Od rodziców zazwyczaj wracamy w soboty ok 22, dopieszczamy opuszczone na 1 noc koty, oglądamy 1 odcinek serialu (teraz na tapecie Mad Mana mamy), rozmawiamy o
tym, jak naszym zdaniem czuje się mama w tym tygodniu.
Wczoraj po Mad Manie Michał "Jeszcze 1 odcinek? Chyba nie, bo już jest 23:00,
idziemy spać, mhm?". Tak, sobota przed północą, a my wykończeni. Tak już mamy, ale nic nie dzieje się bez powodu: Michał ma bardzo intensywne traithlonowe treningi, a i ja ostatnio nie odpuszczam, choć nieporównywalnie mniej od niego. Jedynie joga 3 razy w tygodniu
i 3 razy w tygodniu fittnes typu Chodakowska czy podobne. Wciąż nie mogę się zebrać do biegania, bo patrząc na buty biegowe, myślę bez przerwy o tacie.
Na obiad dziś zrobiłam dziś risotto z owocami morza, a do kawy upiekłam idealne ciasto rabarbarowe z cynamonową kruszonką. Lubię niedziele.
niedziela, 11 maja 2014
niedziela, 4 maja 2014
Damn fine cup of coffee!
![]() |
| Rzeżucha |
![]() |
| Kolendra |
Skończyliśmy oglądać "Twin Peaks", czyli powrót do wczesnych lat licealnych. Śniło nam się czasem, wracaliśmy do niektórych odcinków w ciągu dnia, wołałam do Michała "Cooooop!" i ... będzie mi teraz brakowało Coopera, Andyego i reszty. Dobrze się to po latach oglądało, chyba bardziej przerażał, niż kiedyś.
Za dzieciaka człowiek jest taki nieświadomy... i taki szczęśliwy. Teraz pewnie czas na kolejny sezon "Mad mena", bo zbyt długą przerwę zrobiliśmy. W ostatnich miesiącach łatwiej "wchodzą" nam seriale niż filmy.
Niedziele często kończymy guacamole, dziś nie będzie inaczej. W końcu ze świeżą kolendrą, która dojrzała na tyle, że coś można oberwać. Kolejna już rośnie w doniczce obok (już po pikowaniu), ale o ziołach wkrótce, muszę wszystko zebrać i sfotografować. A może będę dawkować? Bo się nigdy nie zabiorę, jak z opowieścią o Bieszczadach...
Rzeżucha odbiła po ostatnim oberwaniu, więc też można dorzucić do sałatki na jutrzejsze śniadanie w pracy. Mam zajęcie- jest lepiej, idzie lato, czuję to. To tylko chwilowe ochłodzenie, uwierzcie. Idzie lepsze, musi w końcu przyjść.
![]() |
| Grilowany łosoś, kasza gryczana i fasolka |
Jeszcze dzisiejszy instagram, tzn obiad. Nie ma niedzieli bez ryby u nas, a w tygodniu też musi być. I wcale nie zastępujemy nimi mięsa, którego tak niewiele jemy (indyk raz w tygodniu), po prostu ryby bardzo lubimy i zawsze je jedliśmy. A jeśli chodzi o mięso... Zabieram się w końcu za Foera "Zjadanie zwierząt" i coś czuję, że indyka już nie będzie w przyszłym tygodniu... Cóż, jakoś mi tego nie żal.
Miłego tygodnia!
wtorek, 22 kwietnia 2014
Uzupełnienie
do wczorajszego wpisu.
30 minut po zakończeniu biegu...
w drodze do domu, obie wykończone i zamyślone, ale po chwili refleksji mama postanowiła pokazać, że jest dumna i szczęśliwa, bo się udało:
I dalej już Raj z Asią i Aleną, której nie mamy na zdjęciach (skandal!)
30 minut po zakończeniu biegu...
w drodze do domu, obie wykończone i zamyślone, ale po chwili refleksji mama postanowiła pokazać, że jest dumna i szczęśliwa, bo się udało:
I dalej już Raj z Asią i Aleną, której nie mamy na zdjęciach (skandal!)
poniedziałek, 21 kwietnia 2014
Staram się. Chlebek bananowy.
Bardzo się staram wrócić do normalności. Więcej udaję,
ale uwierzcie, że nie mam specjalnie wyjścia - mama jest w bardzo kiepskim stanie.
