piątek, 22 sierpnia 2014

Kocham kaszę - kasza jaglana zapiekana z owocami i orzechami



To nasz ostatni wspólny piątek, po weekendzie Michał wraca do pracy, a ja mam urlop jeszcze 
w poniedziałek.
Dlatego stwierdziłam, że trzeba coś dobrego zjeść na koniec naszego pierwszego urlopu, spędzonego w domu (mam nadzieję, że ostatniego...). Blog Marty obserwuję od dłuższego czasu. 
Na jego podstawie zwiedziłam kulinarnie Berlin i nie zawiodłam się, a jeszcze mnóstwo miejsc mam do zobaczenia, które zachwala.
Ja również uwielbiam śniadanie i uważam, że są bardzo ważne, szczególnie, gdy mamy okazję jeść je z ukochaną osobą - my z Michałem mamy taką możliwość tylko w weekendy, niestety.
Kaszę jaglaną jemy, nie przesadzając, 2-3 razy w tygodniu, więc czasem można ją zjeść w innej formie, prawda? Inne kasze też jemy, oczywiście, ale chyba najbardziej lubię właśnie jaglaną... i pęczak... Wszystkie lubię ;)
Troszkę zmodyfikowałam owoce i zamiast jagód dałam jeżyny, dzięki czemu było trochę cierpko
 i kwaśno. Ale jeżyny tez trzeba jeść, bo są bardzo krótko!
Michał polał sobie swoją porcję łyżką miodu i było ok, a ja zostałam przy cierpkich momentach ;)
Dałam też prawie całą szklankę orzechów, więc więcej, niż Marta, ale tylko dlatego, że orzechów 
w ogóle jemy dużo i trochę się zagalopowałam, łupiąc je wieczorem.
Pyszne! Nadaje się nie tylko na śniadanie, ale po prostu jako deser po lekkim obiedzie. 

Zapamiętajcie ten przepis.

Poniżej wklejam oryginalny, od Marty:


KASZA JAGLANA ZAPIEKANA Z OWOCAMI I ORZECHAMI

Potrzebujesz (na 4 osoby lub 2 głodne):

  • 1 szklanka nieugotowanej kaszy jaglanej
  • 1 łyżeczka cynamonu
  • 1/2 łyżeczki gałki muszkatołowej
  • 1/8 łyżeczki goździków w proszku (posiekałam 3 goździki)
  • 1 szklanka malin
  • 1 szklanka jagód (dałam jeżyny, ale borówki też się świetnie sprawdzą!)
  • 1/2 szklanki mieszanki orzechów (u mnie była prawie cała)
  • 1 łyżka wiórek kokosowych
  • 2 jajka
  • 2 szklanki mleka
  • 1/4 szklanki miodu
Przygotowanie śniadania jest wyjątkowo proste, jedynie dłuższy czas zajmuje pieczenie. Rozgrzej piekarnik do 175*C.
W misce zmieszaj kaszę jaglaną z przyprawami. Średniej wielkości naczynie do pieczenia nasmaruj masłem, po czym wsyp do niego kaszę. Na wierzchu ułóż owoce, orzechy i posyp wiórkami.
W drugiej misce zmieszaj jajka, mleko i miód, po czym polej mieszanką kaszę. Zamieszaj nieco łyżką, by pomiędzy kaszę wpadły owoce.
Piecz przez około godzinę.
Podawaj z jogurtem, owocami i miodem.



A teraz jedziemy na lody, dziś malaga i sorbet z nektarynek. I na wieś potem!
Miłego weekendu!


ps. Właśnie odwiedził mnie listonosz... w końcu nasiona chia dojechały! Będzie się działo! ;)




środa, 20 sierpnia 2014

Transatlantyk 2014 - podsumowanie

Ulica w Palermo - wyszłam usatysfakcjonowana z seansu, ale powinnam ostrzec, że to raczej dla italofilów. Bardzo włoski, nawet bardzo południowy, bardzo sycylijski. Pani, która zapowiadała film, powiedziała "Żywe charaktery" i takie właśnie znajdziecie w tym filmie.

52 Wtorki - sekcja Sundance jest dla mnie zawsze wyjątkowa. Porusza nie tylko ważne tematy, 
ale jest to kino, które ja po prostu bardzo lubię. W filmie zagrali naturszczycy, w co trudno uwierzyć. Tytułowe 52 wtorki, to dni, w których główna bohaterka spotyka się ze swoją mamą, która jest 
w trakcie zmiany płci. I tak kręcili ten film - aktorzy, cała ekipa filmowa, spotykała się co wtorek 
i dopiero wtedy aktorzy dostawali swoje role i zaczynali wszystko odgrywać. Chodziło o przeżywanie wszystkiego dokładnie w takiej rozciągłości czasu, jak bohaterowie filmu. Dla mnie to świetna produkcja, bardzo polecam.

