów nie wybiorę jej jako Książki ;)

Nie zapominajmy powodu, dzięki któremu zdecydowaliśmy się na naszą weekendową wycieczkę: 2. Nocny Półmaraton. Tak, DRUGI. Nie rozumiem dlaczego, skoro PIERWSZY się nie odbył... Absurd, prawda?

Ale cieszmy się, że dzięki temu jedziemy do Wrocławia ;) I trzymajmy kciuki, może tym razem nie będzie falstartu.

Szkoda, że troszkę pogoda sie popsuje - sandałki muszę zostawić w domu... Miałam nadzieję, że będzie jak kiedyś, podczas Era Nowe Horyzonty, skwar, nocne chodzenie 
w krótkich ciuchach... Ale dobrze, trampki też są ok, a przynajmniej Michał będzie miał lepszy start, niż podczas upału.

Bułeczki zapakowane, truskawki na podróż też. Za chwilę wychodzimy. Przyjemności!


poniedziałek, 9 czerwca 2014

Focaccia z rozmarynem

Focaccia z rozmarynem
Kilka tygodni temu zrobiliśmy naszą pierwszą focaccię. Wyszła genialna, zjedliśmy trochę na kolację, na śniadanie, a z pozostałej części przyrządziliśmy sobie kanapki - najzwyczajniej w świecie ją rozkroiliśmy i napakowaliśmy tam rukoli z balkonu, mozzarelli, pomidorków, sałaty - co było pod ręką. Foodgasm. Coś pięknego, a jak syci! Bo przecież to drożdżowe, a do tego polane oliwą. Nie mówiąc o zawartości.

Wczoraj powtórka z rozrywki, ale głównie dlatego, że z okazji ŚwiętaKtóregoNiktNieZna, wszystko zamknięte i trzeba było się w coś do pracy zaopatrzyć. Tym razem zrobiliśmy jedną mniejszą z pomidorkami, a większą tradycyjną - rozmaryn (z balkonu, czad! Już mi wszystko pięknie urosło i korzystam każdego dnia, coś cudownego), oliwa, sól gruboziarnista. Z niej właśnie zrobimy sobie kanapki do pracy.

Focaccia z rozmarynem i pomidorkami


Co u nas? Niewiele się zmieniło. Praca-dom x5, potem do rodziców, w niedzielę milion rzeczy na raz, ale i odpoczynek, bo to jest bardzo ważne. Do tego kilka razy w tygodniu różne treningi fittnessowe, deska i brzuszki aż do krzyków, bo przytyłam i coś z tym trzeba zrobić. No i standard od kilku lat, ale w ostatnich 2-3 miesiącach pilnowany bardzo bardzo: 4-5 mniejszych posiłków, sporo wody, yerba mate lub zielona herbata, sezonowe owoce i warzywa, jak najmniej słodyczy (trudne...). Lato jak co roku mnie zaskoczyło. Za dużo już nie zrobię, po prostu staram się nie obżerać i więcej ćwiczę. Może uda się coś osiągnąć do połowy sierpnia, kiedy mamy urlop - już mam 2 cm mniej gdzie chciałam, więc idzie jakoś... No i nie jem mięsa (tylko ryby zostawiłam), nic a nic. Dopiero 2 tygodnie, ale uwierzcie, że prędko nie zjem - przeczytałam "Zjadanie zwierząt" i mam odruch wymiotny, przejeżdżając obok Maca. W ogóle na samą myśl... Fu. Zresztą już wcześniej nie jadłam go dużo, o czym mogliście nie raz przeczytać.

Sporo ostatnio gotujemy, podkreślam, że głównie sezonowo, bo jak tu nie korzystać z sezonowych cudowności typu szparagi, kapusta młoda, rabarbar (ciasto maślankowe do znudzenia!), botwinka (kocham, absolutnie kocham chłodnik), truskawki, które jem w naprawdę nieprzyzwoitych ilościach...

Dużo też złych myśli, wciąż i wciąż, każdego dnia i każdej nocy. Ale nie da się od tego uciec, jeszcze trochę próbuję, ale już nie z taką siłą. Ale dziś nie o tym.

