poniedziałek, 9 stycznia 2017

Owsianka kokosowa z żurawiną

Wczoraj zrobiłam obiad na dwa dni, z przepisu niezastąpionej Maddy, której receptury nigdy mnie nie zawiodły. Chana masala. Jak tylko masz cieciorkę, obiad jest naprawdę błyskawiczny, przygotowanie go zabiera nie więcej, niż 20-25 minut i mamy go na 2 dni! Jest tak pyszny, że Michał mruczał z zadowolenia podczas posiłku.

Miałam wątpliwości, czy na pewno dać tylko pół puszki mleczka kokosowego i 1 puszkę pomidorów, ale oczywiście okazało się, że wszystko jest idealnie zgrane i wyważone. 




Ucieszyłam się, że zostało mi trochę mleczka kokosowego, bo nigdy mi nie zostaje z porcji obiadowych czy zup i nigdy nie miałam możliwości zrobić np owsianki na tymże. Och, jaki błąd kardynalny, moi drodzy! Moje kubki smakowe dziś zwariowały!

Inspirowałam się przepisem od Jadłonomii.


OWSIANKA KOKOSOWA Z ŻURAWINĄ

1/3 szklanki płatków owsianych
pół puszki mleczka kokosowego
1/3-1/2 szklanki wody (w zależności od upodobań, ja lubię gęstą owsiankę)
nasiona z 1/4 laski wanilii
1 łyżeczka cukry trzcinowego
2 łyżki żurawiny

Wszystkie składniki poza żurawiną umieścić w rondelku i gotować na najmniejszym ogniu około 5 minut, aż zgęstnieje. Co jakiś czas mieszaj, żeby nic nie przywarło do dna garnka. Podawaj z żurawiną.

Zwariowałam, naprawdę. I teraz nie wiem, czy mam robić co tydzień chana masalę, żeby móc robić tę owsiankę? :)


Życzę Wam miłego dnia, kochani i niech ten tydzień będzie lepszy.
Sobie życzę w nim więcej sił, o.


środa, 4 stycznia 2017

Para Bar

Od kilku lat zakończenia oku miałam ciężkie. Niekończący się proces w sądzie o spadek po ojcu i kilka innych problemów osobistych powodowały, że bałam się kolejnego stycznia.

Nie pamiętam, kiedy ostatnio z tak czystą głową wchodziłam w nowy rok. Z taką nadzieją, spokojem i optymizmem. My już wiemy, że ten rok będzie nie tylko lepszy, ale i zupełnie inny od poprzednich i nawet na jotę nie będzie ich przypominał. 

 Mam kilka postanowień noworocznych, jak co roku, ale są one zupełnie inne, niż zwykle, a i widzę, że chyba bardzo popularne. Zwalniam. Zwalniam tak bardzo, jak nawet sobie nie wyobrażacie. Z życiem, z ludźmi, ze wszystkim. Póki co, idzie dobrze.

Ale postanowiłam też, że będę bardziej dbać o ludzi, tych dobrych wokół nas. Czyli mniej internetowych spotkań, więcej rzeczywistych. Nie ukrywam, że czas mi sprzyja, no ale nic na to nie poradzę, całe życie mam szczęście. 

Wczoraj spotkałam się z Tusią, która od niedawna mieszka w Olsztynie. Bardzo interesująca i inspirująca osoba. Zjadłyśmy pierożki dim sum w Para Barze i wypiłyśmy kawę/herbatę w Taczaka 20. Jak to miło porozmawiać z kimś tak otwartym, jak ona! Niewiele trzeba tłumaczyć, nie wszystkie zdania muszę kończyć, bo wszystko jest jasne.




A pierożki na parze... chyba nie muszę ich reklamować? Kilkanaście smaków nadzienia do wyboru. Ciasto cieniutkie, delikatnie, rzadka (dla mnie) okazja do jedzenia pałeczkami i urocze sitko bambusowe, w którym mamy przygotowane i podane danie (właśnie szukam w internecie okazji, by je kupić do domowego użytku!), a do tego zachęcająca cena, bo ok 13 zł za porcję. Oczywiście większość pierożków jest wegetariańska. Serdecznie polecam!

A Taczaka 20 chyba też każdy poznaniak zna. Trochę tam jednak zmarzłam... I może następnym razem skuszę się na jakąś panini z awokado czy cuś.

