niedziela, 2 listopada 2014

Bogato w treningi i w bóle mięśni

Tydzień był dość bogaty w treningi, choć jego początek na to nie wskazywał.

W poniedziałek pojechałam na jogę, ale niestety poczułam się fatalnie i po 30 minutach musiałam wyjść z sali. Byłam niepocieszona, trochę zdołowana, ale potem pomyślałam, że tak widocznie musi czasem być. Że to nie ten dzień itd - choć nie chodziło o brak motywacji do ćwiczeń, tylko fizycznie czułam się naprawdę strasznie.

We wtorek udało mi się dojechać na Zdrowy Kręgosłup, na którym nie było mnie cały miesiąc. Znacie to uczucie, kiedy wydaje Wam się, że jesteście niewidzialni? Wydaje mi się, że instruktor mnie zapomniał, ale nie dziwię się właściwie, bo w tak dużym klubie jest spory przepływ ludzi. Tak czy inaczej, było ciężko. Nie spodziewałam się, że aż tak. Połowa ćwiczeń sprawiała mi wyraźną trudność, a i następnego dnia czułam mięśnie. Sporo do nadrobienia po miesiącu chorowania... Po zajęciach przejechałam 10km na rowerku, na co poświęciłam 24 minuty.

Czwartek to miał być dzień jogi, ale udało się wyrwać z pracy o ludzkiej godzinie, więc pomyślałam, że pójdę ponownie na Zdrowy Kręgosłup - zwykle jeden dzień w tygodniu instruktor poświęca na ćwiczenia z piłką, podczas których wzmacniamy mięśnie, natomiast podczas drugich zajęć jest głównie rozciągania. Stwierdziłam, że się przyda. A tu psikus: znowu zajęcia z piłkami! Oczywiście to super wiadomość, bo piłki to w ogóle super sprawa, a dodatkowo został zaplanowany trening stabilizacyjny. Pięknie się składa: ze wszystkim u mnie słabo, ale do core powinnam się stanowczo bardziej przyłożyć. I tu nie było łatwo. Ale nie poddajemy się, a po treningu znowu na rowerek, też 10km, w tym samym czasie. Wierzę, że rower pomoże mi odbudować tę pieprzoną chrząstkę w kolanie i wrócę kiedyś do biegania.

Wiedziałam, że sobota będzie ciężkim dniem, piątek zresztą też, ponieważ już w piątek jechaliśmy do mamy. Nie chcę się wdawać w szczegóły, ale mam sporo na głowie, ponieważ zajmuję się całą spadkową sprawą od czasu śmierci ojca. W imieniu mamy i siostry ustalam taktykę z prawnikami, negocjujemy warunki z drugą stroną. Dodatkowo później muszę przekazywać i siostrze (która jest w Anglii) i mamie (która jest w fatalnym stanie) wszystkie informacje i tłumaczyć, dlaczego tak, a nie inaczej postępujemy. I myślę, że od tych wszystkich okropnych rzeczy ( i wielu innych związanych z urzędami, ubezpieczylami, ZUSEm, skarbówką etc) od kilku miesięcy cierpię na bóle kręgosłupa. Z powodu napięcia. Raz mocniej, raz lżej. Od kilku tygodni bardzo mocno. Nie pomogła miesięczna absencja na siłowni i dwutygodniowe zwolnienie. Aktualnie wygląda to tak, że nie boli mnie kręgosłup przez godzinę po treningu. Ale sypiam normalnie, a to zasługa głównie Pure właśnie. Regularne treningi są dość męczące, co mnie bardzo cieszy.

