niedziela, 31 maja 2015

Chleb. Przepis podstawowy.

To jakiś skandal, że jeszcze o tym nie pisałam. Jeśli w jakikolwiek sposób mogłabym podsumować rok 2014, to na pewno nazwałabym go Rokiem Chleba, bezapelacyjnie.

Od czerwca ubiegłego roku nie kupujemy chleba. Pieczemy. Wciąż się uczymy, zima miała służyć za czas eksperymentów na chlebie, ale ten podstawowy przepis jest wciąż dla nas tak doskonały, że nie mamy jeszcze takiego parcia, by ładować do niego starte jabłko, albo ugotowaną kaszę, albo inne cuda.

Raz upiekłam chleb z gałązką rozmarynu w środku i było super, ale musiałabym go dopracować trochę...




No i należy wspomnieć, że wciąż jesteśmy totalnymi laikami, jeśli chodzi o zakwas, tzn dopiero w ostatnich kilku miesiącach zaczęłam go dokarmiać. Wcześniej właściwie nie było takiej potrzeby, bo co 7-10 dni pieczemy nowy chleb. Przygotowuję go z kilograma mąki, wychodzą nam piękne 3 bochenki, z których 2 mrożę.

Skąd zakwas? Ha, można zrobić samemu, ale zakwas, jak wino, z wiekiem szlachetnieje, dlatego warto sprawdzić na zakwasowej mapie Polski, czy w pobliżu Waszego miejsca zamieszkania jakaś dobra dusza nie ma zakwasu. My mieliśmy to szczęście, że Michał dostał od znajomego w pracy. W pakiecie z przepisem, który troszkę przerobiliśmy. Zakwas ma w tej chwili 2,5 roku. Jest doskonały. W razie czego poratuję, dajcie tylko znać, już kilka razy za jabłko sprzedaliśmy go dalej.

Około 2 h przed początkiem całego procesu, wyjmuję zakwas z lodówki, po 1h dokarmiam go*, a następnie czekam kolejną godzinę, by się uaktywnił i zabieram się za wyrabianie chleba.

Wciąż pieczemy z mąki żytniej, z której ciężko uformować kształt, dlatego lepiej piec go w formie. Nie ukrywam, że wciąż marzy mi się uformowanie swojego bochenka, ale jakoś na pszenną nie mam chęci... Właśnie ten gluten, którym wszyscy straszą (my się glutenu nie boimy, co to, to nie!), tak pięknie trzyma w ryzach ciasto, ze pozwala się formować tylko za pomocą dłoni.

No i jak już mi się uaktywni zakwas to do wielkiej miski wrzucam:

1 kg mąki żytniej typ 720 (używam z młyna Szczepanki)
2-3 płaskie łyżki soli
1 łyżka cukru
otręby (2 szklanki - jedna owsianych, druga pszennych albo żytnich) 
pół szklanki słonecznika
pół szklanki siemienia lnianego
zakwas (około 3-4 łyżki)

Mieszam. Dodaję partiami 5 szklanek wody, mieszam dobrze, przykrywam suchym ręcznikiem i zostawiam na ok 4 godziny.
Po tym czasie wykładam masę do 3 foremek wyłożonych papierem, w środek ładując kminek lub czarnuszkę (do środka, przykrywam to masą na chleb), do jednego zawsze też garść pestek dyni.
Do słoika odkładam 3 łyżki zakwasu.

Foremki przykrywam suchym ręcznikiem i odstawiam na minimum 8h. Następnie piekę 50 minut w temperaturze 240 stopni i co 10 minut zmniejszam temperaturę, zostawiając ostatecznie na 190stopniach. (uwaga: to zmniejszanie nie jest koniecznie, możecie ustawić po prostu na 200stopni, ale zaczynając od wyższej, jest ładniej przypieczony). Na noc zostawiam w piekarniku, do wystudzenia.
Trudno, ale warto wytrzymać, bo najlepszy jest kolejnego dnia.