Amerykańska komuna- dokument o hippisach, którzy stworzyli największą komunę w USA "The Farm". Reżyserki filmu to dwie siostry, które dziś pracują w MTV, a ogólnokrajowe, tygodniowe, spotkanie wszystkich byłych mieszkańców Farmy, jest pretekstem do stworzenia filmu i powrotu 
do korzeni. Ciekawy.

Pewnego razu na Dzikim Wschodzie - współczesny western: o miłości, o dumie, o wytrwałości. Przepiękne zdjęcia, dobra muzyka, która na długo zostaje w głowie, bardzo dobry Korkmaz Arslan. Jeśli będzie mieć okazji, obejrzyjcie koniecznie.

Ostatnia wspinaczka- zaznaczmy od razu, że jestem z innej bajki. Michał szukał dla mnie włoskich filmów i sundance, a ja dla niego o zimnie, o wspinaczce, o przekraczaniu granic swojego ciała. 
Nie znaczy to, ze on nie lubi tych szukanych dla mnie i na odwrót. Po prostu zawsze w ten sposób sprawiamy sobie przyjemność ;) Lubię filmy o ludziach gór, o wszystkich tych wielkich i mniejszych ekspedycjach, ale... wiem, że ze względu na problemy zdrowotne (astma, zakrzepica), nigdy nie będę miała okazji wejść na MB czy ME. Nie żebym bardzo chciała spać w śniegu... Po takich seansach jest mi zimno, przez cały film zakrywam usta i takietam babskie.
 Bo to niemożliwe, żeby oni nie spadli, po prostu. Ale lubię, to takie kino przygodowe dla mnie. 
  A Ostatnia wspinaczka jest bardzo lekkim filmem z tego nurtu, jednak dość przyjemnym.

Rzymska Aureola - dla mnie mało ciekawy, bardziej doceniam, niż lubię. 
Chciałabym się zżyć z bohaterami, a reżyser mi na to nie pozwolił. Oczywiście mam swojego ulubionego bohatera - Człowiek od palm skradł moje serce absolutnie. Film opowiada o życiu mieszkańców przy ogromnej obwodnicy w Rzymie. I jest w nim dużo symboli, ale mnie nie poruszył. Doceniło go jury 70. Międzynarodowego Festiwalu Festiwalu w Wenecji, przyznając mu Złotego Lwa - było to pierwsze od 15 lat zwycięstwo Włochów na tym festiwalu.
Cóż, widocznie się nie znam.



Jan A.P. Kaczmarek robi świetną robotę i jestem co roku szczęśliwa, że tu mieszkam. 
W lipcu co prawda żałuję, że nie mieszkam we Wrocławiu (Bo Nowe Horyzonty!), a jesienią,
 że w Bieszczadach, cały rok marzę o Ligurii... ale to są inne sprawy zupełnie, nie na dziś.

Dziękuję za kolejny Transatlantyk, do zobaczenia za rok. I proszę, proszę, nie rezygnujcie 
nigdy z sekcji Sundance. 

Dziś ruszamy z drugą serią House Of Cards, kto jeszcze nie widział, ten trąba!

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Czasem musisz odpuścić

I'm old and I like it

Czasem/często/ostatnio* jest tak, że nie chce się żyć. A potem wygadasz się pewnego wieczoru komuś, kogo prawie nie znasz, choć wydaje się, jakbyś znał od 100 lat, odświeżysz znajomość, na której Ci baaardzo zależy, znajdziesz sobie nowy cel(e): koniec z głupimi myślami, wkrótce weekend w Karpaczu! Muszę iść z kotem do weterynarza! Trzeba ją/jego zaprosić na dobry obiad! Jest jeszcze tyle dobrych rzeczy do ugotowania!
Następnego dnia się budzisz i stwierdzasz, że koniec z mazaniem się, musisz wziąć 

się w garść.
No to wstaliśmy. Michał zrobił szybki trening po przebudzeniu -  10 km biegu, 
ja pojogowałam 40 minut, uśmiechając się przez cały czas. Do końca dnia czułam rozciągnięte pachy. Następnie wspólne zjedliśmy niespieszne śniadanie z pysznym espresso na koniec. Jedyną i właściwą kawą.