I z powodu tego napięcia i dużego obciążenia sprawą wiadomą, w piątek postanowiłam wstać godzinę wcześniej i spóźnić się godzinę do pracy. O 5:30 byłam już po śniadaniu, a pół godziny później w drodze do Pure. Czekałam (wcale nie sama!) na otwarcie klubu od 6:25. Kilka minut później już byłam w szatni.
BAJKA. Dość pusto, ale nie zupełnie, bo razem ze mną było 8 osób o 6:40, a co kilka minut docierały kolejne, ale było jeszcze fajniej, niż w niedzielę rano: na totalnym luzie, bez żadnej spinki. Wszyscy mieliśmy świadomość, że nie musieliśmy wstać, nie mamy za sobą ciężkiego dnia w pracy, nikt nas nie zdążył jeszcze wkurzyć i że dzięki temu, że tu rano przyszliśmy, czeka nas wspaniały dzień.
Rozgrzewałam się na rowerku przez 15 minut (przejechałam 5 km), następnie przesiadłam się na orbitrek na kolejny kwadrans i potem poszłam do kącika z gadżetami, gdzie zrobiłam kolejno: 3x 10 squat na bosu, 3xdeska 30 sekund, 3x 25 brzuszki na skośne, kilka minut poświęciłam też zabawie z dużą piłką, następnie porolowałam uda i potem długo się rozciągałam. Cudowny, godzinny trening. Prysznic i do pracy, gdzie czekał mnie ogień i przez trening wyszłam dopiero o 17:30, zamiast o 16, ale ani chwili nie żałowałam.
Mam nadzieję, ze uda mi się to praktykować 2-3 razy w miesiącu. Nie chcę częściej, bo zajęcia grupowe wieczorami są zbyt ciekawe, by je odpuszczać. Ale kopniak energetyczny był ogromny!
Sobotę całą cierpiałam przy każdym siadaniu, wstawaniu, nie mogłam się śmiać, kaszleć. Przesadziłam z napinaniem brzucha, tzn ilość powtórzeń nie była powalająca, ale wciąż wracam do formy.

Core board


No i dziś, w niedzielę, tez miał być trening rano, a był po 11:00, bo przeciągnęliśmy wspólne śniadanie tak długo, jak się dało.
Właściwie dziś byłą powtórka z piątku, tylko zrobiłam 1 serię więcej brzuszków i dodałam 4 serie po 10 skrętów na czymś, czego musiałam poszukać w internecie, bo nie miałam pojęcia, jak się nazywa. CORE BOARD. Z pozycji deski robiłam skręty na maksa w lewo, następnie w prawo, z każdym skrętem trzymając biodra nieruchomo. Pracuje grzbiet, ramiona i brzuch, aj! Od razu sobie poszukałam innych ćwiczeń, które przy pomocy tego magicznego urządzenia można wykonywać. Wrzucam zdjęcia core board z tej strony.
Czuję brzuch, czuję uda, jest dobrze.

I dziś też były pustki od rana w klubie. Większość powyjeżdżała na weekend pewnie. Lubię takie dni tam.
Przyszły tydzień kształtuje się podobnie, tylko jutro mam nadzieję zostać na całej jodze, a w piątek rano mnie nie będzie w klubie, więc tez pewnie będą 4 treningi.
A spodnie coraz bardziej wiszą... A ja się czuję coraz lepiej, fizycznie. Będzie fajnie; jeszcze trochę i poczuję jakąś różnicę, bo nie chcę ciągle mówić, że wracam do formy.

Przyjemności w nadchodzącym tygodniu, ćwiczcie!

piątek, 31 października 2014

.

Co roku szukaliśmy razem grobu cioci Walentyny i co roku się z tego śmialiśmy, mówiąc, że za rok w internecie sprawdzimy miejsce, by nie tracić czasu.
I tak zawsze powtarzaliśmy, nigdy nie sprawdzając, oczywiście.


Co roku tata mówił, że wiosną przyjedzie na grób swojego ojca i zlikwiduje mech, odświeży trochę nagrobek, żeby było porządnie. I w ostatnich latach zaczynał to zdanie "Muszę wiosną...", a my się już śmiałyśmy i nie musiał tata kończyć nawet.


Jutro nie będziemy się śmiały z taty, który nie pamięta, gdzie leży ciocia Walentyna. 
I z tego, że wiosną trzeba zdjąć mech dziadkowi.
Znalazłam kwaterę cioci w internecie. A grób dziadka odświeżyłyśmy w lutym, chowając tatę.