Doskonały do oliwy. Do życia. Do wszystkiego w ogóle.





*Dokarmić zakwas- są różne szkoły, ja robię tak: dodaję 3 łyżki mąki (żytniej lub orkiszowej) i 3 łyżki wody. Mieszam, odstawiam, by się poruszył, tzn zwiększył. I ponownie ląduje w lodówce.


sobota, 30 maja 2015

Omlet biszkoptowy a la tarta Tatin

Prawie trzy tygodnie spania co noc mniej, niż 6h nie mogły się skończyć inaczej, jak infekcją. Umówmy się, że to przeziębienie, a nie choroba. Leżę, śpię, mam ogromny katar i ból gardła. I modlę się do boga, w którego nie wierzę, by domowe sposoby leczenia postawiły mnie na nogi, bo we wtorek o świcie jedziemy w Bieszczady.

Tradycyjnie w chorobie, jestem bez przerwy głodna. Pół cukinii, cebula, garść rukoli i 3 jajka, do tego trzy kawałki chleba. To nie porcja dla dwóch głodnych osób, ale dla jednej chorej Majki. 

Drugie śniadanie było skromne: Michał po treningu zrobił sobie odżywkę na bazie ryżu. Dodał imbir, mleko, jogurt grecki, kurkumę, płatki owsiane, płatki ryżowe, jarmuż, miód, banana .... i okazało się, że zrobił za dużo, więc szklanka byłą i dla mnie. Wypiłam odżywkę i poszłam spać. 

Wstałam po 2 h, no i postanowiłam coś zjeść, co nie powinno Was dziwić. Zblendowałam kilka truskawek, z czego zrobił się piękny mus i dodałam do ugotowanej komosy ryżowej. Z migdałami i żurawiną stanowiło to doskonały lunch.

A na obiad zrobiliśmy tortillę z guacamole i pastą z fasoli i papryki.

Już zacieram ręce na kolację. Bo przecież trzeba jeść, żeby zdrowieć.

A między posiłkami wlewam w siebie hektolitry herbaty z konfiturą imbirową od Liminów, do której dodaję kurkumy. Cóż, dziwny smak, ale kurkuma ma właściwości m.in. przeciwzapalne, więc Michał jest nieugięty i powtarza, że jeśli chcę wyzdrowieć, to mam jej dodawać. Słucham, bo jestem grzecznym pacjentem.

Wspominam też śniadanie, które było tak doskonałe, że powtórzyłam je dla mamy i babci ostatnio, były zachwycone. Tłuściutko, kalorycznie, z książki "O jabłkach", prosto od White Plate. Przepis pochodzi ze strony 22.







omlet: 4 jajka, 2 łyżki mąki pszennej, pół łyżeczki soli, masło do smażenia
jabłka: 3-4 jabłka, 50g masła, 100g cukru, 1 łyżeczka przyprawy do pierników (dałam cynamon)

Robimy tak: masło mieszamy z cukrem na patelni, aż powstanie karmel. Na to wrzucamy pokrojone jabłka. Smażymy kilka minut, aż troszeczkę zmiękną. 

W międzyczasie ubijamy białka na sztywno, nie przerywając dodajemy po jednym żółtku, dosypujemy mąkę i sól i wylewamy masę na jabłka, gdy te już zmiękną i oblepią się karmelem. Gdy już przysmaży się od spodu, przekładamy na drugą stronę. Robiłam to na bardzo dużej patelni, więc musiałam fragmentami przekładać, jeśli Wy będziecie robić z mniejszej porcji, to połóżcie na patelni duży talerz i jednym ruchem odwróćcie, przekładając omlet na talerz, a następnie delikatnie zsuńcie go z powrotem na patelnię i po kilku minutach podawajcie.