Zawijam się w koc z kubkiem herbatki z dziewanny, wyłączam internet, czytam dalej książkę i powoli się uspokajam przed nadchodzącą nocą.



 

czwartek, 15 grudnia 2016

Wyciszenie

Niczego tak nie potrzebuję teraz, jak wyciszenia i ukojenia. 
Od kilku tygodni śpię po 10-12 h na dobę, więc poza pracą i snem niewiele robię, naprawdę.
Widocznie potrzebuję, prawda? Tak sobie to tłumaczę. Już niedługo powinnam się wybudzić.

I kiedy już się pochwaliłam w pracy rekordem życiowym (1 rok i 2 miesiące) w byciu zdrową, to mnie dopadło, więc od czwartku ubiegłego tygodnia leżę i śpię jeszcze więcej. I jem, o czym waga daje mi skutecznie znać. Dziś wyszłam do lasu na krótki spacer. Po powrocie poszłam spać. Chyba jednak jestem jeszcze słaba...

Nadrabiam zaległości z włoskiego, książkowe, mailowe. Piję pierdyliard herbat. Wstaję dość wcześnie, do śniadania czytam, później słucham włoskich podcastów i planuję posiłki na resztę dnia. 




Upiekłam ostatnio kanelbullar, czyli szwedzkie bułeczki cynamonowe, takie słynne zawijasy. Ja jednak dałam zastąpiłam cynamon kardamonem. Są pyszne, jednak ich minusem jest to, że najlepiej smakują ciepłe, więc albo zjemy wszystkie od razu, albo następnego dnia podgrzewamy je w piekarniku, jednak już takie smaczne nie są. Z przepisu wychodzi 10 sztuk, więc nie warto ich robić, jeśli nie planujecie gości.

Ktoś mi dziś przypomniał o Sugar Manie. Wspaniały film, wspaniała muzyka, historia, płyta. 


 
 

niedziela, 13 listopada 2016

Ramen

Jesień to kino i filmy. Zmęczeni trochę serialami, zrobiliśmy sobie przerwę i od kilku tygodni więcej oglądamy pełnometrażówek. Wkrótce napiszę o nich więcej. Starzejemy się, jesteśmy jeszcze mniej imprezowi, niż kiedyś, na domiar złego, do filmu nie otwieramy już piwa, a parzymy roiboosa. Kocyk, herbata, grube skarpety i Kieślowski. Serio. 

Skoro jesień, to i rozgrzewające potrawy gotuję. Zupa dyniowa z chilli i mleczkiem kokosowym gości u nas bardzo często, już się tęskni za dalem soczewicowym. Dziś rano przygotowałam ramen, a przed momentem skończyłam robić chili sin carne, które nam posłuży za obiad na dwa dni. W całym domu pachnie kuminem, papryką wędzoną i pozostałymi przyprawami. Od razu mi cieplej. Lubię to.

Ramen ma tyle przepisów, ilu jest ludzi. Zrobiłam według Wegan Nerd z któregoś "Slowly veggie". Poniżej widzicie zdjęcie sprzed kilku miesięcy, dziś zrobiłam ponownie, z jednym zastrzeżeniem; nie gotowałam 8h, jak wtedy, a 3. No i dziś użyłam makaronu soba, lubię ten gryczany smak. 

Jeśli się będziecie kiedykolwiek mierzyć z ramenem, nie żałujcie grzybków mun lub shitake i nori. Robią robotę. Jako wkład dałam marynowane i grillowane później tofu, szczypior, natkę pietruszki i rzodkiewkę.

Michał wyraził się, że rosół to jedyna rzecz, do której tęskni, odkąd nie je mięsa. Aktualizacja: "Za niczym już nie tęsknię, skoro robisz ramen" :)



Ten tydzień będzie jeszcze bardziej zwariowany, niż poprzedni. Nie tylko w pracy. Zatrzęsie, mówię Wam. 

Nie narzekam na zimno w tym roku. Po prostu odliczam już do wiosny. Już jest połowa listopada. Za chwilę grudzień, który ze względu na święta minie błyskawicznie, a później już z górki. I tego się trzymajmy, a w międzyczasie gotujmy, oglądajmy, kochajmy się.


wtorek, 1 listopada 2016

Wróciłam, silniejsza.