Ciężki dzień przed nami.

niedziela, 26 października 2014

No to Pure!

Wczoraj znowu obudziłam się z bolącym gardłem. Od wtorku było dobrze, więc trochę się zdziwiłam, ale tylko trochę, bo mam wrażenie, że i tak wyzdrowieję ostatecznie w okolicach czerwca.
Postanowiłam zignorować takie objawy, jak ból gardła i katar (i tak mam go cały rok, więc można przyjąć, że jest alergiczny), no i proszę: dziś obudziłam się bez bólu gardła. Zjadłam owsianko-jaglankę, spakowałam się i po espresso pojechałam do Pure.

Lubię ten luz w klubie w sobotę czy niedzielę rano. Wszyscy są trochę spokojniejsi, niż w tygodniu wieczorem. Lepiej się ćwiczy, a potem wychodzę z galerii handlowej i obserwuję tylko rodziny z małymi dziećmi. Tak, cudowny sposób na wspólne spędzenie niedzieli. MacDonald's w centrum handlowym. Smutne. Ale to nie moje życie, nie moja sprawa.

Nie było mnie tam długo, więc postanowiłam nie szaleć. Miałam ćwiczyć ok 30-40 minut, prawie się udało, ale trochę przedłużałam rozciąganie, bo tak mi tam było dobrze... :) Ale nie szalałam, pot się nie lał strumieniami, tylko troszkę. Promise.

Kolejność ćwiczeń zachowałam i prezentuje się to następująco:

20 minut na rowerku stacjonarnym (8,5km)
20 minut na orbitreku
3x10 squat na bosu
2x30 sekund deska

Do tego duuużo rozciągania. Dobrze było wrócić, w końcu czuję, że żyję, czuję mięśnie (no cóż, jednak mam jakieś, skoro bolą) i kolejny tydzień już mam nadzieję, będzie "normalny", czyli wrócę na jogę, na zdrowy kręgosłup im zobaczymy, na co jeszcze ;) Obiecuję w tym pierwszym tygodniu nie szaleć jeszcze.

A bosu kocham! Taka to podstępna pół-piłka, która robi wszystko, żebym z niej spadła, przypominając tym samym, że najczęściej wystarczy napiąć mięśnie brzucha. Ćwiczenia z cyklu core są u mnie niezwykle ważne. Oczywiście mam na myśli problemy z kolanem, ale właściwie nie tylko. Więcej wkrótce.

Jestem tak naładowana energią po tym treningu, że nie mogę się przestać śmiać ;)


Bosu. Zdjęcie ze strony





sobota, 18 października 2014

Akcja pierogi - z dynią i wędzonym tofu

Uwielbiam pierogi, ha! Któż nie? Tak naprawdę sami robiliśmy je tylko 2 razy, z nadzieniem z twarogu i kaszy gryczanej, ale pieczone robiłam po raz pierwszy dopiero ostatnio. Przepis od Jadłonomii.

Pierogi z dynią i masłem migdałowym

Wykonanie ich wymaga czasu, ale mam na myśli oczekiwania, a nie kilkugodzinny zapieprz 
w kuchni. Bo trzeba upiec warzywa. Po ugnieceniu ciasta, trzeba mu dać 1,5h by odpoczęło i urosło.
Smak wynagradza wszystko, uwierzcie. Mimo, że nie okazały się idealnie, ale to szczegóły,
 które poprawię następnym razem: więcej soli do ciasta (dałam symbolicznie, a mogłam dać solidną łyżeczkę), no i samo ciasto mogłam rozwałkować naprawdę dużo cieniej, bo one jednak rosną 
w piekarniku.
Im cieńsze, tym smaczniejsze, oczywiście.
Za to farszu wyszło mi za dużo. W planach miałam zamrozić na kolejny raz, ale przez niedoprawione ciasto, wpadliśmy na pomysł, by pierogi maczać właśnie w farszu, co okazało się świetnym pomysłem.
Oczywiście dla Michała to była ledwie przekąska, ale zapewniam, że normalny człowiek spokojnie się naje taką porcją.