Nie pamiętam, kiedy ostatnio tak mało czytałam - wychodzi mi ok 30-40 stron dziennie. Jakiś dramat. Naprawdę nie mamy czasu. Po pracy chcemy zrealizować treningi, zjeść razem obiad i kolację, porozmawiać. Udaje się obejrzeć 3-4 odcinki Mad Mana w tygodniu i tyle. Okropność. Musimy przestać pędzić, bo...tak się boję, że coś przegapię. Jak to się stało, że przyszedł czerwiec?

A przepis na focaccię TU, na Kwestii Smaku. W komentarzach macie proporcje na drożdże nie instant ;)

Zajrzyjcie do mnie na insta.

niedziela, 11 maja 2014

I love sundays

Od rodziców zazwyczaj wracamy w soboty ok 22, dopieszczamy opuszczone na 1 noc koty, oglądamy 1 odcinek serialu (teraz na tapecie Mad Mana mamy), rozmawiamy o 
tym, jak naszym zdaniem czuje się mama w tym tygodniu. 

Wczoraj po Mad Manie Michał "Jeszcze 1 odcinek? Chyba nie, bo już jest 23:00, 
idziemy spać, mhm?". Tak, sobota przed północą, a my wykończeni. Tak już mamy, ale nic nie dzieje się bez powodu: Michał ma bardzo intensywne traithlonowe treningi, a i ja ostatnio nie odpuszczam, choć nieporównywalnie mniej od niego. Jedynie joga 3 razy w tygodniu 
i 3 razy w tygodniu fittnes typu Chodakowska czy podobne. Wciąż nie mogę się zebrać do biegania, bo patrząc na buty biegowe, myślę bez przerwy o tacie.

Na obiad dziś zrobiłam dziś risotto z owocami morza, a do kawy upiekłam idealne ciasto rabarbarowe z cynamonową kruszonką. Lubię niedziele.

niedziela, 4 maja 2014

Damn fine cup of coffee!

Rzeżucha
Kolendra

Skończyliśmy oglądać "Twin Peaks", czyli powrót do wczesnych lat licealnych. Śniło nam się czasem, wracaliśmy do niektórych odcinków w ciągu dnia, wołałam do Michała "Cooooop!" i ... będzie mi teraz brakowało Coopera, Andyego i reszty. Dobrze się to po latach oglądało, chyba bardziej przerażał, niż kiedyś. Za dzieciaka człowiek jest taki nieświadomy... i taki szczęśliwy. 
Teraz pewnie czas na kolejny sezon "Mad mena", bo zbyt długą przerwę zrobiliśmy. W ostatnich miesiącach łatwiej "wchodzą" nam seriale niż filmy. 

 Niedziele często kończymy guacamole, dziś nie będzie inaczej. W końcu ze świeżą kolendrą, która dojrzała na tyle, że coś można oberwać. Kolejna już rośnie w doniczce obok (już po pikowaniu), ale o ziołach wkrótce, muszę wszystko zebrać i sfotografować. A może będę dawkować? Bo się nigdy nie zabiorę, jak z opowieścią o Bieszczadach...

Rzeżucha odbiła po ostatnim oberwaniu, więc też można dorzucić do sałatki na jutrzejsze śniadanie w pracy. Mam zajęcie- jest lepiej, idzie lato, czuję to. To tylko chwilowe ochłodzenie, uwierzcie. Idzie lepsze, musi w końcu przyjść.

Grilowany łosoś, kasza gryczana i fasolka

Jeszcze dzisiejszy instagram, tzn obiad. Nie ma niedzieli bez ryby u nas, a w tygodniu też musi być. I wcale nie zastępujemy nimi mięsa, którego tak niewiele jemy (indyk raz w tygodniu), po prostu ryby bardzo lubimy i zawsze je jedliśmy. A jeśli chodzi o mięso... Zabieram się w końcu za Foera "Zjadanie zwierząt" i coś czuję, że indyka już nie będzie w przyszłym tygodniu... Cóż, jakoś mi tego nie żal.

Miłego tygodnia!










wtorek, 22 kwietnia 2014

Uzupełnienie

do wczorajszego wpisu. 

