piątek, 31 października 2014

.

Co roku szukaliśmy razem grobu cioci Walentyny i co roku się z tego śmialiśmy, mówiąc, że za rok w internecie sprawdzimy miejsce, by nie tracić czasu.
I tak zawsze powtarzaliśmy, nigdy nie sprawdzając, oczywiście.


Co roku tata mówił, że wiosną przyjedzie na grób swojego ojca i zlikwiduje mech, odświeży trochę nagrobek, żeby było porządnie. I w ostatnich latach zaczynał to zdanie "Muszę wiosną...", a my się już śmiałyśmy i nie musiał tata kończyć nawet.


Jutro nie będziemy się śmiały z taty, który nie pamięta, gdzie leży ciocia Walentyna. 
I z tego, że wiosną trzeba zdjąć mech dziadkowi.
Znalazłam kwaterę cioci w internecie. A grób dziadka odświeżyłyśmy w lutym, chowając tatę.


Ciężki dzień przed nami.

niedziela, 26 października 2014

No to Pure!

Wczoraj znowu obudziłam się z bolącym gardłem. Od wtorku było dobrze, więc trochę się zdziwiłam, ale tylko trochę, bo mam wrażenie, że i tak wyzdrowieję ostatecznie w okolicach czerwca.
Postanowiłam zignorować takie objawy, jak ból gardła i katar (i tak mam go cały rok, więc można przyjąć, że jest alergiczny), no i proszę: dziś obudziłam się bez bólu gardła. Zjadłam owsianko-jaglankę, spakowałam się i po espresso pojechałam do Pure.

Lubię ten luz w klubie w sobotę czy niedzielę rano. Wszyscy są trochę spokojniejsi, niż w tygodniu wieczorem. Lepiej się ćwiczy, a potem wychodzę z galerii handlowej i obserwuję tylko rodziny z małymi dziećmi. Tak, cudowny sposób na wspólne spędzenie niedzieli. MacDonald's w centrum handlowym. Smutne. Ale to nie moje życie, nie moja sprawa.

Nie było mnie tam długo, więc postanowiłam nie szaleć. Miałam ćwiczyć ok 30-40 minut, prawie się udało, ale trochę przedłużałam rozciąganie, bo tak mi tam było dobrze... :) Ale nie szalałam, pot się nie lał strumieniami, tylko troszkę. Promise.

Kolejność ćwiczeń zachowałam i prezentuje się to następująco:

20 minut na rowerku stacjonarnym (8,5km)
20 minut na orbitreku
3x10 squat na bosu
2x30 sekund deska

Do tego duuużo rozciągania. Dobrze było wrócić, w końcu czuję, że żyję, czuję mięśnie (no cóż, jednak mam jakieś, skoro bolą) i kolejny tydzień już mam nadzieję, będzie "normalny", czyli wrócę na jogę, na zdrowy kręgosłup im zobaczymy, na co jeszcze ;) Obiecuję w tym pierwszym tygodniu nie szaleć jeszcze.

A bosu kocham! Taka to podstępna pół-piłka, która robi wszystko, żebym z niej spadła, przypominając tym samym, że najczęściej wystarczy napiąć mięśnie brzucha. Ćwiczenia z cyklu core są u mnie niezwykle ważne. Oczywiście mam na myśli problemy z kolanem, ale właściwie nie tylko. Więcej wkrótce.

Jestem tak naładowana energią po tym treningu, że nie mogę się przestać śmiać ;)


Bosu. Zdjęcie ze strony





sobota, 18 października 2014

Akcja pierogi - z dynią i wędzonym tofu

Uwielbiam pierogi, ha! Któż nie? Tak naprawdę sami robiliśmy je tylko 2 razy, z nadzieniem z twarogu i kaszy gryczanej, ale pieczone robiłam po raz pierwszy dopiero ostatnio. Przepis od Jadłonomii.