Pizza anchois/mozzarella

Nie zdążyliśmy wspólnie upiec chleba -  on jutro wraca do pracy, a chlebem zajmę się ja, ale potem sporo czytaliśmy, długo bawiliśmy się z kotami nową wędką, na końcu której jest wielka kudłata mysz.
Przesadziłam w końcu bazylię i kolendrę, a dzień zwieńczyliśmy późnym obiadem 

i winem. Troszkę przypaliłam, ale pizza była i tak doskonała - jedna część z mozzarellą, 
a druga z anchois. Mruczeliśmy oboje, jedząc.





A potem Michał rozkroił kozi ser. Mhm, za czereśnie i kozi ser mogę się
oddać, serio.
Skończyliśmy Mad Mana, to już część IV, dopiliśmy wino, a teraz czas spać. Jutro też będzie dzień.


A Ty, co dziś dla siebie dobrego zrobiłeś?





*niepotrzebne skreślić

piątek, 15 sierpnia 2014

Buro burger - Mixtura w Pasażu Apollo, 1000% vege

Mixtura

Transatlantyk się skończył. Do niego jeszcze wrócę.
Między filmami jedliśmy - jakoś trzeba spożytkować czas, prawda?

Udało się dotrzeć do wspomnianej wcześniej Mixtury w Pasażu Apollo, wegetariańskiej knajpki, otwartej kilka miesięcy temu w Poznaniu. Nawet ser mają wegański. Są zawsze 2 burgery do wyboru: Jaglak, Buro i Wiośniak. wybraliśmy z burakiem. Wiem, że nie powinnam porównywać z najlepszymi burgerami na świecie ze Złego Mięsa we Wrocławiu (jeszcze o nich napiszę!), ale jednak nie dorównują, no. Oceniam go na 4, więc i tak bardzo wysoko, bo był rzeczywiście bardzo smaczny, ale za dużo musztardy i ogórków kiszonych, zdecydowanie za bardzo dominują. Troszkę też za cienki sam kotlet z buraka. Byłoby też lepiej, gdyby Mixtura popracowała nad bułkami, są zbyt kruche, 
zbyt chrupiące, niestety do burgerów powinny być troszkę bardziej miękkie. A może zaczną kiedyś u siebie je wypiekać? Wtedy byłby kosmos ;) Dodam tylko, że np. w Złym Mięsie sami robią bułki i są naprawdę super.


Burger Buro

Ale bardzo się najadłam (XL kosztuje 13zł), na pewno tam wrócimy, bo tak czy inaczej warto, poza tym trzeba innych rzeczy spróbować, a jednak Wypas jest trochę droższy, nie na naszą kieszeń, jeśli mielibyśmy częściej jeść poza domem.
Trzeba też wspomnieć o świetnej kawie (doppio za 6zł). Miejsce lokalu też jest idealne dla nas, bo bardzo blisko Kina Muza, więc jest dobrą alternatywą obiadową w dzień kinowy.

Zanim jednak zjedliśmy buro, w domu był obiad i moje ulubione risotto - z kurkami właśnie lubię najbardziej. Przepis w linku, niezawodna Kwestia Smaku. Zdjęcie kiepskie, ale zdjęcie sobie chyba sprawę z tego, że risotto do najbardziej fotogenicznych dań nie należy?
Możecie mi uwierzyć na słowo, jakie było to pyszne, a ile radości daje taki drobiazg, 
że wychodzę na balkon, by zerwać gałązkę rozmarynu z doniczki, by potem dodać ją do obiadu... ;)
Risotto z kurkami


Mam jakiś dołujący czas znowu, więc wsiadamy na rowery i jedziemy do mamy. 
A po drodze Lody Tradycyjne na 27.Grudnia. W lipcu i sierpniu byłam tam co drugi dzień... Można zbankrutować, jedząc lody?