Dwa tygodnie temu (a może 3? tracę poczucie czasu) były
u nas Asia i Alena, dwie cudowne istoty, mieszkające we Wrocławiu. Wpadają przy okazji zawodów, tym razem przyjechały, by nas wspierać. Niezwykle to było pokrzepiające. Dobrze, że są. A kiedy ich nie ma, tęsknimy
i czekamy na kolejne spotkanie. Bardzo dużo o nich myślimy i wspominamy dość często.
Mama pobiegła ten półmaraton, dla Taty, bo miała biec z nim, oboje się zapisali.
Z bolącym achillesem, którego w punkcie medycznym jej zamrozili i skaczącym tętnem, udało się. Bałam się okrutnie, bo ratownicy nie chcieli jej puścić (raz miała tętno 48, po 2 minutach 68...), ale widziałam, jakie to dla niej ważne, dlatego obiecałam im, że nie spuszczę mamy z oka. Przez całą trasę towarzyszyłam jej na rowerze. Bardzo trudne zawody to były dla nas wszystkich. Matka męża kuzynki zrobiła opaski na ramię dla startujących, Michał ją założył. A po biegu, oddał mamie medal, za tatę.
Mama się u nas wykąpała, zjadła, zdrzemnęła trochę i pojechała do domu, a my z dziewczynami wybraliśmy się do Raju, w którym akurat odbywało się Święto Pizzy. Doskonała, jak we Włoszech, są naprawdę bezbłędni. Dzień wcześniej byliśmy obok,
w Ruinie, na kawie i serniku.
Zapisałam się na jogę,
ale będzie o tym osobny post, jak się zbiorę znowu. Po raz kolejny się w coś wkręciłam
i ...skręciłam znowu kostkę. Tym razem nie odpuszczę, mam skierowanie do ortopedy. Torebka stawowa w lewej stopie musi być bardzo uszkodzona, skoro stało się to po raz 3. dlatego niezbędna będzie fizykoterapia. Boję
się jedynie terminów... I chyba jednak zrobię USG.
Śmierć Taty zbiegła się z końcem remontu kuchni u nas, jednak nie miałam absolutnie żadnej motywacji, by cokolwiek robić, dlatego piekarnik ponad miesiąc był nieużywany. Ale pora wziąć się w garść. Chlebek bananowy, wegański zresztą, to miły przerywnik w pracy. Dla dwóch osób,
na dwa dni. Przepis z gdańskiego truskawkowego bloga.
OWSIANY CHLEBEK (KEKS) BANANOWY
1 1/4 filiżanki (= cup, ja filiżankę robię z 3/4 szklanki) zwykłej mąki
1/2 filiżanki brązowego cukru
1/2 łyżeczki soli
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1 łyżeczka cynamonu
3 łyżeczki oleju słonecznikowego
2 jajka
3 duże dojrzałe banany
1 filiżanka płatków owsianych (mogą być błyskawiczne)
W dużej misce mieszam suche składniki (sól, proszek do pieczenia, cynamon, mąkę, cukier, płatki).
W mniejszej misce ugniatam na papkę obrane ze skórki banany. Dodaję do nich dwa żółtka i olej, mieszam. Białka ubijam na sztywno w oddzielnej misce.
Do suchych składników dodaję banany, mieszam (masa na razie miesza się ciężko). Następnie dodaję do masy pianę z białek i delikatnie acz dokładnie (i szybko) mieszam składniki. Wlewam masę do natłuszczonej keksówki. Piekę w 180 stopniach C., przez ok. 45-50 minut.
Więcej czytam ostatnio. Tego też przez jakiś czas nie mogłam, a teraz pomaga. Uciekam więc dzisiaj w Eco. A Michał obiecał na wieczór guacamole i Twin Peaks.
I tak jakoś do przodu się staramy... Od weekendu, do weekendu, każdy z mamą. Tak jest lepiej.
ps. EDIT: a gdzie wegański, jak z jajkami?! Musicie mi wybaczyć, pisałam tuż po zjedzeniu pasztetu z soczewicy, który był jak najbardziej wegański ;)
ale uwierzcie, że nie mam specjalnie wyjścia - mama jest w bardzo kiepskim stanie.