Z jogurtem, śmietaną, cukrem pudrem albo dżemem. Albo z niczym, bo bez dodatków było słodkie i idealne.


poniedziałek, 25 maja 2015

Porażka

To uczucie, kiedy od kilku dni oferujesz komuś pomoc i obiecujesz, że wspomożesz dobrym słowem i że może się zwrócić do Ciebie w każdej chwili, gdyby chciał się wygadać, a gdy niespodziewanie wyrasta Ci na ścieżce rowerowej, Ciebie zatyka. Nie przytulasz, chociaż by się przydało, trzymasz się tak bezpiecznie na dystans, bo się boisz, że nie pomożesz, a jedynie zaszkodzisz. Nawet po ramieniu nie poklepiesz.

Improwizujesz, bo okazuje się, że wcale nie jesteś przygotowany. Tak bardzo boisz się ciszy między wami, że tą pieprzoną ciszą mu wcale nie pomożesz, bo on jednak oczekuje rady, jak sądzisz, więc to Ty mówisz: o sobie, o swojej rodzinie, o swoim ojcu i matce, a jemu nie potrafisz odpowiedzieć na jedno proste pytanie.

Pomocna koleżanka, kuźwa.


niedziela, 24 maja 2015

Porządki

W taki dzień dobrze się właściwie zrelaksować. Ja dziś zresetowałam się na cały tydzień, przynajmniej dzisiaj w to wierzę. Pizzę z mozzarellą i anchois popijałam kompotem jabłkowo-rabarbarowym, a niewiele rzeczy latem mnie tak uspokaja, jak właśnie kompot. Gotowałam go z kilkoma goździkami i laską cynamonu.
Dołożę jeszcze jogę dziś i piwo już po wynikach wyborów i będzie idealnie. Tak, zupełnie się wyluzuję, bo przecież wcale nie jestem kłębkiem nerwów przed wynikiem wyborów, nic a nic...


Spędziłam dzisiaj cudowne prawie dwie godziny na słońcu - to troszkę na wyrost, bo przez połowę czasu była duża chmura nade mną, ale czas cienia wykorzystałam na książkę Patti Smith, która leży na półce już 1,5 roku. I tak bardzo mi się podoba styl Patti (którą od zawsze uwielbiam), że już żałuję, że tak późno się za nią zabrałam.

Piękny weekend, bardzo słoneczny. Wspominam w takie dni, te dobre chwile z ostatnich tygodni. W taki słoneczny, choć nieco chłodniejszy dzień, odwiedził nas w maju J. Znowu za długo się nie widzieliśmy. Znowu żałowaliśmy, że tak długo i znowu obiecaliśmy sobie, że nie dopuścimy, by to się powtórzyło. Pstryknął moje papryczki, dumę moją, które z nasionek wyhodowałam i wcale nie było to takie proste. Dziś już są większe, owoce również, i więcej ich jest, ale jeszcze się nie chwalę.

Chili chili chili

Otaczam się ostatnio tylko właściwymi ludźmi, tymi dobrymi i tak jest lepiej. Odnawiam stare znajomości, odkurzam zaniedbane. Złych, niepotrzebnych, irytujących lub toksycznych, pomijam, ignoruję, wycinam z mojego otoczenia. Nie są wskazani w moim życiu.

Ostatni tydzień mocnych treningów przed wyjazdem. Nieeee, ja się do niczego nie przygotowuję, to Michał pobiegnie 80km podczas Biegu Rzeźnika. Będę towarzystwem, pewnie bardziej zmęczonym, niż on. No ale siłą rzeczy, siłownię odpuszczę na tydzień w związku z wyjazdem. Dlatego zamierzam bardzo dobrze te dni wykorzystać, by czas w Bieszczady był jogowym, tzn regeneracyjnym. Już wybieramy książki na wyjazd, to lubię najbardziej.

Płyta "Horses" jest w pierwszej piątce najważniejszych płyt mojego życia. Kocham, kocham, kocham Patti. 