Tradycyjnie kupiłam więcej dyni i zamroziłam kolejną porcję puree na smutne zimowe dni.


Przymierzam się do zrobienia dużej porcji pierogów z nadzieniem z soczewicy. Lubię mieć takie rzeczy w zamrażalniku na tzw awaryjny obiad, gdy zamiast 30 minut, nie mogę na niego poświęcić więcej niż 15. Zdarza się i tak przecież.
Tak się złożyło, że od miesiąca mam w lodówce wędzone tofu, na które oboje nie mamy pomysłu. Ostatnio częściej zaglądam na Hello Morning i dzięki niej właśnie zrobiłam takie prawie ruskie. 
Farsz zrobiłam rano, a popołudniu wzięliśmy się za ciasto. I tak wyrobienie ciasta + nafaszerowanie + ugotowanie i zjedzenie zajęło nam dokładnie godzinę. Pierogów wcale tak mało nie wyszło, ale oczywiście pochłonęliśmy całość! Ciasto z tego przepisu jest doskonałe. Jedyna modyfikacja, to brak świeżej mięty. Serdecznie polecam ten przepis. Były absolutnie przepyszne - nie wiem nawet, kiedy je zjedliśmy!


Samych pierogów nie zdążyliśmy sfotografować...

Czy możecie mi życzyć dużo zdrowia? Dobiega końca trzeci tydzień, kiedy jestem chora.
 Poprzedni weekend był już bardzo dobry, czułam się świetnie, a w poniedziałek rano obudziłam się ponownie z bólem gardła. Nie mogłam iść znowu na zwolnienie, więc niestety chorowałam w pracy. 
Od czwartku gorączka (4.raz w życiu!), więc w piątek już wzięłam urlop. I dobrze. 
Pani doktor się załamała, widząc mnie po raz kolejny. Tym razem same witaminki, na odporność, syrop z cebuli. 
I leżeć. No to leżę. 
A w przerwach pierogi ruskie zrobiliśmy z Michałem, o.

Wracam do łóżka. Zamierzam wyzdrowieć ostatecznie i wrócić do treningów. Nawet się nie ważę, 
ani nie mierzę. Nie chcę wpaść w depresję.

 

wtorek, 14 października 2014

15. POZnań Maraton

Za nami piękny weekend, który obfitował w spotkania z niesamowitymi ludźmi. Było tak cudownie, 
że nie mamy żadnego zdjęcia z Kamilem, który wpadł do nas wieczorem w sobotę na przedstartowe pogaduchy, a w niedzielę rano do nas wrócił i razem pojechaliśmy na start biegu.

Z Marysią i Sebastianem ze Szczecina, których gościliśmy, też nie mamy zdjęcia! Nie było czasu, naprawdę! Nie wspominam o jedzeniu, które jedynie konsumowaliśmy, bo na dokumentację blogową też czasu nie wystarczyło... Zresztą, jakoś spotykając się z fajnymi ludźmi zawsze mam ten sam problem: zupełnie zapominam o robieniu zdjęć, nie do końca nadaję się do tych czasów, w których każda chwila z naszego życia jest fotografowana i wysyłana na instagram czy facebook.... 
Dzielę się i tak wieloma rzeczami, ale nie mam tyle refleksu, poza tym często mi się nie chce po prostu, nie chcę przerywać rozmowy, peszyć ludzi robieniem zdjęć. Ale to również "zasługa" Michała, który był zawsze nadwornym fotografem, dzięki czemu nigdy nie wyrobiłam sobie nawyku częstego pstrykania. Bądźmy szczerzy - nie mam też do tego ręki.