Dwa tygodnie temu (a może 3? tracę poczucie czasu) były
u nas Asia i Alena, dwie cudowne istoty, mieszkające we Wrocławiu. Wpadają przy okazji zawodów, tym razem przyjechały, by nas wspierać. Niezwykle to było pokrzepiające. Dobrze, że są. A kiedy ich nie ma, tęsknimy
i czekamy na kolejne spotkanie. Bardzo dużo o nich myślimy i wspominamy dość często.
Mama pobiegła ten półmaraton, dla Taty, bo miała biec z nim, oboje się zapisali.
Z bolącym achillesem, którego w punkcie medycznym jej zamrozili i skaczącym tętnem, udało się. Bałam się okrutnie, bo ratownicy nie chcieli jej puścić (raz miała tętno 48, po 2 minutach 68...), ale widziałam, jakie to dla niej ważne, dlatego obiecałam im, że nie spuszczę mamy z oka. Przez całą trasę towarzyszyłam jej na rowerze. Bardzo trudne zawody to były dla nas wszystkich. Matka męża kuzynki zrobiła opaski na ramię dla startujących, Michał ją założył. A po biegu, oddał mamie medal, za tatę.
Mama się u nas wykąpała, zjadła, zdrzemnęła trochę i pojechała do domu, a my z dziewczynami wybraliśmy się do Raju, w którym akurat odbywało się Święto Pizzy. Doskonała, jak we Włoszech, są naprawdę bezbłędni. Dzień wcześniej byliśmy obok,
w Ruinie, na kawie i serniku.
Zapisałam się na jogę, ale będzie o tym osobny post, jak się zbiorę znowu. Po raz kolejny się w coś wkręciłam
i ...skręciłam znowu kostkę. Tym razem nie odpuszczę, mam skierowanie do ortopedy. Torebka stawowa w lewej stopie musi być bardzo uszkodzona, skoro stało się to po raz 3. dlatego niezbędna będzie fizykoterapia. Boję
się jedynie terminów... I chyba jednak zrobię USG.
Śmierć Taty zbiegła się z końcem remontu kuchni u nas, jednak nie miałam absolutnie żadnej motywacji, by cokolwiek robić, dlatego piekarnik ponad miesiąc był nieużywany. Ale pora wziąć się w garść. Chlebek bananowy, wegański zresztą, to miły przerywnik w pracy. Dla dwóch osób,
na dwa dni. Przepis z gdańskiego truskawkowego bloga.
OWSIANY CHLEBEK (KEKS) BANANOWY
1 1/4 filiżanki (= cup, ja filiżankę robię z 3/4 szklanki) zwykłej mąki
1/2 filiżanki brązowego cukru
1/2 łyżeczki soli
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1 łyżeczka cynamonu
3 łyżeczki oleju słonecznikowego
2 jajka
3 duże dojrzałe banany
1 filiżanka płatków owsianych (mogą być błyskawiczne)
W dużej misce mieszam suche składniki (sól, proszek do pieczenia, cynamon, mąkę, cukier, płatki).
W mniejszej misce ugniatam na papkę obrane ze skórki banany. Dodaję do nich dwa żółtka i olej, mieszam. Białka ubijam na sztywno w oddzielnej misce.
Do suchych składników dodaję banany, mieszam (masa na razie miesza się ciężko). Następnie dodaję do masy pianę z białek i delikatnie acz dokładnie (i szybko) mieszam składniki. Wlewam masę do natłuszczonej keksówki. Piekę w 180 stopniach C., przez ok. 45-50 minut.
Więcej czytam ostatnio. Tego też przez jakiś czas nie mogłam, a teraz pomaga. Uciekam więc dzisiaj w Eco. A Michał obiecał na wieczór guacamole i Twin Peaks.
I tak jakoś do przodu się staramy... Od weekendu, do weekendu, każdy z mamą. Tak jest lepiej.
ps. EDIT: a gdzie wegański, jak z jajkami?! Musicie mi wybaczyć, pisałam tuż po zjedzeniu pasztetu z soczewicy, który był jak najbardziej wegański ;)
poniedziałek, 17 marca 2014
Trochę za wcześnie, Tato...
Tak długo się zbierałam, żeby napisać ten post, naprawdę sporo napisałam i oczywiście skasowało, wyrzuciło mnie, kiedy publikowałam...