Mam przewietrzoną głowę po tym weekendzie. Uporządkowaną, prawie tak, jak powinnam, jakbym chciała. Tego i Wam życzę.

A poza tym dobrego tygodnia.



niedziela, 17 maja 2015

Czas ogarniania (się)

Miesiąc detoksu i wyrzutów sumienia, bo pisać miałam codziennie, ale zawsze coś... Jak był dzień wolny, to traciłam czas. Traciłam totalnie. 
Tak czasem też trzeba.

Ale już się ogarniam, już naprawdę się ogarniam. Biorę się za to, co przez miesiąc odpuściłam.

Dziś miałam powrót do jogi, od razu lepiej, wszelkie bóle kręgosłupa puściły, bo oczywiście jakimś napięciem, spięciem, stresem były spowodowane. Sama siłownia też jest skuteczna, rzecz jasna, ale nie rozluźnia tak jak joga. Choć ten tydzień miałam regeneracyjny, nie ćwiczyłam, jedynie na rolkach pojeździłam godzinę w poniedziałek. Rower do pracy się nie liczy (8,5km w jedną stronę), bo to jedynie środek transportu.

Nadrobimy wszystko. 

Wróciłam o 3 rano z cudownej imprezy urodzinowej Rudej, z którą nie widziałam się 10 lat i ostatnio odświeżyłyśmy kontakt. Wariatka, cudowna wariatka. Zanim poszłyśmy na imprezę, zjadła u mnie urodzinowy obiad. Joker ją pokochał, bardzo szybko przestał się przed nią chować.

I dziś miałam kaca, a jakże, ale mniejszego, niż się spodziewałam. I cały dzień myślałam o różnych rzeczach, układałam w głowie plan na kolejne tygodnie, plan na siebie. I potem joga mnie ukoiła.

Ale najmilsze wczoraj ze wszystkiego było to, że po tej szalonej, tanecznej imprezie poszłam na chwilę na kolejną imprezę, by chociaż się przywitać z tymi, z którymi też bardzo chciałam się wczoraj spotkać, ale rozdwoić się czasem nie sposób... I te dwie ważne osoby, które nawet nie wiedzą, jak są ważne, tak mi pomogły, tak bardzo podniosły na duchu, choć nie było tego jeszcze wczoraj widać i one zupełnie nie zdają sobie sprawy, ile dla mnie znaczą. Bo czasem wystarczy usłyszeć, że ktoś na ciebie czekał cały wieczór. Albo kilka razy usłyszeć pytanie, czy na pewno wszystko ok i zobaczyć szczerą, prawdziwą, troskę w oczach rozmówcy. Troskę o ciebie. Bo widzi, że coś się dzieje, bo kiedy jesteś pijany, zwalniasz hamulec, w tym przypadku ten, który nie pozwala innym dostać się do Twojego wnętrza.
I dzięki temu było dziś rano lepiej. 

Michał wrócił dziś po 37-km treningu, zjedliśmy dal z soczewicy z mlekiem kokosowym z kaszą bulgur, omawiając jutrzejszego pieczonego pstrąga, któremu włożymy do środka mnóstwo świeżego tymianku, którego pęk dostaliśmy od znajomego z pracy (bo nie przerabia tego z własnego ogródka - jakże nas to cieszy!) i dużo rozmawialiśmy o nadchodzącym tygodniowym urlopie. Odliczamy już. Za dwa tygodnie będziemy w drodze. Wracamy w Bieszczady. To dopiero będzie reset.









niedziela, 19 kwietnia 2015

Hummus i chlebek naan

Michał opuścił mnie w tym tygodniu na 3 noce, z powodu wyjazdu do Mediolanu, na Salone del Mobile. Wiem, to dziwne, że Michał pojechał beze mnie do Włoch, również nie mogłam w to uwierzyć. Niestety nie było dla mnie miejsca w aucie, a wyjazd był służbowy.