Miłego weekendu.






wtorek, 12 sierpnia 2014

Wypas w czasie Transatlantyku

Wypas na Jackowskiego 38


 Wczoraj rozpoczęliśmy urlop. Pojechaliśmy do kina po bilety na Transatlantyk
gdzie zderzyliśmy się ze smutną festiwalową rzeczywistością. Na wybrane przez nas seanse brak miejsc. Postanowiliśmy w takim razie odwiedzić urzędy i inne przyjemne instytucje, by coś mieć z głowy.
Zaopatrzyliśmy się w bilety na kolejny dzień i pojechaliśmy na obiad do Wypasu
gdzie oszalałam ze szczęścia, jedząc pieczonego bakłażana z kuskusem, migdałami, rodzynkami i miętą, do tego była sałatka z cieciorki, a na deser tapioka z mango. Popijaliśmy wszystko pietruszkową lemoniadą. A wszystko było podane na jadalnym orkiszowym talerzu. Jest dość drogo (główne danie 23 zł, deser 8, lemoniada 9), 
ale najadałam się, a mam spore możliwości. Wrócimy na pewno, było pysznie, 
no i jest 100% vegan. Dziś lub jutro odwiedzimy drugą knajpę, do której też mieliśmy już dawno zajrzeć, również wege - Mixtura. Byłam tam na chwilę wczoraj, by zerknąć na menu i ich burgery wyglądają niezwykle obiecująco.

Jaki plan filmowy na dziś? Ulica w Palermo i 52 wtorki. Życzmy sobie przyjemności. Jemy pysznie i planujemy kolejne seanse

Jaglanka z jagodami



niedziela, 10 sierpnia 2014

Joga

O jodze myślałam poważnie od końca zeszłego roku. Głównie z powodu stresu w pracy, ale też żeby coś robić, skoro biegać nie mogę.
Pod koniec lutego zmarł ojciec, a przyczyną jego zawału był właśnie stres. Kilka dni po pogrzebie zaczęłam szukać. Z końcem marca zaczęłam moje pierwsze zajęcia. 
Anita wprowadziła mnie w jogę sivanandę, z elementami hatha jogi. Wpadłam po pierwszych zajęciach. Byłam taka szczęśliwa, że czuję mięśnie, ale jednocześnie jakiś luz w całym ciele. Spałam spokojniej nie tylko w poniedziałki, po jodze. 
Joga w klubie na osiedlu ma przerwę w okresie wakacyjnym, ale jesienią wracamy, 
Anita obiecuje ;)

Newsweek z Majką ;)

A w wakacje coś trzeba było ze sobą począć. Skoro miałam już matę, skoro ćwiczyłam 2-3 razy w tygodniu w domu, sama. I nagle sobie przypomniałam o Jodze Przy Fontannie. Ulla organizuje to przecież od kilku lat! Spotykamy się w niedziele o 9:00 w parku pod operą. Nie zawsze jestem, ale jak jestem, to jest super!
Na pierwszych zajęciach było ponad 300 osób! I nawet w Newsweeku o tym pisali, 
i nawet był krótki wywiad ze mną... Kto czytał, ten wie. 
W międzyczasie były jeszcze programy z Basią Lipską, którymi na poważnie zajmę 
się teraz, kiedy mam urlop. Bo w tym roku nigdzie nie wyjeżdżamy.
Czytam o jodze codziennie, oglądam kolejne asany i marzę, że kiedyś to wszystko zrobię, ale staram się też podchodzić do tego na spokojnie. Joga to nie tylko wygibasy, 
to naprawdę styl życia, jakiś większy dystans do wszystkiego wokół nas.
Jestem spokojniejsza, odkąd ćwiczę, ale jeszcze nie tak, jakbym chciała. 
Wciąż się pilnuję, jeśli chodzi o właściwą postawę - w pracy, w domu, na rowerze, podczas obiadu. Musicie wiedzieć, że nigdy do elastycznych nie należałam, 
więc jest to wszystko dla mnie niezwykle trudne. Nie poddaję się, stopniowo zwiększam swoją elastyczność i zakres ruchu, pogłębiam skłony, widzę niemal każdego tygodnia poprawę.
Sprawia mi to ogromną frajdę, serio! Ta cała praca nad oddechem, miarowy, równy oddech ujjayi, który mnie uspokaja.

Ćwiczycie?





niedziela, 3 sierpnia 2014

KUKBUK: Crumble z cukinią i orzechową kruszonką

Ojoj, gdzie się podziewałam przez ponad miesiąc?
Sporo ciekawych rzeczy robiłam, jest mnie mniej, a o to nam chwilowo chodzi ;) O tym, co mnie wciągnęło, będzie jeszcze w tym tygodniu.