Pierogi z dynią i masłem migdałowym

Wykonanie ich wymaga czasu, ale mam na myśli oczekiwania, a nie kilkugodzinny zapieprz 
w kuchni. Bo trzeba upiec warzywa. Po ugnieceniu ciasta, trzeba mu dać 1,5h by odpoczęło i urosło.
Smak wynagradza wszystko, uwierzcie. Mimo, że nie okazały się idealnie, ale to szczegóły,
 które poprawię następnym razem: więcej soli do ciasta (dałam symbolicznie, a mogłam dać solidną łyżeczkę), no i samo ciasto mogłam rozwałkować naprawdę dużo cieniej, bo one jednak rosną 
w piekarniku.
Im cieńsze, tym smaczniejsze, oczywiście.
Za to farszu wyszło mi za dużo. W planach miałam zamrozić na kolejny raz, ale przez niedoprawione ciasto, wpadliśmy na pomysł, by pierogi maczać właśnie w farszu, co okazało się świetnym pomysłem.
Oczywiście dla Michała to była ledwie przekąska, ale zapewniam, że normalny człowiek spokojnie się naje taką porcją.

Tradycyjnie kupiłam więcej dyni i zamroziłam kolejną porcję puree na smutne zimowe dni.


Przymierzam się do zrobienia dużej porcji pierogów z nadzieniem z soczewicy. Lubię mieć takie rzeczy w zamrażalniku na tzw awaryjny obiad, gdy zamiast 30 minut, nie mogę na niego poświęcić więcej niż 15. Zdarza się i tak przecież.
Tak się złożyło, że od miesiąca mam w lodówce wędzone tofu, na które oboje nie mamy pomysłu. Ostatnio częściej zaglądam na Hello Morning i dzięki niej właśnie zrobiłam takie prawie ruskie. 
Farsz zrobiłam rano, a popołudniu wzięliśmy się za ciasto. I tak wyrobienie ciasta + nafaszerowanie + ugotowanie i zjedzenie zajęło nam dokładnie godzinę. Pierogów wcale tak mało nie wyszło, ale oczywiście pochłonęliśmy całość! Ciasto z tego przepisu jest doskonałe. Jedyna modyfikacja, to brak świeżej mięty. Serdecznie polecam ten przepis. Były absolutnie przepyszne - nie wiem nawet, kiedy je zjedliśmy!


Samych pierogów nie zdążyliśmy sfotografować...

Czy możecie mi życzyć dużo zdrowia? Dobiega końca trzeci tydzień, kiedy jestem chora.
 Poprzedni weekend był już bardzo dobry, czułam się świetnie, a w poniedziałek rano obudziłam się ponownie z bólem gardła. Nie mogłam iść znowu na zwolnienie, więc niestety chorowałam w pracy. 
Od czwartku gorączka (4.raz w życiu!), więc w piątek już wzięłam urlop. I dobrze. 
Pani doktor się załamała, widząc mnie po raz kolejny. Tym razem same witaminki, na odporność, syrop z cebuli. 
I leżeć. No to leżę. 
A w przerwach pierogi ruskie zrobiliśmy z Michałem, o.

Wracam do łóżka. Zamierzam wyzdrowieć ostatecznie i wrócić do treningów. Nawet się nie ważę, 
ani nie mierzę. Nie chcę wpaść w depresję.

 

wtorek, 14 października 2014

15. POZnań Maraton

Za nami piękny weekend, który obfitował w spotkania z niesamowitymi ludźmi. Było tak cudownie, 
że nie mamy żadnego zdjęcia z Kamilem, który wpadł do nas wieczorem w sobotę na przedstartowe pogaduchy, a w niedzielę rano do nas wrócił i razem pojechaliśmy na start biegu.

Z Marysią i Sebastianem ze Szczecina, których gościliśmy, też nie mamy zdjęcia! Nie było czasu, naprawdę! Nie wspominam o jedzeniu, które jedynie konsumowaliśmy, bo na dokumentację blogową też czasu nie wystarczyło... Zresztą, jakoś spotykając się z fajnymi ludźmi zawsze mam ten sam problem: zupełnie zapominam o robieniu zdjęć, nie do końca nadaję się do tych czasów, w których każda chwila z naszego życia jest fotografowana i wysyłana na instagram czy facebook.... 
Dzielę się i tak wieloma rzeczami, ale nie mam tyle refleksu, poza tym często mi się nie chce po prostu, nie chcę przerywać rozmowy, peszyć ludzi robieniem zdjęć. Ale to również "zasługa" Michała, który był zawsze nadwornym fotografem, dzięki czemu nigdy nie wyrobiłam sobie nawyku częstego pstrykania. Bądźmy szczerzy - nie mam też do tego ręki.