Przywiózł mi kawę i ryż, więc już mu wybaczyłam croissanty i kawę o poranku, włoskie rozmowy, lody i Mediolan, który bardzo lubię oraz 300-letnią willę, w której spał 3 noce.

W tym tygodniu miałam nieoczekiwane spotkania. Wyczekiwane, ale nieoczekiwane w skutkach. Dobre i złe. Tych drugich nie da się wyeliminować, ale można nauczyć się radzić sobie z nimi i taki mam właśnie plan na nadchodzące tygodnie.
Jest wiosna, mamy różne pomysły. Nie róbmy głupstw. Albo róbmy, ale nie wszystkie, które byśmy chcieli. 
Sport i dobre jedzenie koi. Sprawdzone.


Chlebki naan

Ja ukręciłam hummus, a Michał przygotował chlebki naan. Częściowo na kolację, a częściowo do pracy na jutro. Jeśli ktoś z Was się z nimi jeszcze nie spotkał, to są takie płaskie drożdżowe chlebki, rodem z Indii, na które nakładamy, co tylko chcemy. Idealne do past typu hummus, guacamole czy miliona innych. Ja używam go jako łyżki i nim nabieram hummus.

Wszystko bardzo easy, jak to u nas:



HUMMUS

puszka ciecierzycy
4 łyżki pasty tahini
sok z cytryny (ok 3 łyżek)
1/3 szklanki lodowatej wody
2 ząbki czosnku
sól
 
 Wszystko poza wodą umieszczamy w blenderze i mielimy dokładnie. Następnie, nie przerywając miksowania, dodajemy powoli lodowatą wodę. Gdy będzie już aksamitnie i kremowo, hummus będzie gotowy. Spróbujcie, czy nie dodać jeszcze soli.
Można podawać z natką pietruszki, oliwą, posypać np papryką. Ja go tak lubię w tej podstawowej wersji, że niczego nie dodaję zwykle. Zazwyczaj zjadam z chlebem lub z warzywami pokrojonymi w słupki (jak marchewka, albo seler naciowy z hummusem, pycha!).



CHLEBEK NAAN (z książki "Jadłonomia")
składniki na 15 sztuk

4 szklanki mąki pszennej
1,5 szklanki mleka
4 łyżki oleju 
1 łyżeczka cukru
1 łyżeczka soli
3/4 łyżeczka drożdży

Wszystkie składniki mieszamy, a następnie zagniatamy elastyczne ciasto. Wyrabiamy kilka minut (prawda, że przyjemne?), a następnie przykrywamy folią spożywczą i zostawiamy na 1 godzinę do wyrośnięcia.
Po tym czasie dzielimy ciasto na 15 równych części, każdą zagniatamy w kulkę, wszystko ponownie przykrywamy folią na 30 minut.
Teraz już ostatnia prosta: rozgrzewamy piekarnik do 250stopni, na blaszkę wyłożoną papierem wykładamy bardzo cienko rozwałkowane kulki. 
Pieczemy 2-5 minut.

Hummus podajemy z chlebkami naan.

I życie staje się dużo łatwiejsze. I w pracy też będzie przyjemnie dzięki takiemu drugiemu śniadaniu.



poniedziałek, 6 kwietnia 2015

Świadomość

Nie chciałam tych świąt. Jestem osobą niewierzącą, więc święta to dla mnie po prostu czas spotkań z rodziną i jedzenia rzeczy, których nie jemy zwykle. Ale zawsze je lubiłam, nie poradzę nic na to, że lubię te kiczowate ozdoby i całą otoczkę.
Nie chciałam świąt w grudniu, ale tych nie chciałam jeszcze bardziej. Postanowiłam zrobić w tym roku tylko pasztet z batatów i nic więcej.