Ciężki miesiąc. Wybrałam się do dentysty, konieczne było kanałowe leczenie, co niestety wykluczyło mnie z treningów na 3 tygodnie. Powrót był, a właściwie jest niezwykle ciężki. Mięśnie pamiętają, ale wydolność siadła mi totalnie. Więc odbudowuję ją, powoli i stopniowo. By sobie nic nie zrobić. 
I jak to zwykle u mnie bywa, wszystko siadło z powodu braku sportu. Październik właściwie przespałam. Dodatkowo pękła mi obręcz w przednim kole, więc musiałam wcześniej zakończyć sezon rowerowy.

Znowu musiałam odpocząć też od internetu, zadziwiające, jak to się zbiegło wszystko. Coraz częściej mi się to zdarza, by nie włączać tygodniami komputera w domu. Oczywiście ułatwia sporo codzienność ze smartfonem, z którym możemy mieć właściwie wszystko. Bo wystarczy podpiąć kabel do sprzętu i z radia słuchać spotify albo BBC z aplikacji, a jest tam kopalnia dobrych programów muzycznych. Skoro mowa o aplikacjach, to i do nauki języków jest ich sporo, co ułatwia różne powtórki, jadąc tramwajem do pracy (najczęściej korzystam z aplikacji ankidroid). Sprawdzenie poczty, facebooka, instagramu, twittera - chwila moment i wyłączam.

Ale jest to trochę złudne, bo wydaje mi się, że oszczędzam wtedy czas, jednak prawdą jest, że robię wszystko "po łebkach". Tak, to prawda, że gdy odpalam komputer, włączam w krótkim czasie kilka (lub kilkanaście) nowych stron, które czytam, zarówno te polskie, jak i włoskie czy angielskie. Nie lubię czytać długich artykułów w telefonie, męczy mnie to. Więc z jednej strony oszczędzam czas, ale z drugiej jestem niedouczona, mam zaległości, mam mniejszą świadomość wielu rzeczy. 


Prezenty od Marysi i Sebastiana



Pomyślałam dziś o tym, gdy odczytałam maila od Marysi, żony Sebastiana. Pracujemy razem, tylko on w oddziale w Szczecinie. Spotykamy się przy okazji maratonów lub półmaratonów. Mieli przyjechać w sobotę ok 15, ale gdy pomyśleliśmy o wszystkim, co musimy razem zrobić, stwierdziliśmy, że nie chcemy się widzieć w przelocie i na wariata. Przyjechali  więc wcześniejszym pociągiem, byli w Poznaniu już po 9 rano w sobotę (musieli wstać o 5 w sobotę!). W niedzielę wstawaliśmy wszyscy ok 6, z racji maratonu, więc popołudniu, przed ich wieczornym pociągiem, zarządziłam 40-minutową drzemkę. Słanialiśmy się trochę już wszyscy. 

I Marysia napisała, że ten weekend był męczący, bo intensywny, ale że "na naszym etapie życia i w tym stale biegnącym świecie to raczej inaczej nie będzie, niż kosztem wysiłku, jeżeli będziemy chcieli dodać cokolwiek do rutynowych, codziennych działań". Aż klasnęłam w dłonie, gdy to przeczytałam. Ileż w tym jest racji! Mamy tak doskonale zaplanowany już nie każdy dzień, ale i tydzień, że każda spontaniczna sytuacja wybija nas z rytmu i niszczy kolejne zaplanowane działania. Nie chcę tak żyć. Przynajmniej nie cały czas :)

I właśnie dlatego musimy się postarać. Nie od jutra, ale od dziś, od teraz. I będę rzadziej odpalać komputer, ale efektywniej z niego korzystać, a nie przeglądając facebooka. Bo inaczej będzie trudno za czymkolwiek nadążyć i cokolwiek konstruktywnego zrobić.