Kolejny maraton, który udało się Michałowi przebiec, też za nami. 3:46 to jego czas, ale sporo spacerował w trakcie, przed metą też trochę szedł, nie spiesząc się nic a nic, bo wiedział, 
że życiówki nie będzie, a od 10.km zmagał się z problemami żołądkowymi. 
Żałujemy, oczywiście, że żałujemy, bo tak dobrze jeszcze nigdy nie był przygotowany - bardzo solidnie przepracował biegowo miniony rok. Nie ma tego złego, wiosną jedziemy na maraton do Łodzi lub Warszawy. 

Sebastianowi ani Kamilowi też nie udało się pobiec według zamierzeń, stąd też brak jakichkolwiek zdjęć z mety. Nikt nie wyglądał szczególnie zachęcająco ani nie tryskał radością, więc nikt z nas też nie pomyślał o robieniu zdjęć. 
Chcieliśmy szybko wrócić do domu, zażyć krople żołądkowe i doprowadzić się do stanu używalności.
Michał biegł na pół gwizdka, bez spiny (nie mógł inaczej, a chciał mimo wszystko ukończyć), dlatego... w ogóle nie czuł, że przebiegł maraton. W poniedziałek tradycyjnie zrobił wybieganie po maratonie, ale narzekał, że bez sensu, bo i tak nie czuje w nogach tych 42km. 
Nie martwcie się, ja też nie rozumiem, jak można nie czuć, że dzień wcześniej przebiegło się maraton.

A ja? Hm, a ja jestem chora. Pogubiłam się już "znowu" czy "wciąż". Kilka dni było super, a wczoraj obudziłam się znowu z bolącym gardłem. Mam katar, gardło boli zupełnie inaczej i czuję się jak flak - to zupełnie inna infekcja. 
Ale trzeci tydzień na zwolnienie iść tak średnio, więc męczę się, piję gar zupy z zielonej soczewicy, doprawiam herbatą z imbirem, popołudnia spędzam, leżąc w łóżku w dresie i grubych skarpetach. 
I nie jeżdżę rowerem i nie chodzę na fitness. I cierpię.


wtorek, 7 października 2014

Będę gruba i szczęśliwa, czyli o dyniowych pancakes

Przecież ostatecznie to samo zdrowie, prawda? Nie zawierają cukru, za to mają puree dyniowe... Zapomnijmy na moment, że są smażone. Na tłuszczu. Po prostu zapomnijmy.

Bo...tak dobrze robią w chorobie, tak rozgrzewają, tak się potem głaszczę po brzuchu przez chwilę. 
I błogo mi.

Wczoraj miałam iść do lekarza, by udowodnić, że jestem zdrowa i w środę mogę wrócić do pracy. 
Ale obudziłam się z bólem gardła, znowu. Spojrzała mi tam pani doktor i powiedziała "Dziecko, masz ogień w gardle". Ogień to ja mam gdzie indziej, od tego leżenia, pomyślałam.
Do środy w domu, to jest absolutne minimum. Nawet się nie zająknęłam o treningach.


Zawsze biorę do pankejków sztućce, a potem i tak jem bez ich użycia. To fajne, bo łyżeczką nakładam dżem, a potem rozdzieram palcami każdy po kolei. Tak smakują najlepiej, jak pizza, tortilla i wiele innych rzeczy. Zawsze lubiłam jeść dłońmi... po prostu smakuje lepiej. Nic na to nie poradzę, ale nie martwcie się: staram się hamować w miejscach publicznych (oczywiście pizzy NIE WOLNO jeść sztućcami!) ;)

DYNIOWE PANKEJKI
 
1 szklanka mąki
1 solidna łyżeczka cynamonu
1 łyżeczka imbiru
1 płaska łyżeczka gałki muszkatołowej
1 łyżeczka sody
odrobina soli
szklanka jogurtu lub mleka
szklanka dyniowego puree
olej do smażenia

Wymieszać suche, wymieszać mokre, połączyć trzepaczką i smażyć

To porcja dla 1 osoby, niestety.



niedziela, 5 października 2014

Chia pudding z gruszką

Chia pudding

Jakiś czas temu kupiliśmy nasiona chia (inaczej to szałwia hiszpańska), na punkcie których świat oszalał w ostatnich 2 latach (Michał twierdzi, że to za sprawą książki "Urodzeni biegacze".). Słusznie, że oszalał, bo są niewiarygodnie zdrowe. 
Znajdziemy w nich kwasy Omega-3, Omega-6, błonnik, witaminy E, B1, wapń, fosfor, magnez, żelazo, wcale niemało białka.