Kolejny maraton, który udało się Michałowi przebiec, też za nami. 3:46 to jego czas, ale sporo spacerował w trakcie, przed metą też trochę szedł, nie spiesząc się nic a nic, bo wiedział, 
że życiówki nie będzie, a od 10.km zmagał się z problemami żołądkowymi. 
Żałujemy, oczywiście, że żałujemy, bo tak dobrze jeszcze nigdy nie był przygotowany - bardzo solidnie przepracował biegowo miniony rok. Nie ma tego złego, wiosną jedziemy na maraton do Łodzi lub Warszawy. 

Sebastianowi ani Kamilowi też nie udało się pobiec według zamierzeń, stąd też brak jakichkolwiek zdjęć z mety. Nikt nie wyglądał szczególnie zachęcająco ani nie tryskał radością, więc nikt z nas też nie pomyślał o robieniu zdjęć. 
Chcieliśmy szybko wrócić do domu, zażyć krople żołądkowe i doprowadzić się do stanu używalności.
Michał biegł na pół gwizdka, bez spiny (nie mógł inaczej, a chciał mimo wszystko ukończyć), dlatego... w ogóle nie czuł, że przebiegł maraton. W poniedziałek tradycyjnie zrobił wybieganie po maratonie, ale narzekał, że bez sensu, bo i tak nie czuje w nogach tych 42km. 
Nie martwcie się, ja też nie rozumiem, jak można nie czuć, że dzień wcześniej przebiegło się maraton.

A ja? Hm, a ja jestem chora. Pogubiłam się już "znowu" czy "wciąż". Kilka dni było super, a wczoraj obudziłam się znowu z bolącym gardłem. Mam katar, gardło boli zupełnie inaczej i czuję się jak flak - to zupełnie inna infekcja. 
Ale trzeci tydzień na zwolnienie iść tak średnio, więc męczę się, piję gar zupy z zielonej soczewicy, doprawiam herbatą z imbirem, popołudnia spędzam, leżąc w łóżku w dresie i grubych skarpetach. 
I nie jeżdżę rowerem i nie chodzę na fitness. I cierpię.


wtorek, 7 października 2014

Będę gruba i szczęśliwa, czyli o dyniowych pancakes

Przecież ostatecznie to samo zdrowie, prawda? Nie zawierają cukru, za to mają puree dyniowe... Zapomnijmy na moment, że są smażone. Na tłuszczu. Po prostu zapomnijmy.

Bo...tak dobrze robią w chorobie, tak rozgrzewają, tak się potem głaszczę po brzuchu przez chwilę. 
I błogo mi.

Wczoraj miałam iść do lekarza, by udowodnić, że jestem zdrowa i w środę mogę wrócić do pracy. 
Ale obudziłam się z bólem gardła, znowu. Spojrzała mi tam pani doktor i powiedziała "Dziecko, masz ogień w gardle". Ogień to ja mam gdzie indziej, od tego leżenia, pomyślałam.
Do środy w domu, to jest absolutne minimum. Nawet się nie zająknęłam o treningach.


Zawsze biorę do pankejków sztućce, a potem i tak jem bez ich użycia. To fajne, bo łyżeczką nakładam dżem, a potem rozdzieram palcami każdy po kolei. Tak smakują najlepiej, jak pizza, tortilla i wiele innych rzeczy. Zawsze lubiłam jeść dłońmi... po prostu smakuje lepiej. Nic na to nie poradzę, ale nie martwcie się: staram się hamować w miejscach publicznych (oczywiście pizzy NIE WOLNO jeść sztućcami!) ;)

DYNIOWE PANKEJKI
 
1 szklanka mąki
1 solidna łyżeczka cynamonu
1 łyżeczka imbiru
1 płaska łyżeczka gałki muszkatołowej
1 łyżeczka sody
odrobina soli
szklanka jogurtu lub mleka
szklanka dyniowego puree
olej do smażenia

Wymieszać suche, wymieszać mokre, połączyć trzepaczką i smażyć

To porcja dla 1 osoby, niestety.



niedziela, 5 października 2014

Chia pudding z gruszką

Chia pudding

Jakiś czas temu kupiliśmy nasiona chia (inaczej to szałwia hiszpańska), na punkcie których świat oszalał w ostatnich 2 latach (Michał twierdzi, że to za sprawą książki "Urodzeni biegacze".). Słusznie, że oszalał, bo są niewiarygodnie zdrowe. 
Znajdziemy w nich kwasy Omega-3, Omega-6, błonnik, witaminy E, B1, wapń, fosfor, magnez, żelazo, wcale niemało białka.