Mój tata zmarł 23.02.
Nagle, zupełnie niespodziewanie.
Gdy dojechałam z Michałem do domu rodziców, jeszcze go reanimowali, całą godzinę (wcześniej moja mama, do przyjazdu karetki), ani na sekundę nie drgnęło tętno. Nikomu nie dał szans. A my tylko patrzyliśmy.
64 lata, miał żyć 110 lat - nigdy nie chorował. Mors, maratończyk, kiedyś nawet triatlonista. Mam niespełna 30 lat i raz w życiu słyszałam, że ojciec kaszle, był wtedy 3 dni chory, jeden jedyny raz. Do dziś pamiętam swoje przerażenie na widok bezsilności ojca, który leżał kilka dni pod kocem, tak to niecodzienne było... Drugi raz to poczułam trzy tygodnie temu, gdy tata leżał pod kocem w salonie, a my czekaliśmy na zakład pogrzebowy.
Często chodził do lekarza, badał się bardzo regularnie, bo powtarzał, że profilaktyka jest najważniejsza. Był zdrowy. I zdrowy umarł, jak powiedział lekarz rodzinny. Na zawał, zator, nie wiemy do końca, jeden pies. A miał zdrowe serce! Badał je ostatnio 2 lata temu, wszystko było ok. Był stawiany wszędzie za wzór zdrowia.
Tata kochał sport, co niedziela morsował w Kiekrzu, zdrowo się odżywiał, a zabił go długoletni stres, związany z firmą. Są tak zwariowane czasy, tak bardzo wszyscy jesteśmy byle czym podminowani. Teraz, bardziej niż kiedykolwiek, wiem, że naprawdę nie warto.
Od śmierci taty jestem bardzo spokojna, ale nie wiem, czy to zamułka, która minie, bo przecież tak od razu nie wrzuciłabym na luz, prawda? Boję się tego momentu, kiedy minie ta zamułka i jednoczesna adrenalina - codziennie załatwiam milion rzeczy związanych z mamą i tatą, na bankach zaczynając, a na prawnikach kończąc. Bo przecież nie mama. Cieszę się, że mogę jej pomóc,a jednocześnie mam zajęcie.
Tak wielu rzeczy nie zdążyliśmy zrobić: dać mu wnuka, wystartować wspólnie
w maratonie, wrócić do Rzymu... A teraz wszystko szlag trafił. Dosłownie wszystko.
Na szczęście mam Michała, a weekendy spędzamy u rodziców (czy już zawsze tak będę mówić?), z mamą i babcią, wszyscy siebie nawzajem potrzebujemy.
Wrzucam zdjęcie z maratończyk.pl. To był nasz rodzinny debiut w półmaratonie, w 2011 roku - biegliśmy wtedy z tatą, mamą i Michałem. Dla wszystkich pierwszy raz.
Fajnie było.
Wybaczcie ten chaos, ale musiałam siebie kilka rzeczy wyrzucić. Tak cholernie mi go brakuje... Tych codziennych lub prawie codziennych, 2-3 minutowych rozmów telefonicznych...
Nie wiem, jak często tu będę, w jakiej formie. Muszę się trochę pozbierać, a dopiero zaczynam wracać do codziennych, regularnych czynności.
![]() |
| Tata na mecie |
Mój tata zmarł 23.02.
Nagle, zupełnie niespodziewanie.
Gdy dojechałam z Michałem do domu rodziców, jeszcze go reanimowali, całą godzinę (wcześniej moja mama, do przyjazdu karetki), ani na sekundę nie drgnęło tętno. Nikomu nie dał szans. A my tylko patrzyliśmy.
64 lata, miał żyć 110 lat - nigdy nie chorował. Mors, maratończyk, kiedyś nawet triatlonista. Mam niespełna 30 lat i raz w życiu słyszałam, że ojciec kaszle, był wtedy 3 dni chory, jeden jedyny raz. Do dziś pamiętam swoje przerażenie na widok bezsilności ojca, który leżał kilka dni pod kocem, tak to niecodzienne było... Drugi raz to poczułam trzy tygodnie temu, gdy tata leżał pod kocem w salonie, a my czekaliśmy na zakład pogrzebowy.