30 minut po zakończeniu biegu...


 w drodze do domu, obie wykończone i zamyślone, ale po chwili refleksji mama postanowiła pokazać, że jest dumna i szczęśliwa, bo się udało:


I dalej już Raj z Asią i Aleną, której nie mamy na zdjęciach (skandal!)









poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Staram się. Chlebek bananowy.

Bardzo się staram wrócić do normalności. Więcej udaję, 
ale uwierzcie, że nie mam specjalnie wyjścia - mama jest w bardzo kiepskim stanie.

Dwa tygodnie temu (a może 3? tracę poczucie czasu) były 
u nas Asia i Alena, dwie cudowne istoty, mieszkające we Wrocławiu. Wpadają przy okazji zawodów, tym razem przyjechały, by nas wspierać. Niezwykle to było pokrzepiające. Dobrze, że są. A kiedy ich nie ma, tęsknimy 
i czekamy na kolejne spotkanie. Bardzo dużo o nich myślimy i wspominamy dość często.
Mama pobiegła ten półmaraton, dla Taty, bo miała biec z nim, oboje się zapisali. 
Z bolącym achillesem, którego w punkcie medycznym jej zamrozili i skaczącym tętnem, udało się. Bałam się okrutnie, bo ratownicy nie chcieli jej puścić (raz miała tętno 48, po 2 minutach 68...), ale widziałam, jakie to dla niej ważne, dlatego obiecałam im, że nie spuszczę mamy z oka. Przez całą trasę towarzyszyłam jej na rowerze. Bardzo trudne zawody to były dla nas wszystkich. Matka męża kuzynki zrobiła opaski na ramię dla startujących, Michał ją założył. A po biegu, oddał mamie medal, za tatę.
Mama się u nas wykąpała, zjadła, zdrzemnęła trochę i pojechała do domu, a my z dziewczynami wybraliśmy się do Raju, w którym akurat odbywało się Święto Pizzy. Doskonała, jak we Włoszech, są naprawdę bezbłędni. Dzień wcześniej byliśmy obok, 
w Ruinie, na kawie i serniku.


Zapisałam się na jogę, 
ale będzie o tym osobny post, jak się zbiorę znowu. Po raz kolejny się w coś wkręciłam 
i ...skręciłam znowu kostkę. Tym razem nie odpuszczę, mam skierowanie do ortopedy. Torebka stawowa w lewej stopie musi być bardzo uszkodzona, skoro stało się to po raz 3. dlatego niezbędna będzie fizykoterapia. Boję 
się jedynie terminów... I chyba jednak zrobię USG.

Śmierć Taty zbiegła się z końcem remontu kuchni u nas, jednak nie miałam absolutnie żadnej motywacji, by cokolwiek robić, dlatego piekarnik ponad miesiąc był nieużywany. Ale pora wziąć się w garść. Chlebek bananowy, wegański zresztą, to miły przerywnik w pracy. Dla dwóch osób, 
na dwa dni. Przepis z gdańskiego truskawkowego bloga.


OWSIANY CHLEBEK (KEKS) BANANOWY

1 1/4 filiżanki (= cup, ja filiżankę robię z 3/4 szklanki) zwykłej mąki
1/2 filiżanki brązowego cukru
1/2 łyżeczki soli
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1 łyżeczka cynamonu
3 łyżeczki oleju słonecznikowego
2 jajka
3 duże dojrzałe banany
1 filiżanka płatków owsianych (mogą być błyskawiczne)


W dużej misce mieszam suche składniki (sól, proszek do pieczenia, cynamon, mąkę, cukier, płatki).

W mniejszej misce ugniatam na papkę obrane ze skórki banany. Dodaję do nich dwa żółtka i olej, mieszam. Białka ubijam na sztywno w oddzielnej misce.

Do suchych składników dodaję banany, mieszam (masa na razie miesza się ciężko).
Następnie dodaję do masy pianę z białek i delikatnie acz dokładnie (i szybko) mieszam składniki. Wlewam masę do natłuszczonej keksówki. Piekę w 180 stopniach C., przez ok. 45-50 minut.




Więcej czytam ostatnio. Tego też przez jakiś czas nie mogłam, a teraz pomaga. Uc
iekam więc dzisiaj w Eco. A Michał obiecał na wieczór guacamole i Twin Peaks. 