Póki co, podzielę się dzisiejszym obiadem. KUKBUK nr 10, a w nim prosto z bloga ongolala przepis na:


CRUMBLE Z CUKINIĄ I ORZECHOWĄ KRUSZONKĄ

farsz:
0,5 kg cukinii
1 duża szalotka
1 łyżeczka świeżego majeranku (dałam 3 suszonego)
2 ząbki czosnku
125 g sera ricotta (czyli pół opakowania)
kminek i pieprz do smaku

kruszonka:
5 g siemienia lnianego (dałam 4 łyżeczki)
80 g orzechów włoskich (dałam 120)
80 g zimnego masła
80 g mąki kukurydzianej
sól i pieprz do smaku
50 g parmezanu (dałam żółtego...)


Cukinię umuj, osusz i zetrzyj na dużych oczkach tarki. Posiekaj szalotkę i z majerankiem wrzuć do cukinii.

Dodaj wyciśnięty czosnek i ser ricotta i wymieszaj dokładnie. Wiem, już jest pysznie...
Dodaj kminku i pieprzu.
Do wysmarowanej masłem i oprószonej mąką kukurydzianą formy przełóż farsz.

Siemię lniane upraż na suchej patelni, a po przestudzeniu rozbij w moździerzu. Orzechy włoskie upraż również na suchej patelni, a następnie posiekaj na drobne kawałki.
Masło kroimy w kostkę, połącz je z mąką i przyprawami i rozetrzyj palcami na okruchy.
Dodaj starty ser oraz orzechy i wymieszaj do połączenia skłądników. Rozkrusz całośc na masie z cukinii.
Piecz ok 30 minut w temp 180 stopni.





PYCHA, powiedział Michał. 

Książka i spać. Obiecuję szybko wrócić.

Miłego tygodnia!


czwartek, 26 czerwca 2014

Same pyszności: Pad Thai i Baba Ganoush

Och, tyle dobrych rzeczy ostatnio... A czasu coraz mniej.
Odkopujemy się ze smutków, braku czasu i wracamy do Was, wracamy do ludzi. 
Już czas.

baba ganoush

Tydzień temu wpadli Natalia z Marcinem, przynieśli tradycyjnie wino, a poza tym baba ganoush i pieczywo. Przymierzałam się do tej pasty z pieczonych bakłażanów, z dodatkiem tahini i czosnku. I granat na wierzchu...! Pycha! Wyjadaliśmy pieczywem, popijaliśmy winem, kompotem z rabarbaru i agrestu i dużo rozmawialiśmy. 
O sporcie, ale to pomińmy ;)

A dzień później wybraliśmy się do Ruiny. Mieliśmy iść imieninowo na Pad Thai *(24.05 miałam, to pokazuje, jak u nas z czasem...), ale z nieba spadł J, który zaproponował właśnie patataja. Odjechałam. Naprawdę. PYSZNE. Dużo lepsze niż w Berlinie. 
Aż strach pomyśleć, jak smakuje w Tajlandii, aj!

Pad Thai
 




W pracy sezon, więc...czasu coraz mniej, heh.
O Wrocławiu napiszę wkrótce, obiecuję. Musimy wywołać zdjęcia ;)

Będę wkrótce. Uciekam poczytać i spać. Cieszmy się truskawkami, bo już końcówka!

Pa!


piątek, 13 czerwca 2014

Kierunek: Wrocław!






Nie ma żadnego reisefieber u nas. Może dlatego, że Michał na luzie już podchodzi do startów? A może dlatego, że wiemy, że spotkamy się z Asią i Aleną. Również z Martą 
i Mattem, a nawet Sebastian ze Szczecina z nami piwo wypije - sami dobrzy znajomi. 
Jak w domu ;)

Oczywiście cieszymy się jak dzieci; w końcu jedziemy do Wrocławia, naszego ukochanego miasta. Wracamy tam zawsze i chętnie, a nie byliśmy kilka lat i zacieram ręce na myśl, ile się tam zmieniło. Ile nowych knajp, bogactwo!
Mamy kilka kulinarnych miejsc zapisanych, czasem tylko kawa, czasem lodziarnia, czasem obiad lub tylko przekąska, a czasem tylko zobaczyć, żeby wiedzieć, jak jest 
w środku i mieć do czego wrócić.

Poza tym koniecznie zajrzymy na Żywą - nie mogę się doczekać! Alena bierze w niej udział, ale z oczywistych powodów nie wybiorę jej jako Książki ;)

Nie zapominajmy powodu, dzięki któremu zdecydowaliśmy się na naszą weekendową wycieczkę: 2. Nocny Półmaraton. Tak, DRUGI. Nie rozumiem dlaczego, skoro PIERWSZY się nie odbył... Absurd, prawda?