Nie mamy tulipanów, narcyzów, żadnej bazi ani jajek pomalowanych. Ani jednego kurczaczka sztucznego w domu, niczego. Nie chciałam. Tak samo nie chciałam choinki kilka miesięcy temu.

Cały tydzień zastanawiałam się, o co mi chodzi, bo tata nie żyje już ponad rok i nawet się całkiem całkiem z mamą trzymamy. 

Wczoraj pojechaliśmy do rodziców (już zawsze tak będę mówić, no sorry) i od razu, z grubej rury, zaczęłam rozmowę z mamą. Na trzeźwo, przy dziennym świetle. I mama to powiedziała "W tym roku będzie gorzej, bo wszystkie święta, rocznice, ważne dni będą świadome". 

Nie dalej, jak przedwczoraj pytałam Michała, co było rok temu na Wielkanoc. Gdzie spędziliśmy śniadanie świąteczne, bo nic nie pamiętam. Gdyby powiedział, że wyjechaliśmy z mamą nad morze, uwierzyłabym. Wydawało mi się, że tak świetnie się trzymałam, a teraz okazuje się, że to wszystko był fake. Że tak bardzo chciałam być silna dla mamy, że sama byłam nieprzytomna. Tak udawałam, że samą siebie nabrałam. 
 

Co jakiś czas wydaje mi się, że się z tym uporałam. Tak, wydaje mi się. Pieprzę taką świadomość




poniedziałek, 30 marca 2015

I like Sundays

Na śniadanie wypasiona komosa ryżowa z łyżką masła orzechowego. Taki początek dnia zapewnił siłę na trening.
Po dwóch tygodniach przerwy (grypa i dochodzenie do siebie pogrypowe, a w tym skręcenie kostki...) odwiedziłam wczoraj siłownię. Spokojnie oczywiście: marszobieg na bieżni, do tego brzuszki, deski, squaty, sporo rozciągania. Luźny trening jako rozruch po przerwie.

Drugie śniadanie, już po siłce, to jajecznica z dwóch jaj + dwie garście jarmużu. Sól, pieprz i pokruszone chili jalapeno. Uwielbiam. 

Po śniadaniu od razu herbata z konfiturą imbirową, by się rozgrzać - bo po treningu mi często zimno. Do tego książka w łóżku, cudowna godzina dla mnie i Llosy.

W międzyczasie wymieszałam dla Michała chia pudding z wiśniami - niech on też ma fajną niedzielę.

A na obiad pizza z sosem pomidorowym, mozzarellą i krewetkami, którą polaliśmy oliwą, w której zamarynowaliśmy kawałeczki papryczki chili (wystarczy kwadrans, by oliwa nią przeszła, koniecznie spróbujcie!). Heaven. 

Garść szpinaku za 1,5zł

Do pizzy było wino i Tygodnik Kulturalny. A potem składanie szafy, którą mam (1,5 roku bez, nie wiem, jak to wytrzymałam!) i wybieranie pasztetu od Marty na święta. Ech, wciąż się nie możemy zdecydować. Tyle dobrego do spróbowania, tak dużo do zrobienia. Może zrobię dwa? I zamrożę?

I wciąż jem szpinak, który już jest w moim warzywniaku. Wiem, że sypany i blah blah blah, ale myślę, że niewiele się różni od tego, który kupujemy w lipcu. Uwielbiam te wielkie liście, które fantastycznie się komponują w sałatkach i koktajlach, które prawie codziennie wypijamy.

Lubię te wspólne niedziele. Dają mi potężnego kopniaka na cały tydzień. A nadchodzący będzie pogodowo fatalny ze względu na niskie ciśnienie i deszcz. Ale ja mam plan, nie tylko treningowy. Nie dać się.

Miłego tygodnia.







niedziela, 29 marca 2015

KUKBUK: Chleb z ziemniakami, porem i rozmarynem

Tym razem robiłam z przepisu Moniki z Gotuje Bo Lubi, który KUKBUK nieco zmienił. Zrobiłam tę drugą wersję. Następnym razem trochę jednak dosolę (1 czubata łyżeczka by się przydała).