Przepis jest banalny: 2 łyżki nasion zalewasz szklanką mleka i wstawiasz na noc do lodówki. 
Przez ten czas nasiona podwajają swoją objętość. Rano dodajesz owoce i już. Za każdym razem może być inny, zupełnie jak z owsianką. Bajka, co?
Bardzo dobre, tylko następnym razem użyję mleka roślinnego, myślę, ze będzie jeszcze smaczniejsze.

Michał był po treningu, przed którym zjadł banana, więc nie chciałam dawać rozgniecionego banana (bo taki miałam plan), znalazłam konferencję, którą pokroiłam i wrzuciłam do naszego puddingu. 
Już żałuję, że nie robiliśmy tego wcześniej, bo z malinami czy borówkami byłoby doskonałe! Ale tutaj nadadzą się jakiekolwiek owoce, wierzcie. 
Niektórzy słodzą ten pudding miodem lub syropem z agawy (tu weganie), ale moim zdaniem świeży owoc w zupełności wystarczy.  


FYI: jest lepiej, antybiotyk działa. Jest pięknie, słonecznie. Szkoda, że muszę leżeć.



czwartek, 2 października 2014

Zdrowieję...?

Bajka czuwa, ze mną

Plany były szerokie - w ciągu maksymalnie 3 dni zdrowieję, w czwartek już końcóweczka i może 
w piątek choć na chwilę na krótki trening?
Życie tradycyjnie zweryfikowało moje plany. Nie było nic lepiej, raczej bez zmian. Dziś wróciłam do lekarza, bo sorry, ale dziś już czwartek, do jutra mam zwolnienie, powinno mnie nosić, a gardło rano 
i wieczorem napieprza niemiłosiernie, głosu nie odzyskałam... No jak to tak można? Majkę już nosi.
Ropa, którą wczoraj czułam w ustach to nie były zwidy. Mam czopy ropne po lewej stronie. 
Zarażam i oczywiście dostałam antybiotyk. I zwolnienie będzie dłuższe, niż przewidywałam. 
Fuckin' great.


Dzielnie towarzyszą mi koty i Alice Munro. Rozpieprzają mnie jej opowiadania, za każdym razem, gdy czytam, prawie wszystkie. A poprzeczka jest wysoko, bo ostatnio przeczytałam Prousta i muszę przyznać, że po nim przez kilka dni nie czytałam nic. Serio. Całe życie odkładałam "W poszukiwaniu straconego czasu", bo byłam przekonana, że nie dźwignę. Jak tylko zaczęłam pierwszy tom, natychmiast pożałowałam, że tak późno. Piękna literatura, całkowicie mnie wchłonęła i nie wypuściła nawet po skończeniu. A to dopiero "W stronę Swanna" za mną, tyle przyjemności jeszcze mnie czeka z kolejnymi tomami!
 

Chętnie przyjmuję życzenia powrotu do zdrowia, naprawdę.