Ale cieszmy się, że dzięki temu jedziemy do Wrocławia ;) I trzymajmy kciuki, może tym razem nie będzie falstartu.

Szkoda, że troszkę pogoda sie popsuje - sandałki muszę zostawić w domu... Miałam nadzieję, że będzie jak kiedyś, podczas Era Nowe Horyzonty, skwar, nocne chodzenie 
w krótkich ciuchach... Ale dobrze, trampki też są ok, a przynajmniej Michał będzie miał lepszy start, niż podczas upału.

Bułeczki zapakowane, truskawki na podróż też. Za chwilę wychodzimy. Przyjemności!


poniedziałek, 9 czerwca 2014

Focaccia z rozmarynem

Focaccia z rozmarynem
Kilka tygodni temu zrobiliśmy naszą pierwszą focaccię. Wyszła genialna, zjedliśmy trochę na kolację, na śniadanie, a z pozostałej części przyrządziliśmy sobie kanapki - najzwyczajniej w świecie ją rozkroiliśmy i napakowaliśmy tam rukoli z balkonu, mozzarelli, pomidorków, sałaty - co było pod ręką. Foodgasm. Coś pięknego, a jak syci! Bo przecież to drożdżowe, a do tego polane oliwą. Nie mówiąc o zawartości.

Wczoraj powtórka z rozrywki, ale głównie dlatego, że z okazji ŚwiętaKtóregoNiktNieZna, wszystko zamknięte i trzeba było się w coś do pracy zaopatrzyć. Tym razem zrobiliśmy jedną mniejszą z pomidorkami, a większą tradycyjną - rozmaryn (z balkonu, czad! Już mi wszystko pięknie urosło i korzystam każdego dnia, coś cudownego), oliwa, sól gruboziarnista. Z niej właśnie zrobimy sobie kanapki do pracy.

Focaccia z rozmarynem i pomidorkami


Co u nas? Niewiele się zmieniło. Praca-dom x5, potem do rodziców, w niedzielę milion rzeczy na raz, ale i odpoczynek, bo to jest bardzo ważne. Do tego kilka razy w tygodniu różne treningi fittnessowe, deska i brzuszki aż do krzyków, bo przytyłam i coś z tym trzeba zrobić. No i standard od kilku lat, ale w ostatnich 2-3 miesiącach pilnowany bardzo bardzo: 4-5 mniejszych posiłków, sporo wody, yerba mate lub zielona herbata, sezonowe owoce i warzywa, jak najmniej słodyczy (trudne...). Lato jak co roku mnie zaskoczyło. Za dużo już nie zrobię, po prostu staram się nie obżerać i więcej ćwiczę. Może uda się coś osiągnąć do połowy sierpnia, kiedy mamy urlop - już mam 2 cm mniej gdzie chciałam, więc idzie jakoś... No i nie jem mięsa (tylko ryby zostawiłam), nic a nic. Dopiero 2 tygodnie, ale uwierzcie, że prędko nie zjem - przeczytałam "Zjadanie zwierząt" i mam odruch wymiotny, przejeżdżając obok Maca. W ogóle na samą myśl... Fu. Zresztą już wcześniej nie jadłam go dużo, o czym mogliście nie raz przeczytać.

Sporo ostatnio gotujemy, podkreślam, że głównie sezonowo, bo jak tu nie korzystać z sezonowych cudowności typu szparagi, kapusta młoda, rabarbar (ciasto maślankowe do znudzenia!), botwinka (kocham, absolutnie kocham chłodnik), truskawki, które jem w naprawdę nieprzyzwoitych ilościach...

Dużo też złych myśli, wciąż i wciąż, każdego dnia i każdej nocy. Ale nie da się od tego uciec, jeszcze trochę próbuję, ale już nie z taką siłą. Ale dziś nie o tym.

Nie pamiętam, kiedy ostatnio tak mało czytałam - wychodzi mi ok 30-40 stron dziennie. Jakiś dramat. Naprawdę nie mamy czasu. Po pracy chcemy zrealizować treningi, zjeść razem obiad i kolację, porozmawiać. Udaje się obejrzeć 3-4 odcinki Mad Mana w tygodniu i tyle. Okropność. Musimy przestać pędzić, bo...tak się boję, że coś przegapię. Jak to się stało, że przyszedł czerwiec?

A przepis na focaccię TU, na Kwestii Smaku. W komentarzach macie proporcje na drożdże nie instant ;)

Zajrzyjcie do mnie na insta.