Często chodził do lekarza, badał się bardzo regularnie, bo powtarzał, że profilaktyka jest najważniejsza. Był zdrowy. I zdrowy umarł, jak powiedział lekarz rodzinny. Na zawał, zator, nie wiemy do końca, jeden pies. A miał zdrowe serce! Badał je ostatnio 2 lata temu, wszystko było ok. Był stawiany wszędzie za wzór zdrowia.
Tata kochał sport, co niedziela morsował w Kiekrzu, zdrowo się odżywiał, a zabił go długoletni stres, związany z firmą. Są tak zwariowane czasy, tak bardzo wszyscy jesteśmy byle czym podminowani. Teraz, bardziej niż kiedykolwiek, wiem, że naprawdę nie warto.
Od śmierci taty jestem bardzo spokojna, ale nie wiem, czy to zamułka, która minie, bo przecież tak od razu nie wrzuciłabym na luz, prawda? Boję się tego momentu, kiedy minie ta zamułka i jednoczesna adrenalina - codziennie załatwiam milion rzeczy związanych z mamą i tatą, na bankach zaczynając, a na prawnikach kończąc. Bo przecież nie mama. Cieszę się, że mogę jej pomóc,a jednocześnie mam zajęcie.
Tak wielu rzeczy nie zdążyliśmy zrobić: dać mu wnuka, wystartować wspólnie
w maratonie, wrócić do Rzymu... A teraz wszystko szlag trafił. Dosłownie wszystko.
Na szczęście mam Michała, a weekendy spędzamy u rodziców (czy już zawsze tak będę mówić?), z mamą i babcią, wszyscy siebie nawzajem potrzebujemy.
Wrzucam zdjęcie z maratończyk.pl. To był nasz rodzinny debiut w półmaratonie, w 2011 roku - biegliśmy wtedy z tatą, mamą i Michałem. Dla wszystkich pierwszy raz.
Fajnie było.
Wybaczcie ten chaos, ale musiałam siebie kilka rzeczy wyrzucić. Tak cholernie mi go brakuje... Tych codziennych lub prawie codziennych, 2-3 minutowych rozmów telefonicznych...
Nie wiem, jak często tu będę, w jakiej formie. Muszę się trochę pozbierać, a dopiero zaczynam wracać do codziennych, regularnych czynności.
poniedziałek, 17 lutego 2014
Giornata mondiale del gatto
Dziś Międzynarodowy Dzień Kota.
Bajka i Joker pozdrawiają!
Kochajcie sierściuchy! Wspierajcie Agape Animali lub inne organizacje, które pomagają bezdomnym zwierzętom, naprawdę warto!
niedziela, 16 lutego 2014
O kuchnia!
Remont miał trwać tydzień, pomyślałam, że pewnie przedłuży się do 2 tygodni.
Minęły 4 i wróciłam do domu. Jak dobrze ;) Szkoda jednak, że remont wciąż trwa...
Ale tak to jest, jak trzeba oszczędzać i wiele rzeczy robić samemu, jednocześnie chodząc do pracy.
Tniemy, na czym się da.
Od wczoraj mamy kuchnię, dzisiaj Michał zakładał fronty, jest pięknie, chociaż dopiero połowa za nami. W piątek mieliśmy robić podłogę w sypialni, ale wszystko nam
się przesunęło... Trudno, będziemy w tygodniu dłubać, po pracy.
Jak cudownie mieć znowu blat! Na osłodę, że wszystko trwa dłużej, niż sobie wymyśliłam, Michał kupił mi dziś talerz. Prawda, że piękny?
♥ Ikea.
Minęły 4 i wróciłam do domu. Jak dobrze ;) Szkoda jednak, że remont wciąż trwa...
Ale tak to jest, jak trzeba oszczędzać i wiele rzeczy robić samemu, jednocześnie chodząc do pracy.
Tniemy, na czym się da.
Od wczoraj mamy kuchnię, dzisiaj Michał zakładał fronty, jest pięknie, chociaż dopiero połowa za nami. W piątek mieliśmy robić podłogę w sypialni, ale wszystko nam
się przesunęło... Trudno, będziemy w tygodniu dłubać, po pracy.
Jak cudownie mieć znowu blat! Na osłodę, że wszystko trwa dłużej, niż sobie wymyśliłam, Michał kupił mi dziś talerz. Prawda, że piękny?