wtorek, 30 września 2014

Piernik dyniowy dobrym towarzyszem w czasie choroby

Tak bardzo się cieszyłam z piątkowych wyników badań, że niestety wieczorem wypowiedziałam tragiczne zaklęcie, dzwoniąc do mamy: "Idę na rekord, mamo, za chwilę będzie rok, jak jestem zdrowa". Nie udało się uzyskać życiówki, heh. W sobotę już czułam rano gardło, ale nie chciałam dopuścić do siebie myśli, że będzie mi coś więcej, niż chwilowe osłabienie. Całą niedzielę bolało, mniej lub bardziej, ale dziarsko uszykowałam kaszę jaglaną do pracy na dwa dni, przygotowałam ciuchy rowerowe... Gdy budzik zadzwonił o 5:15, wiedziałam, że odpadam, że czas na lekarza. Liczyłam, że uda się bez antybiotyków, jeśli szybko zareaguję. Na razie się udało. Tylko angina, 
ale nie pomogły negocjacje i cały tydzień mam być w domu. Cudownie.
Niedzielne ciasto ucierane ze śliwkami nie urosło, więc wczoraj, imieninowo dla Michała, upiekłam najzwyklejszego murzynka. A na obiad oprócz zupy dyniowej, której ugotowałam 8-litrowy garnek, racuchy od white plate. Co za rozpusta. Nie dość, że nie ćwiczę, to jeszcze co drugi dzień piekę ciasta. Po tym tygodniu będę miała co robić w Pure...
Zupę oczywiście zamrożę, zawsze robię właściwie każdej zupy za dużo i mrożę - za 2-3 tygodnie, gdy po pracy wypadnie nam np. kino, będziemy mieli szybką przekąskę, taki błyskawiczny obiad/kolację.
Murzynek nie wyrósł, dziś więc postanowiłam zrobić, krok po kroku, wg przepisu, zrobić piernik dyniowy. Od Bistro Mamy. Odpuściłam orzechy, których Michał chwilowo nie może jeść. Dyni dałam więcej (1,5 szklanki), cukru niecałe pół szklanki. I tyle z modyfikacji. Dla mnie za słodkie (dałabym maksymalnie 1/3 szklanki cukru), dla Michała idealne. To najważniejsze.


Ogłoszenie:

Och, tak mi się marzy dżem z zielonych pomidorów. Czy ktoś z Was wie, gdzie w Poznaniu je dostanę?
Czy już teraz w ogóle za późno?



niedziela, 28 września 2014

Uzależniam się...

...łatwo, przyznaję. Od pysznego jedzenia, od dobrych ludzi, od wielu innych rzeczy. Uzależniam się łatwo, bo mocno się angażuję - w związki, relację, nowe znajomości, nowe miejsca. Wchodzę we wszystko na maksa. Trzeba mnie tylko pilnować, by nie puściło, by nie uciekła motywacja. Bo często u mnie jest tak, że równie szybko odpuszcza, z różnych powodów, a potem wrócić jest ciężko. 
Jak nigdy czuję, że nie mogę teraz odpuścić, w związku z różnymi planami, o których opowiem,
 jak już zacznę wcielać je w życie.

W Pure jest fantastycznie! I niebezpiecznie blisko, bo tylko 2,5km od domu, więc wsiadam na rower 
i po chwili jestem. A klub jest czynny do 22:30, więc... sami widzicie, że uzależnić się łatwo.

Michał miał w tym tygodniu dość poważną akcję z dentystą, więc po pracy gotowałam papki dla niego, ścierałam jabłko, by mógł sobie przygotować ryż z jabłkiem (kupił jogurt owocowy, ale nasze żołądki i kubki smakowe już nie tolerują takich rzeczy - za słodkie, nie da się tym najeść), a potem jechałam do Pure. Ten tydzień był wyjątkowy, byłam tam sześć dni pod rząd, szybko tego chyba nie powtórzę, chociaż nie miałam nie wiadomo jakiego wycisku, bo większość zajęć miałam wciąż nie aerobowych.

W ramach umowy, którą podpisałam, miałam do wykorzystania 2 treningi personalne. Wybrałam prowadzącego zdrowy kręgosłup, ponieważ pomyślałam, że jako biegacz, zrozumie mnie doskonale. Oczywiście się nie pomyliłam. W poniedziałek najpierw kilkanaście minut rozmawialiśmy (tzw wywiad medyczny) o moich chorobach, schorzeniach, kontuzjach, sporcie, jaki uprawiam lub uprawiałam. 
Był też pomiar (waga, woda, tłuszcz- same przyjemności...) Potem zabrał mnie na trening interwałowy na bieżnię. Wiedząc, że nie mogę biegać, maszerowałam pod górę. No nie było łatwo, szczególnie, że chciałam jednocześnie rozmawiać i trzymać fason ;) A potem było rozciąganie. 
Z tym tłuszczem było chyba ponad 30%, więc mam co robić... Ale nie dołuje mnie to, wprost przeciwnie. Działamy, działamy, nie gadamy, bo jest dużo do zrobienia!