I tak jakoś do przodu się staramy... Od weekendu, do weekendu, każdy z mamą. Tak jest lepiej.

ps. EDIT: a gdzie wegański, jak z jajkami?! Musicie mi wybaczyć, pisałam tuż po zjedzeniu pasztetu z soczewicy, który był jak najbardziej wegański ;)


poniedziałek, 17 marca 2014

Trochę za wcześnie, Tato...

Tak długo się zbierałam, żeby napisać ten post, naprawdę sporo napisałam i oczywiście skasowało, wyrzuciło mnie, kiedy publikowałam...

Tata na mecie

Mój tata zmarł 23.02.


Nagle, zupełnie niespodziewanie. 


Gdy dojechałam z Michałem do domu rodziców, jeszcze go reanimowali, całą godzinę (wcześniej moja mama, do przyjazdu karetki), ani na sekundę nie drgnęło tętno. Nikomu nie dał szans. A my tylko patrzyliśmy.

64 lata, miał żyć 110 lat - nigdy nie chorował. Mors, maratończyk, kiedyś nawet triatlonista. Mam niespełna 30 lat i raz w życiu słyszałam, że ojciec kaszle, był wtedy 3 dni chory, jeden jedyny raz. Do dziś pamiętam swoje przerażenie na widok bezsilności ojca, który leżał kilka dni pod kocem, tak to niecodzienne było... Drugi raz to poczułam trzy tygodnie temu, gdy tata leżał pod kocem w salonie, a my czekaliśmy na zakład pogrzebowy.


Często chodził do lekarza, badał się bardzo regularnie, bo powtarzał, że profilaktyka jest najważniejsza. Był zdrowy. I zdrowy umarł, jak powiedział lekarz rodzinny. Na zawał, zator, nie wiemy do końca, jeden pies. A miał zdrowe serce! Badał je ostatnio 2 lata temu, wszystko było ok. Był stawiany wszędzie za wzór zdrowia.
Tata kochał sport, co niedziela morsował w Kiekrzu, zdrowo się odżywiał, a zabił go długoletni stres, związany z firmą. Są tak zwariowane czasy, tak bardzo wszyscy jesteśmy byle czym podminowani. Teraz, bardziej niż kiedykolwiek, wiem, że naprawdę nie warto.

Od śmierci taty jestem bardzo spokojna, ale nie wiem, czy to zamułka, która minie, bo przecież tak od razu nie wrzuciłabym na luz, prawda? Boję się tego momentu, kiedy minie ta zamułka i jednoczesna adrenalina - codziennie załatwiam milion rzeczy związanych z mamą i tatą, na bankach zaczynając, a na prawnikach kończąc. Bo przecież nie mama. Cieszę się, że mogę jej pomóc,a jednocześnie mam zajęcie.

Tak wielu rzeczy nie zdążyliśmy zrobić: dać mu wnuka, wystartować wspólnie
 w maratonie, wrócić do Rzymu... A teraz wszystko szlag trafił. Dosłownie wszystko.
Na szczęście mam Michała, a weekendy spędzamy u rodziców (czy już zawsze tak będę mówić?), z mamą i babcią, wszyscy siebie nawzajem potrzebujemy.

Wrzucam zdjęcie z maratończyk.pl. To był nasz rodzinny debiut w półmaratonie, w 2011 roku - biegliśmy wtedy z tatą, mamą i Michałem. Dla wszystkich pierwszy raz. 
Fajnie było.

Wybaczcie ten chaos, ale musiałam siebie kilka rzeczy wyrzucić. Tak cholernie mi go brakuje... Tych codziennych lub prawie codziennych, 2-3 minutowych rozmów telefonicznych...

 Nie wiem, jak często tu będę, w jakiej formie. Muszę się trochę pozbierać, a dopiero zaczynam wracać do codziennych, regularnych czynności.



poniedziałek, 17 lutego 2014

Giornata mondiale del gatto


Dziś Międzynarodowy Dzień Kota. 

Bajka i Joker pozdrawiają!













Kochajcie sierściuchy! Wspierajcie Agape Animali lub inne organizacje, które pomagają bezdomnym zwierzętom, naprawdę warto!