♥ Ikea.
niedziela, 19 stycznia 2014
Bułeczki orkiszowe, remont mode on
![]() |
| Bułeczki orkiszowe |
Robiłam ostatnio pierwszy raz bułeczki orkiszowe. Wyszły przepyszne, ale nie urosły, macie jakiś pomysł, dlaczego?
Niestety nie miałam mąki orkiszowej, ale znalazł się orkisz, który kupiłam miesiąc wcześniej z zamiarem gotowania go podobnie jak kaszy. Orkisz zmieliliśmy w młynku
do kawy. Nie był tak zmielony jak powinien, ale chyba nie to było powodem braku wyrośnięcia. Problem raczej był w zaczynie, bo z drożdżami zawsze trochę walczę...
Nie poddaję się i na pewno następnym razem wyjdą ;)
Przepis od Bistro Mamy.
BUŁECZKI ORKISZOWE
500 g mąki orkiszowej pełnoziarnistej
250 ml wody
40 g drożdży
4-5 łyżek oliwy z oliwek lub oleju
1 łyżeczka cukru
1 łyżeczka soli
1 jajko do posmarowania
ziarna do posypania (np. sezam, dynia, słonecznik, mak, czarnuszka)
Z drożdży, ciepłej wody, cukru i łyżki mąki robimy rozczyn. Odstawiamy
na 15 minut w ciepłe miejsce do wyrośnięcia. Na stolnicę wysypujemy
mąkę, dodajemy oliwę lub olej oraz sól i wyrabiamy kilka minut, aż
ciasto będzie jędrne i gładkie. Odstawiamy w plastikowej misce
przykrytej ściereczką do wyrośnięcia na kolejne 15 minut.
Ciasto dzielimy na tyle części, ile bułek chcemy upiec (6 większych lub
10 mniejszych). Formujemy w rękach bułki, odkładamy na blachę wyłożoną
papierem, smarujemy roztrzepanym jajkiem i posypujemy ziarnami (ja dałam sezam).
Odstawiamy na 10-15 minut. Piekarnik rozgrzewamy do 190 stopni.
Bułki
pieczemy ok. 25 minut.
A następnego dnia jest lansik w pracy ;)
Ledwo się rozpakowaliśmy, a już musieliśmy się pakować... Przesuwany z różnych względów remont zaczyna się już jutro. Z powodu astmy i alergii, przenoszę się do babci, a Michał zostaje tak długo jak się da i będzie trochę panom pomagał, a trochę czuwał,
a potem dołączy do mnie. Ja w masce będę zaglądać po pracy, żeby np uspokoić koty
i zobaczyć postępy.
Nie wiem, czy remont to nie słowo na wyrost, bo chwilowo robimy tylko kuchnię
i sypialnię. Przebrzydły i nijaki salon, mały pokój, boazeryjny korytarz oraz okropna łazienka muszą poczekać na lepsze czasy, bo długo nas na nic więcej nie będzie stać.
I tak cieszymy się, że możemy zrobić cokolwiek... Może uda się napisać coś za tydzień.
Miłego tygodnia!
sobota, 18 stycznia 2014
Blue Jasmine i Frances Ha - filmy wybitne
Rok 2013 zakończyliśmy filmowo.
W ostatnią niedzielę roku byliśmy na "Blue Jasmine" w Kinie Charlie Monroe. Na stronie internetowej jest informacja, że seans jest z cyklu "Seans pod koziołkami" i bilety z tej okazji kosztują 12zł. Pan poprosił o 32zł, zapłaciłam, a następnie zapytałam, dlaczego w internecie jest informacja o tańszych biletach. Pan powiedział, że ktoś się pospieszył, uśmiechnął się i obiecał, że da nam dużą zniżkę, gdy przyjdziemy kolejnym razem. Podziękowałam, a on stwierdził "W sumie to inaczej rozwiążemy, książka dla Was" i dał nam Eco!!! Żeby było śmieszniej, to czytałam w zeszłym roku Zapiski I i II! Czyż nie warto rozmawiać? :) Sam film oceniam bardzo wysoko, grę aktorską również i tu obstawiam oscara dla mojej ukochanej Cate Blanchett. Jak można TAK dobrze zagrać? Aż nierealne. Doskonały, choć niesamowicie smutny. Do czego prowadzą kłamstwa, intrygi i jak daleko można zajść w nich, tylko po to, by liczyć po cichu, że się uda i dalej będziemy prowadzić takie fajne życie, w luksusach, z bogatymi znajomymi itd. Woody Allen znowu w formie! Długo się myśli po tym filmie, zapewniam.