Przepis jest banalny: 2 łyżki nasion zalewasz szklanką mleka i wstawiasz na noc do lodówki. 
Przez ten czas nasiona podwajają swoją objętość. Rano dodajesz owoce i już. Za każdym razem może być inny, zupełnie jak z owsianką. Bajka, co?
Bardzo dobre, tylko następnym razem użyję mleka roślinnego, myślę, ze będzie jeszcze smaczniejsze.

Michał był po treningu, przed którym zjadł banana, więc nie chciałam dawać rozgniecionego banana (bo taki miałam plan), znalazłam konferencję, którą pokroiłam i wrzuciłam do naszego puddingu. 
Już żałuję, że nie robiliśmy tego wcześniej, bo z malinami czy borówkami byłoby doskonałe! Ale tutaj nadadzą się jakiekolwiek owoce, wierzcie. 
Niektórzy słodzą ten pudding miodem lub syropem z agawy (tu weganie), ale moim zdaniem świeży owoc w zupełności wystarczy.  


FYI: jest lepiej, antybiotyk działa. Jest pięknie, słonecznie. Szkoda, że muszę leżeć.



czwartek, 2 października 2014

Zdrowieję...?

Bajka czuwa, ze mną

Plany były szerokie - w ciągu maksymalnie 3 dni zdrowieję, w czwartek już końcóweczka i może 
w piątek choć na chwilę na krótki trening?
Życie tradycyjnie zweryfikowało moje plany. Nie było nic lepiej, raczej bez zmian. Dziś wróciłam do lekarza, bo sorry, ale dziś już czwartek, do jutra mam zwolnienie, powinno mnie nosić, a gardło rano 
i wieczorem napieprza niemiłosiernie, głosu nie odzyskałam... No jak to tak można? Majkę już nosi.
Ropa, którą wczoraj czułam w ustach to nie były zwidy. Mam czopy ropne po lewej stronie. 
Zarażam i oczywiście dostałam antybiotyk. I zwolnienie będzie dłuższe, niż przewidywałam. 
Fuckin' great.


Dzielnie towarzyszą mi koty i Alice Munro. Rozpieprzają mnie jej opowiadania, za każdym razem, gdy czytam, prawie wszystkie. A poprzeczka jest wysoko, bo ostatnio przeczytałam Prousta i muszę przyznać, że po nim przez kilka dni nie czytałam nic. Serio. Całe życie odkładałam "W poszukiwaniu straconego czasu", bo byłam przekonana, że nie dźwignę. Jak tylko zaczęłam pierwszy tom, natychmiast pożałowałam, że tak późno. Piękna literatura, całkowicie mnie wchłonęła i nie wypuściła nawet po skończeniu. A to dopiero "W stronę Swanna" za mną, tyle przyjemności jeszcze mnie czeka z kolejnymi tomami!
 

Chętnie przyjmuję życzenia powrotu do zdrowia, naprawdę.