Pierwszej nocy piekłam ziemniaki z rozmarynem i por, a kolejnej chleb. Zapach każdej nocy nieziemski!

Chleb najlepszy (niestety) z masłem, zaleca się jeść chwilę po wyjęciu z piekarnika, jeszcze parujący i mokry. Będę go powtarzać wielokrotnie, szczególnie jak mi rozmaryn świeży wzejdzie!




Zdjęcia nocą robiłam, więc nieciekawe, ale nie będę z tego powodu rozpaczała. To mój najlepszy chleb z dotychczasowych, mimo, że pszenny. 

Wkrótce minie rok, odkąd jemy swój chleb każdego dnia, a ja wciąż mam wrażenie, że tak niewiele o tym wiem, że jeszcze tyle różnych chlebów muszę spróbować... Życie jest cudowne, prawda?



niedziela, 22 marca 2015

Calm down/ Białe I. Wiśniewskiej

Wstałam tuż po wyjściu Michała z domu, czyli o 8:30 (on z kolei umówił się z kumplami na bieg 50-kilometrowy...). Lubię taką niedzielę - wstać niezbyt późno, mieć w głowie plan na gotowanie na najbliższe przynajmniej 2h, a jednocześnie świadomość długiego dnia przed sobą.
I teraz mi trochę przykro, że już po 19, a ja jeszcze mam kilka rzeczy do zrobienia, bo jednak nie wyrobiłam się ze wszystkim.
Jedz i biegaj Scotta Jurka

Michał potrzebował czegoś wysokobiałkowego po takim treningu, więc zdecydowaliśmy się na burgery z zielonej soczewicy i pieczarek, do których dodałam m.in całą szklankę posiekanych orzechów włoskich, dwie szklanki posiekanego świeżego szpinaku i kilka innych pyszności. Wegańsko, tym razem z książki Scotta Jurka. Cudowna ilość burgerów dokładnie na 4 obiady, więc jutro też te klopsy, a na dwa kolejne obiady zamrożę. Są pyszne, koniecznie je zróbcie!

Właściwie z rzeczy, które muszę zrobić, to prasowanie (zajmie mi nie więcej niż 10 minut) i smalec z fasoli do pracy na dwa dni (już cebulka stygnie, więc tylko zmiksować pozostaje), więc właściwie nie jest tak źle.
Liczyłam też na krótką sesję jogi na rozruch, bo dziś czuję się już naprawdę dobrze, ale mogę zrobić sobie to przed snem, bo dziś będzie naprawdę symbolicznie.

Jutro wracam do pracy, mniej więcej w połowie tygodnia na siłownię i obiecuję sobie nie szaleć z niczym, a najmniej z życiem. Nie dam się, w pracy również, zajechać. Nie pozwolę sobie na brak czasu na sen i regenerację oraz na jogę, którą zaniedbałam. Skupiam się na sobie, w końcu.

Popijam herbatę z konfiturą imbirową od Natalii, która to (konfitura) wygrała u mnie minioną (nie)zimę. Mam jeszcze 1 słoiczek i uśmiecham się do niego w myślach, bo nie raz nas jeszcze zaskoczy chłód tej wiosny.

Kota cień, oczywiście na tytule...

A na zdjęciu obok konfitury jest książka, którą serdecznie Wam polecam. "Białe" Ilony Wiśniewskiej. Wydawnictwo Czarne nie zawodzi. To jeden z najlepszych reportaży, które miałam okazję czytać. Jestem ciepłolubna, niech wystarczy Wam na dowód fakt, że kocham Włochy. I przyznaję, że pierwszy raz w życiu poczułam ogromną chęć, by zobaczyć na własne oczy Spitsbergen i pobyć trochę z jego mieszkańcami. Serio.