![]() |
| Frances Ha. Żródło |
W sylwestrowy wtorek natomiast byliśmy o 17:30 (w tym samym kinie) na "Frances Ha" i był to najlepszy film, jaki widzieliśmy w 2013 roku. Zabawny, choć było mi przykro, że nie wszystko układa się po myśli Frances, no ale tak jest przecież w życiu. To cudowna opowieść o młodych, ambitnych (ale nie tak ambitnych, jak 25-latkowie 10 lat temu) ludziach, którzy szukają pomysłu na swoje życie. Chciałabym mieć tyle odwagi, co ona. Cudowny film, tak napawający optymizmem, że po wyjściu z kina oboje długo się śmialiśmy. Poza tym kreacje aktorskie świetne (doskonała Greta Gerwig!!!), a scenariusz genialny!
Po powrocie do domu pograliśmy w scrabble, obejrzeliśmy kilka odcinków "Miasteczka Twin Peaks", które cieszy i wciąga jak przed laty, zjedliśmy kilka dobrych rzeczy i zasnęliśmy i tak dość późno, uważam, bo po 2. Nie lubię sylwestra, a w tym roku nie miałam ochoty na świętowanie wyjątkowo, dlatego wolałam zostać w domu. Mam nadzieję, że ci, którzy nas zaprosili, zrozumieją i wybaczą.
poniedziałek, 6 stycznia 2014
Pizza Margherita - idealna na weekendowy obiad
Palec coraz lepszy, więc i ja lepsza, bo samodzielniejsza.
Wróciłam do ruchu, którego mi potwornie brakowało, przybyło kilka kilogramów,
ale najbardziej wkurza, ze taka sflaczała jestem, taka bez ruchu właśnie.
...Dobra, tak naprawdę głównym powodem jest to, że się dziś zważyłam i zmierzyłam. Jest tak jak rok temu. A było całkiem fajnie w czerwcu. Wszystko jest oczywiście konsekwencją najpierw kontuzji, a potem chorób i wypadków typu palec,
ale już dość tego.
Ponownie więc robię 3 razy w tygodniu pilates, ale ten, z youtuba. Dorzucałam trochę squatów i innych ćwiczeń na rozruch jakiś czas, ostatnio nawet miałam krótki marszobieg, ale szybko wróciłam z powodu bólu piszczeli.
A wczoraj najpierw kilka ćwiczeń z jogi, potem Turbo z Chodakowską (jak dobrze
się zmęczyć, że aż pot i łzy i w końcu poczułam ból mięśni - żyję!), ale nie mogę całego, więc oszczędzałam się, a dlaczego, o tym za jakiś czas. Także zrobiłam 70% Turbo, następnie wspomnianą sesję pilatesu (polecam, bardzo przyjemny filmik)
i długie rozciąganie. Piękna godzina mi wyszła ćwiczeń.
Kilkukilometrowego spaceru z Michałem już nie doliczam, bo powoli staje się niemal codzienną tradycją.
Dziś dla przykładu spędziliśmy całą godzinę w lesie, było cudownie:
słonecznie, bezwietrznie.
Czy należy mi się pizza? ;)
PIZZA MARGHERITA (wychodzą nam dwie mniejsze z tego przepisu) wg Adamczewskiego
50g drożdży
płaska łyżeczka cukru
niepełna szklanka letniej wody
4 szklanki mąki
Połączyć drożdże, cukier, wodę, dodać łyżkę mąki. Wymieszać i odstawić na około 30 minut do wyrośnięcia.
Następnie dodać pozostałą mąkę i wyrabiać ciasto około 15 minut - do chwili,
gdy ciasto będzie się odklejało od naszych rąk. Gdyby było za twarde, możecie dodać trochę ciepłej wody (prawie zawsze to robimy).
Wyrobione, posypcie odrobiną mąki i odstawcie na 2 godziny.
Gdy już wyrośnie, możecie podzielić na 2 części i jeśli nie robicie od razu pizzy, zawinąć w folię i włożyć do lodówki nawet na kilka godzin.