wtorek, 30 września 2014

Piernik dyniowy dobrym towarzyszem w czasie choroby

Tak bardzo się cieszyłam z piątkowych wyników badań, że niestety wieczorem wypowiedziałam tragiczne zaklęcie, dzwoniąc do mamy: "Idę na rekord, mamo, za chwilę będzie rok, jak jestem zdrowa". Nie udało się uzyskać życiówki, heh. W sobotę już czułam rano gardło, ale nie chciałam dopuścić do siebie myśli, że będzie mi coś więcej, niż chwilowe osłabienie. Całą niedzielę bolało, mniej lub bardziej, ale dziarsko uszykowałam kaszę jaglaną do pracy na dwa dni, przygotowałam ciuchy rowerowe... Gdy budzik zadzwonił o 5:15, wiedziałam, że odpadam, że czas na lekarza. Liczyłam, że uda się bez antybiotyków, jeśli szybko zareaguję. Na razie się udało. Tylko angina, 
ale nie pomogły negocjacje i cały tydzień mam być w domu. Cudownie.
Niedzielne ciasto ucierane ze śliwkami nie urosło, więc wczoraj, imieninowo dla Michała, upiekłam najzwyklejszego murzynka. A na obiad oprócz zupy dyniowej, której ugotowałam 8-litrowy garnek, racuchy od white plate. Co za rozpusta. Nie dość, że nie ćwiczę, to jeszcze co drugi dzień piekę ciasta. Po tym tygodniu będę miała co robić w Pure...
Zupę oczywiście zamrożę, zawsze robię właściwie każdej zupy za dużo i mrożę - za 2-3 tygodnie, gdy po pracy wypadnie nam np. kino, będziemy mieli szybką przekąskę, taki błyskawiczny obiad/kolację.
Murzynek nie wyrósł, dziś więc postanowiłam zrobić, krok po kroku, wg przepisu, zrobić piernik dyniowy. Od Bistro Mamy. Odpuściłam orzechy, których Michał chwilowo nie może jeść. Dyni dałam więcej (1,5 szklanki), cukru niecałe pół szklanki. I tyle z modyfikacji. Dla mnie za słodkie (dałabym maksymalnie 1/3 szklanki cukru), dla Michała idealne. To najważniejsze.


Ogłoszenie:

Och, tak mi się marzy dżem z zielonych pomidorów. Czy ktoś z Was wie, gdzie w Poznaniu je dostanę?
Czy już teraz w ogóle za późno?



niedziela, 28 września 2014

Uzależniam się...

...łatwo, przyznaję. Od pysznego jedzenia, od dobrych ludzi, od wielu innych rzeczy. Uzależniam się łatwo, bo mocno się angażuję - w związki, relację, nowe znajomości, nowe miejsca. Wchodzę we wszystko na maksa. Trzeba mnie tylko pilnować, by nie puściło, by nie uciekła motywacja. Bo często u mnie jest tak, że równie szybko odpuszcza, z różnych powodów, a potem wrócić jest ciężko. 
Jak nigdy czuję, że nie mogę teraz odpuścić, w związku z różnymi planami, o których opowiem,
 jak już zacznę wcielać je w życie.

W Pure jest fantastycznie! I niebezpiecznie blisko, bo tylko 2,5km od domu, więc wsiadam na rower 
i po chwili jestem. A klub jest czynny do 22:30, więc... sami widzicie, że uzależnić się łatwo.

Michał miał w tym tygodniu dość poważną akcję z dentystą, więc po pracy gotowałam papki dla niego, ścierałam jabłko, by mógł sobie przygotować ryż z jabłkiem (kupił jogurt owocowy, ale nasze żołądki i kubki smakowe już nie tolerują takich rzeczy - za słodkie, nie da się tym najeść), a potem jechałam do Pure. Ten tydzień był wyjątkowy, byłam tam sześć dni pod rząd, szybko tego chyba nie powtórzę, chociaż nie miałam nie wiadomo jakiego wycisku, bo większość zajęć miałam wciąż nie aerobowych.

W ramach umowy, którą podpisałam, miałam do wykorzystania 2 treningi personalne. Wybrałam prowadzącego zdrowy kręgosłup, ponieważ pomyślałam, że jako biegacz, zrozumie mnie doskonale. Oczywiście się nie pomyliłam. W poniedziałek najpierw kilkanaście minut rozmawialiśmy (tzw wywiad medyczny) o moich chorobach, schorzeniach, kontuzjach, sporcie, jaki uprawiam lub uprawiałam. 
Był też pomiar (waga, woda, tłuszcz- same przyjemności...) Potem zabrał mnie na trening interwałowy na bieżnię. Wiedząc, że nie mogę biegać, maszerowałam pod górę. No nie było łatwo, szczególnie, że chciałam jednocześnie rozmawiać i trzymać fason ;) A potem było rozciąganie. 
Z tym tłuszczem było chyba ponad 30%, więc mam co robić... Ale nie dołuje mnie to, wprost przeciwnie. Działamy, działamy, nie gadamy, bo jest dużo do zrobienia!