Marysiu, idę za ciosem. Kolejne spotkania z dawno niewidzianymi osobami już zaplanowałam. Chce mi się więcej po naszym spotkaniu. Dziękuję Ci:*

ps. Herbaty, które nam przywieźli umilają każdy dzień. Zawsze twierdziłam, że najlepszym prezentem jest dać komuś herbatę lub/i wino :) A mamy takie szczęście, że nam wielu gości przywozi herbaty, nawet Ci, którzy pierwszy raz do nas przyjeżdżają i nie wiedzą, że lubimy filiżankę dobrej jakości herbaty.
Ale przywieźli nam również dżem marchewkowy, który zrobiła Marysia - smakował zaskakująco cytrynowo i zniknął w 2 dni, były też ciasteczka z orzechami laskowymi, które upiekła przed podróżą oraz gadżety szczecińskie, których jesteśmy fanami, o czym oboje wiedzą. Fajnie jest gościć ludzi, serio.



niedziela, 25 września 2016

#4 Niedzielne obiadki: Placki porowe z pesto pietruszkowym

Zdarza się, że nie wiem zupełnie, co zrobić na obiad w weekend. Zarówno w sobotę, jak i w niedzielę, mamy coś niestandardowego, czyli coś, czego nie jemy w tygodniu (mamy około 10-12 stałych pozycji obiadowych, którymi żonglujemy w pracujące dni, dzięki czemu nie zastanawiamy się, co by tu zrobić na obiad), ale w jeden z tych dni mamy coś na wypasie, jak to nazywamy, a w drugi dzień coś pomiędzy tygodniowym, a niedzielnym. W taki dzień, kiedy nie mam konkretnego pomysłu, Michał bierze jedną z książek kucharskich do ręki i szuka. Ja jestem wykonawcą pomysłu. I te placki on właśnie znalazł.

Ten obiad jest zdecydowanie niedzielny, chociaż to tylko placki. Ale, ale! Jakie placki! Jeśli jesteście fanami placków ziemniaczanych, to przybijam piątkę, bo ja też, ale nie jadłam lepszych placków od tych porowych. A pesto było tak smaczne, że Michał zaniemówił. 

Placki nie wymagają dużego nakładu czasu i pracy, a pesto możecie zrobić dzień wcześniej i trzymać w lodówce, w słoiku. Będzie dobre przez kilka dni.



Przepis pochodzi z książki Marty Dymek, którą znamy z bloga Jadłonomia.

PLACKI POROWE (na ok 12 placków):

3 pory (tylko biała i jasnozielona część)
1/2 papryczki chilli z pestkami
1 łyżeczka cukru trzcinowego
1 łyżeczka mielonego kuminu
1/3 łyżeczki cynamonu
1/4 łyżeczki mielonego kardamonu
kilka łyżek oleju

1 łyżka mielonego siemienia lnianego+ 3 łyżki ciepłej wody
1 szklanka mleka roślinnego
1 łyżka octu

1 i 1/4 szklanki mąki pszennej
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki sody
1 łyżeczka soli

1. Pory pokroić wzdłuż na połówki, dokładnie umyć, osuszyć i pokroić na cienkie półtalarki. Papryczkę chili posiekać. Na patelni (dużej!) rozgrzać olej, wrzucić pory, papryczkę, cukier i przyprawy i dusić na bardzo małym ogniu ok 12-15 minut, czyli do czasu, gdy pory będą miękkie i szkliste.

2. Siemię zalać wodą i odstawić na kilka minut. W większym naczyniu wymieszać mleko z octem. W dużej misce dokładnie wymieszać mąkę, proszek do pieczenia, sodę oczyszczoną i sól.

3. Spęczniałe siemię dodać do mleka z octem i wymieszać trzepaczką. Połączyć z suchymi składnikami i mieszać przez chwilę, do uzyskania gęstego ciasta. Wmieszać uduszone pory.

4. Wykładać po łyżce ciasta na suchą patelnię i smażyć placki przez 2-3 minuty z każdej strony. 

Podawaj z pesto pietruszkowym.



PESTO PIETRUSZKOWE:

3 natki pietruszki, niedbale posiekanej
1/2 szklanki uprażonych pestek dyni lub słonecznika
2-3 łyżki płatków drożdżowych
1 duży ząbek czosnku
1/2 łyżeczki skórki otartej z cytryny
1/4 szklanki oliwy
sól, czarny pieprz

Wszystkie składniki poza olejem zmiksuj w blenderze z ostrzem w kształcie litery S albo rozetrzyj w moździerzu na grudkowatą pastę.

Wlej olej i zmiksuj lub rozetrzyj na pesto. Dopraw solą i pieprzem i przełóż do słoiczka. Doskonałe do placków w/w, ale i na zwyczajne grzanki.


Placki z tym pesto są doskonałe zarówno na ciepło, jak i na ciepło, również następnego dnia. Uzależniają.