We wtorek był oczywiście zdrowy kręgosłup. W czwartki również są takie zajęcia, ale nie sposób uczestniczyć we wszystkim, w czym by się chciało, bo oferta klubu jest naprawdę bogata. I należy wybrać mądrze, nie za mało, nie za dużo, ale 3 razy w tygodniu to zdecydowanie za mało... Trudne decyzje, serio.  A grafik się zmienia, od kolejnego tygodnia będzie core training we wtorki, więc musiałabym zrezygnować ze zdrowego... Zobaczymy, zobaczymy. Zajęcia jak zawsze były ciekawe, instruktor nie rozczarowuje - naprawdę nie sposób się nudzić, a to "tylko" zabawy z dużą piłką.

Kolejnego dnia umówiliśmy się na drugi trening personalny. Najpierw chwila na orbitreku, a potem zabrał mnie do kącika, który będzie moim ulubionym w Pure. Znajdują się tam grube maty, na których mogę się rozciągać lub ćwiczyć brzuszki, bosu do ćwiczenia równowagi (z którą u mnie katastrofalnie niestety), piłki rehabilitacyjne i lekarskie, wałki do rolowania, TRXy i inne ciekawe gadżety. Extra, naprawdę! Pięknie wprowadził mnie w świat tych gadżetów i pokazywał, co do czego służy. Czułam się się, jak w sklepie z zabawkami! Oczywiście jednocześnie nie odpuszczał ćwiczeń, więc nie mogłam się nacieszyć, ile chciałam, bo ... musiałam trzymać fason ;)

W czwartek było wyczekiwana joga i zastanawiałam się, czy będą asany na otwarcie bioder, 
jak obiecała instruktorka. Były, oj były. Oj, jakie miałam otwarte biodra po zajęciach! A jak wszystko czułam - bo nałożył się na to trening z poprzedniego dnia, który poczułam dopiero w czwartek popołudniu. Było ciężko, ale cudownie. Joga jest naprawdę porządna i konkretna w Pure. Mam dużą świadomość ciała i mięśni podczas ćwiczeń.

W piątek chciałam dać sobie luz, ale okazało się, że przez ząb Michała nie jedziemy do mamy, 
więc pojechałam na pół godziny na orbitrek, a potem poszłam na stretching... który w połowie był body artem. Extra! Szkoda, że ten prowadzący ma zajęcia tylko w środy i w piątki, bo właśnie w piątki byłabym pewnym gościem. Jak tylko piątek będziemy spędzać u siebie, na pewno zajrzę na zajęcia.

No i cóż, w sobotę nie mogło być inaczej: na fali jogowych uniesień, postanowiłam iść na druga jogę w tym tygodniu. Najpierw chwilę na rowerku i orbitreku, a potem 1,5h...znowu na otwarcie bioder! Instruktorka postanowiła kontynuować zajęcia z czwartku. Nieźle dała popalić, dziś bardzo czuję pośladki i plecy.
 Fajnie, prawda? ;)

Dziś już odpuszczam, jutro raczej też delikatnie. Chcę teraz więcej czasu spędzać na rowerku 
i orbitreku, może jako rozgrzewka przed zajęciami, choćby 30 minut? Bo jednak rowerek jest dla mnie najlepszy, jeśli mówimy o kolanach, a dokładnie o prawym, w którym odbudowuję chrząstkę. 
Ale o tym opowiem później, obiecuję.

Jadę po nowe spodnie i pasek, bo niedługo zostawię za sobą jeansy, które kupiłam w sierpniu... So nice, a jeszcze tyle do zrobienia, co to będzie, oj ;)


sobota, 27 września 2014

Pięć miesięcy bez mięsa i żyję/ Tortilla z guacamole

Pamiętacie, że w czasach gdy jedliśmy mięso i tak jedliśmy go mało? Był to indyk, który raz 
w tygodniu lądował na naszym obiedzie w ramach tortilli. Dawałam do tego ogórek zielony, sałatę, czerwoną fasolę i już. I trochę lekko czosnkowego sosu na jogurcie. Taki domowy fast food.
Od czerwca zmieniła się moja dieta (Michał również, ale co jakiś czas kupi sobie salami - np raz 
w miesiącu. No i u mamy zje kurczaka, ja już podziękuję), tzn wyeliminowałam mięso, całkowicie. Zostały nam tylko ryby. Tylko i aż. Nie ma tygodnia bez ryby, a najczęściej jemy ją 2 razy w tygodniu. Często i 3.