We wtorek był oczywiście zdrowy kręgosłup. W czwartki również są takie zajęcia, ale nie sposób uczestniczyć we wszystkim, w czym by się chciało, bo oferta klubu jest naprawdę bogata. I należy wybrać mądrze, nie za mało, nie za dużo, ale 3 razy w tygodniu to zdecydowanie za mało... Trudne decyzje, serio.  A grafik się zmienia, od kolejnego tygodnia będzie core training we wtorki, więc musiałabym zrezygnować ze zdrowego... Zobaczymy, zobaczymy. Zajęcia jak zawsze były ciekawe, instruktor nie rozczarowuje - naprawdę nie sposób się nudzić, a to "tylko" zabawy z dużą piłką.

Kolejnego dnia umówiliśmy się na drugi trening personalny. Najpierw chwila na orbitreku, a potem zabrał mnie do kącika, który będzie moim ulubionym w Pure. Znajdują się tam grube maty, na których mogę się rozciągać lub ćwiczyć brzuszki, bosu do ćwiczenia równowagi (z którą u mnie katastrofalnie niestety), piłki rehabilitacyjne i lekarskie, wałki do rolowania, TRXy i inne ciekawe gadżety. Extra, naprawdę! Pięknie wprowadził mnie w świat tych gadżetów i pokazywał, co do czego służy. Czułam się się, jak w sklepie z zabawkami! Oczywiście jednocześnie nie odpuszczał ćwiczeń, więc nie mogłam się nacieszyć, ile chciałam, bo ... musiałam trzymać fason ;)

W czwartek było wyczekiwana joga i zastanawiałam się, czy będą asany na otwarcie bioder, 
jak obiecała instruktorka. Były, oj były. Oj, jakie miałam otwarte biodra po zajęciach! A jak wszystko czułam - bo nałożył się na to trening z poprzedniego dnia, który poczułam dopiero w czwartek popołudniu. Było ciężko, ale cudownie. Joga jest naprawdę porządna i konkretna w Pure. Mam dużą świadomość ciała i mięśni podczas ćwiczeń.

W piątek chciałam dać sobie luz, ale okazało się, że przez ząb Michała nie jedziemy do mamy, 
więc pojechałam na pół godziny na orbitrek, a potem poszłam na stretching... który w połowie był body artem. Extra! Szkoda, że ten prowadzący ma zajęcia tylko w środy i w piątki, bo właśnie w piątki byłabym pewnym gościem. Jak tylko piątek będziemy spędzać u siebie, na pewno zajrzę na zajęcia.

No i cóż, w sobotę nie mogło być inaczej: na fali jogowych uniesień, postanowiłam iść na druga jogę w tym tygodniu. Najpierw chwilę na rowerku i orbitreku, a potem 1,5h...znowu na otwarcie bioder! Instruktorka postanowiła kontynuować zajęcia z czwartku. Nieźle dała popalić, dziś bardzo czuję pośladki i plecy.
 Fajnie, prawda? ;)

Dziś już odpuszczam, jutro raczej też delikatnie. Chcę teraz więcej czasu spędzać na rowerku 
i orbitreku, może jako rozgrzewka przed zajęciami, choćby 30 minut? Bo jednak rowerek jest dla mnie najlepszy, jeśli mówimy o kolanach, a dokładnie o prawym, w którym odbudowuję chrząstkę. 
Ale o tym opowiem później, obiecuję.

Jadę po nowe spodnie i pasek, bo niedługo zostawię za sobą jeansy, które kupiłam w sierpniu... So nice, a jeszcze tyle do zrobienia, co to będzie, oj ;)