Miłego tygodnia!

sobota, 24 września 2016

Kopnęła mnie

Dawno mnie nie było. Chwilowo miałam dość internetu, właściwie wciąż mam, ale potrzebuję go (i Was) do nauki, rozwoju, więc jednak przestałam się foszyć i postanowiłam wrócić. Ale nie jest łatwo. Skupiłam się na innych rzeczach, zdając sobie sprawę z tego, że potrzebuję odwyku od kompa i nagle się okazało, że nie tylko nie włączam go w tygodniu, ale również w weekendy może raz odpalam, by zapłacić jakiś rachunek.
Nie chodzi tylko o cztery treningi w tygodniu, których teraz bardzo pilnuję, ale i inne rzeczy. 

W ubiegłym tygodniu spotkałam się z Julią, zaprosiła mnie na kolację. Jej mąż wyjechał tego dnia, więc gdy położyła dzieci spać (to duże słowa, po prostu lekko rzuciła "Do spania", a one poszły: bez marudzenia, jęczenia, dla nich to naturalne), dokończyła gotowanie i miałyśmy czas dla siebie.

I rozmawiałyśmy, długo, a ona znowu przewróciła mi w głowie. I znowu zmotywowała. Tylko kilka osób potrafi to zrobić tak skutecznie, jak Julia. Jest w niej coś, co sprawia, że skoczysz za nią wszędzie, bo wiesz, że nic Ci nie grozi. A potem powiedziała, że wyjeżdża. Ledwie kilka dni przed tym spotkaniem Michał powiedział "Wszyscy fajni ludzie wyjeżdżają". 
No i my pewnie też wyjedziemy. Myślę, że szybciej, niż się spodziewamy.

Ale żeby wyjechać, trzeba się jakoś do tego przygotować. Już zaczęliśmy. Nawet, jeśli nie wyjedziemy, przygotowania się przydadzą.

Julia, dzięki za kopniaka. Teraz chce mi się jeszcze bardziej i działam ze zdwojoną siłą! 

I gotuję jeszcze więcej, planuję kilka dni do przodu, a nie tylko 2, co zjem w pracy i na obiad. I tak zaplanowałam sobie ostatnio tartę ze szpinakiem, fetą i pomidorkami. W wersji fit, bo bez żadnej śmietanki, ale na ukochanym kruchym. 




Czas na drugie śniadanie, po którym jedziemy na Marsz Równości. A po marszu spotkamy się z kolejnymi inspirującymi nas ludźmi. Mieszkają na Majorce. Tak. Pewnego dnia stwierdziły, że mają dość, rzuciły pracę w korpo i pojechały tam zamieszkać. Już chyba 2 lata minęły. Mówcie mi więcej, aj!!!



sobota, 3 września 2016

Rowerowo - Dziewicza Góra

Poprzednie dwie wycieczki to było nic w porównaniu z wyprawą na Dziewiczą Górę. Miejskimi rowerami. Serio. Michał wybrał najłatwiejszą trasę pod nasze rowery (wbiega na Dziewiczą czasem, więc te tereny zna dość dobrze), ale mimo wszystko momentami musieliśmy podprowadzać je ze względu na piasek. 
Powtórzę: w końcu będziemy musieli zainwestować w górskie rowery.



No i cóż, mimo że wycieczka należała do trudnych, wróciliśmy bardzo zmęczeni, to oczywiście było fantastycznie. Po drodze zrywaliśmy jeżyny z krzaka, gruszki z gruszy tak wielkiej, że przypominała wieżowiec. A gdy dotarliśmy na szczyt Dziewiczej Góry, zjedliśmy bułkę z pastą z grochu i jarmużu, garść orzeszków ziemnych, które zawsze nam towarzyszą w podróży, brownie, które Michał dzień wcześniej upiekł i popiliśmy wszystko czystkiem z termosu. Niewiele mówiliśmy, jedząc i pijąc. Rozglądaliśmy się wokół lub patrzyliśmy na siebie bez słowa. Bo czasem naprawdę nie trzeba wszystkiego komentować
Gdy chwilę odsapnęliśmy, nacieszyliśmy się ciszą, wdrapaliśmy się po ponad 170 schodach na 40-metrową wieżę z tarasem widokowym:



Wróciliśmy około 19, samej jazdy mieliśmy ponad 3h. Zjazd był, rzecz jasna trudniejszy, niż wjazd. Cały czas na hamulcu, z napiętymi łydkami, które później, już na płaskim, drżały, nie chcąc się uspokoić, aż do domu. Uda czułam jeszcze następnego dnia, więc trening był to porządny. Ale to oczywiście same pozytywne strony. Znacie mnie na tyle, że wiecie, ze lubimy solidny wycisk, więc niedzielna przejażdżka wokół Malty nie dałaby nam żadnej satysfakcji.