No i cóż. Zrobiłam sobie wczoraj badania, najważniejsze są żelazo, białko, witamina B12, witamina D, cynk. Niestety nie na wszystko miałam kasę, nadrobię to w okolicach lutego/marca, kiedy będę powtarzać badania. Obawiałam się o żelazo, chociaż jemy naprawdę różnorodnie i bogato, że tak to ujmę. A bogato dla nas oznacza zdrowo. Białko też cieszy!

Żelazo 117 (norma to 50-170)
Białko 6,6 (norma to 5,7-8,2)
Glukoza 86 (norma to 70-99)
Hemoglobina 13 (norma to 12-16)
Triglicerydy - 18 (norma <150)

;)



Wracając do tortilli. Ponieważ to fajny pomysł na szybki obiad w tygodniu, postanowiliśmy poszukać alternatyw. Inspirując się stroną Lidla (no wyobraźcie sobie), stworzyliśmy coś takiego:

TORTILLA Z GUACAMOLE

Na 4 tortille, czyli 2 głodne osoby potrzebujesz:

4 placki do tortilli
1 czerwona papryka
sok z połowy limonki
kolendra (najlepiej świeża, może być suszona lub mielona w ostateczności)
guacamole (awokado, czosnek, odrobina cebuli, pomidor, sok z limonki, oliwa z oliwek, sól, kolendra)
puszka czerwonej fasoli
sałata
ogórek zielony

PLACKI DO TORTILLI: 1 szklanka mąki pszennej + 1 czubata łyżka mąki kukurydzianej (dla koloru głównie)+ 1 łyżka oliwy z oliwek+ odrobina soli. Wszystko łączysz i wyrabiasz ciasto 15 minut (nie krócej niż 10 minut), aż będzie gładkie, elastyczne. Odstawiasz na ok 20-30 minut, a w tym czasie:

Przygotuj guacamole (wyżej znajdziesz wszystkie składniki, połącz je, poduś widelcem, dopraw do smaku i gotowe). Tu guacamole ma być bardziej płynne niż zwykle, więc nie żałuj oliwy.

Paprykę kroisz w podłużne paski i przesmażasz lekko (ja na grillowej patelni, z kapką oliwy) 3-5 minut, pod koniec posypujesz kolendrą, mieszasz.

Na dużą deskę wysyp odsączoną fasolę i poduś ją szeroką stroną dużego noża. Skrop sokiem z limonki (nie żałuj! Daję sok z min. ćwiartki). Nigdy nie dusimy na zupełną miazgę. Fajnie, jak coś chrupie.

Jak papryka ostygnie, wrzuć ją do jakiejś miski. Dodaj poduszoną fasolę, wymieszaj. 

Ogórek zielony może wylądować w jakiejś miseczce, pokrojony w plastry, sałatę porwij na kawałki.

Podziel ciasto na placki na 4 równe kulki. Rozwałkuj na bardzo cienkie placki. Rozgrzej dużą patelnię (bez tłuszczu, zawierają go placki!), smaż na dużym lub średnim ogniu ok 2-3 minuty z jednej strony, z drugiej już dużo krócej.

I teraz najprzyjemniejsze: placek smarujesz guacamole, na to pasta fasolowa z papryką, sałata, ogórek, zawijasz jak tradycyjną tortillę i pochłaniasz.

Jest dużo małych rzeczy do zrobienia przy tym obiedzie, ale zapewniam, że smak wynagradza wszystko. Poza tym ciasto odpoczywa w czasie, gdy przygotowujesz resztę, więc myślę, 
że wystarczy odrobina organizacji... ;)
Długo kupowaliśmy placki do tortilli, ale to głównie dlatego, że nie wiedzieliśmy, jak proste jest przygotowanie ich samemu! Kiedy następnym razem będziecie chcieli je kupić, spójrzcie na skład... To Was skutecznie przekona do przepisu powyżej.

Przyjemnego weekendu!