Adamczewski następnie mówi wyraźnie o tym, by nie wałkować ciasta, ale my to zawsze robimy ;)
Nasz sos jest bardzo prosty i niemal zawsze taki sam: puszka pomidorów + pół szklanki domowego przecieru (kto nie ma, może użyć passaty), ugotować z 1-2 ząbkami czosnku, doprawić solą, pieprzem, oregano i bazylią .
Smarujemy pizzę sosem, układamy plastry mozzarelli, skrapiamy oliwą z oliwek
i do pieca na 15-20 minut w temperaturze 220-200 stopni. I jest!
Po wyjęciu z pieca posypaliśmy ja rukolą.
Miłego tygodnia!
Ps. Dzisiaj mój debiut jeśli chodzi o bułki. Zmieliłam orkisz na mąkę i działam,
trzymajcie kciuki!
Wróciłam do ruchu, którego mi potwornie brakowało, przybyło kilka kilogramów,
ale najbardziej wkurza, ze taka sflaczała jestem, taka bez ruchu właśnie.
...Dobra, tak naprawdę głównym powodem jest to, że się dziś zważyłam i zmierzyłam. Jest tak jak rok temu. A było całkiem fajnie w czerwcu. Wszystko jest oczywiście konsekwencją najpierw kontuzji, a potem chorób i wypadków typu palec,
ale już dość tego.
Ponownie więc robię 3 razy w tygodniu pilates, ale ten, z youtuba. Dorzucałam trochę squatów i innych ćwiczeń na rozruch jakiś czas, ostatnio nawet miałam krótki marszobieg, ale szybko wróciłam z powodu bólu piszczeli.
A wczoraj najpierw kilka ćwiczeń z jogi, potem Turbo z Chodakowską (jak dobrze
się zmęczyć, że aż pot i łzy i w końcu poczułam ból mięśni - żyję!), ale nie mogę całego, więc oszczędzałam się, a dlaczego, o tym za jakiś czas. Także zrobiłam 70% Turbo, następnie wspomnianą sesję pilatesu (polecam, bardzo przyjemny filmik)
i długie rozciąganie. Piękna godzina mi wyszła ćwiczeń.
Kilkukilometrowego spaceru z Michałem już nie doliczam, bo powoli staje się niemal codzienną tradycją.
Dziś dla przykładu spędziliśmy całą godzinę w lesie, było cudownie:
słonecznie, bezwietrznie.
Czy należy mi się pizza? ;)
PIZZA MARGHERITA (wychodzą nam dwie mniejsze z tego przepisu) wg Adamczewskiego
50g drożdży
płaska łyżeczka cukru
niepełna szklanka letniej wody
4 szklanki mąki
Połączyć drożdże, cukier, wodę, dodać łyżkę mąki. Wymieszać i odstawić na około 30 minut do wyrośnięcia.
Następnie dodać pozostałą mąkę i wyrabiać ciasto około 15 minut - do chwili,
gdy ciasto będzie się odklejało od naszych rąk. Gdyby było za twarde, możecie dodać trochę ciepłej wody (prawie zawsze to robimy).
Wyrobione, posypcie odrobiną mąki i odstawcie na 2 godziny.
Gdy już wyrośnie, możecie podzielić na 2 części i jeśli nie robicie od razu pizzy, zawinąć w folię i włożyć do lodówki nawet na kilka godzin.
Adamczewski następnie mówi wyraźnie o tym, by nie wałkować ciasta, ale my to zawsze robimy ;)
Nasz sos jest bardzo prosty i niemal zawsze taki sam: puszka pomidorów + pół szklanki domowego przecieru (kto nie ma, może użyć passaty), ugotować z 1-2 ząbkami czosnku, doprawić solą, pieprzem, oregano i bazylią .
Smarujemy pizzę sosem, układamy plastry mozzarelli, skrapiamy oliwą z oliwek
i do pieca na 15-20 minut w temperaturze 220-200 stopni. I jest!
Po wyjęciu z pieca posypaliśmy ja rukolą.
Miłego tygodnia!
Ps. Dzisiaj mój debiut jeśli chodzi o bułki. Zmieliłam orkisz na mąkę i działam,
trzymajcie kciuki!
Subskrybuj:
Posty (Atom)



