Po takim treningu piwo smakuje najlepiej, a jaki sen jest mocny! 





wtorek, 30 sierpnia 2016

Addio pomidory

Właściwie od miesiąca żywię się głównie pomidorami. Nie tylko za sprawą moich ukochanych lim, ale również dlatego, że zostałam ostatnio obdarowana przez znajomych z pracy. 

Uwielbiam to, taką wymianę życzliwości, która polega na sprawianiu sobie przyjemności, sprawiając tę przyjemność innym. Do you know what I mean? Dajesz komuś pomidory, wiedząc, jak bardzo się ucieszy i jesteś szczęśliwy, że się udało, że są smaczne. Albo on Tobie daje słoik hummusu i cieszy się, że Ci smakuje.



Miałam dostać kilka pomidorów "na spróbę", a przywieźli chyba z 3 kg. 
Jedliśmy je ponad 2 tygodnie :) Ale nie były to męczarnie i żadne z nas nie marudziło.
Bardzo, bardzo dobre, no i jak to "swoim", czy działkowym, wiele nie trzeba. Ja dodałam szczypiorek, chlust (albo dwa!) oliwy, sól, pieprz i jeszcze jakaś resztka kiełków jeszcze się zaplątała. Do tego domowy chleb żytni i drugie śniadanie jest idealne. 

Takie skromne posiłki (bez mozzarelli czy innych życio-umilaczy) zresztą mi nie zaszkodzą, bo zaczęłam właśnie (który to już raz?!) moją mini redukcję. Ale o tym kiedy indziej.

Jeszcze za wcześnie, by się z nimi żegnać, ale utwór towarzyszy mi co roku, we wrześniu :)






czwartek, 25 sierpnia 2016

Rowerowo - Puszczykowo

Świąteczny poniedziałek 15. tego miesiąca poświęciliśmy znowu rowerom. Tym razem tylko we dwoje.
Przejechaliśmy tego dnia 55 km, w większości (nie przesadzę pisząc o 80%) po leśnych ścieżkach. Wszystko to Niebieskim Nadwarciańskim Szlakiem Rowerowym. Przez Luboń dojechaliśmy do Puszczykowa. Luboń jaki jest, wiemy, ale byliśmy od jego najgorszej strony, niestety, mając wrażenie, że trafiliśmy do jakiejś zabitej dechami wioski. 

Ze względu na weekend, ludzi było sporo po drodze, ale niespecjalnie nam to przeszkadzało. Jaki może być cel na tej trasie? Oczywiście tylko jeden, czyli lody w Puszczykowie (ewentualnie muzeum A. Fiedlera, które już jednak kiedyś zwiedziliśmy). Tradycyjnie była długa kolejka i tradycyjnie lody rozczarowały. Kawa również, więc po przejechaniu zaledwie 2km zatrzymaliśmy się ponownie i zjedliśmy focaccię, którą Michał bardzo lubi robić na wypady rowerowe. Tak, mąka, drożdże, dużo oliwy, czego tu nie lubić?!





Wiedzieliśmy gdzie jechać tylko dlatego, że Michał tam kiedyś biegał, bo oznaczenie trasy pozostawia wiele do życzenia... Może gdyby było wszystko lepiej i wyraźniej opisane, więcej ludzi jeździłoby tam rowerami? 
Czasem niewiele trzeba, by zachęcić ludzi do aktywności w weekend. Choć i tak mnóstwo ludzi woli aktywniej spędzać weekendy, więc widać w lesie ruch - rowerowy i biegowy. To bardzo cieszy oko, bo takie działania zaprocentują i kiedyś będziemy mieć zdrowsze społeczeństwo. Naiwnie w to wierzę. I w ludzi.

Wracam do celebrowania ostatnich wspólnych dni urlopu. Przyjemności!