sobota, 15 listopada 2014

Enjoy the little things


Te drobiazgi, małe zwycięstwa, które cieszą tak bardzo: pani z piekarni, zachwycona moim chlebem, prosi o przepis, następnie dostaje zakwas i sama piecze chleb; mięsożerni współpracownicy, którzy poczęstowani soczewicowym pasztetem, oświadczają mi się; garść pieczonych kasztanów, które sprawiają, że czasem lubię jesień; mieszkanie wypełnione zapachem ciasta dyniowego lub po prostu pieczonej dyni, z której robię nieustannie zapasy puree.



W tygodniu na śniadanie czekoladowy pudding chia sprawia, że czuję się trochę jak w sobotę 
i do pracy ruszam z większą energią i jeszcze lepszym nastawieniem. 

...


Z pracy wyszłam wczoraj prawie o 18, zmordowana wróciłam do domu. Zjadłam lekki obiad, wypiłam kawę i po 21:00 wiosłowałam już w Pure. Można? Można. Wychodziłam jako jedna z ostatnich. 
Fajne towarzystwo jest na siłowni w piątek wieczorem ;) 
Zasnęłam jak dziecko. Śniły mi się przygotowania do triathlonu z koleżanką z liceum. Nie widziałam jej od lat, ale często o niej myślę. Kiedyś wierzyła, że jak będę duża, napiszę książkę i znajdzie tam dla siebie dedykację. Ja też w to wierzyłam. ...Dziecięce marzenia ;)




Dziś jestem sama, Michał w pracy wyjątkowo, do późnego wieczora. Śniadaniem należy sprawiać sobie przyjemność - trzymam się tej zasady od dłuższego czasu. 
Bardzo dobrze mi zrobiła quinoa z rodzynkami, do której dodałam łyżkę masła orzechowego. Potem kawa z odrobiną cukru z cynamonem. I mogę jechać na trening. A potem remontować mieszkanie, które przygotowujemy pod wynajem. Będzie siła, będzie moc.

Dzień pochmurny, ale skoro rozpoczęłam go takim porankiem, nie może być źle, prawda?


Jeden z ulubionych dziś:









wtorek, 11 listopada 2014

Święto rogala i faszystów*





Byliśmy dziś na Biegu Niepodległości w Luboniu. Michałowi udało się pobiec na życiówkę w czasie 44:10 netto. Zjedliśmy też rogala. Ze łzami w oczach czekałam na start biegu - mam to na każdych zawodach, wzrusz ogromny, a dziś dodatkowo hymn zagrali. Miałam duży problem, by się nie rozpłakać.

 My w ten sposób świętowaliśmy 11.11 a Wy?



Wystarczyło wrócić do domu z wesołej wycieczki i miło spędzonego czasu z biegającymi znajomymi i włączyć radio, by usłyszeć, w jaki sposób inni spędzają ten dzień. Ech. Dla rozluźnienia zrobiłam 3 chleby, które teraz dochodzą do siebie, a rano je upiekę przed pracą. Dla rozluźnienia II zabrałam się za dżem dyniowo-pomarańczowy. Przepis i relacja następnym razem. Pachnie cudownie: gałka, imbir, cynamon. Aj. Samej sobie zazdroszczę już tych słoików.




*Tak 11.Listopada nazwała moja droga Natalia. Zawsze trafione.

niedziela, 9 listopada 2014

No pain no gain

Kolejny tydzień bez jogi. Jakoś mi głupio, że ostatnio wyszłam, no i postawiłam na poznawanie kolejnych zakątków Pure.

We wtorek ZDROWY KRĘGOSŁUP, jak zawsze, nie zawiódł. Opłaciło się weekendowe ćwiczenie z piłką fitnessową, pobiłam we wtorek swój osobisty rekord w utrzymaniu się nie piłce bez oparcia nóg o podłoże oraz rąk na piłce. Tylko balans ciałem, głównie biodrami właściwie. 
Wydawało mi się, że trwało to 3-4 minuty, w rzeczywistości pewnie dużo krócej, ale to nic. 
Byłam bliska płaczu ze szczęścia. Aj! Ja, antytalent jeśli chodzi o równowagę i w ogóle z ułomnością  w temacie core, utrzymałam się na piłce, panowałam na niej i nie miałam dość!
Po ZDROWYM poszłam na rowerek - tradycyjne już 10 km przejechałam w 26 minut.

Środa to był dzień regeneracji tym razem, ale w czwartek już wróciłam do Pure, ponownie na ZDROWY. Miałam nadzieję, że w końcu trafię na zajęcia bez piłki. 
Oczywiście uwielbiam piłki, ale byłam ciekawa, jak instruktor prowadzi te zajęcia bez nich. 
No i cóż, zajęcia grupowe nie przestaną mnie nigdy zadziwiać - dostałam pstryczek w nos. Ćwiczyliśmy m.in z gumami (zdjęcie poniżej, z allegro), głównie w obrębie barków. Musicie wiedzieć, że mam bardzo słabe barki, plecy i ramiona. Koszmarnie wprost. Dlatego dostałam mocno po tyłku. A raczej po barkach. 
Ale było super, dla rozluźnienia przejechałam po zajęciach 10 km, tym razem w 23 minuty

Gumy do ćwiczeń


W sobotę zrobiłam sobie samodzielny trening, tzn zaspałam na spinning, na który miałam po raz pierwszy iść. Byłam sobą rozczarowana, ale zjadłam kaszę jaglaną i pojechałam coś sama poćwiczyć.

Rower - 15 minut (to często moja rozgrzewka)
Orbitrek - 15 minut
Bieżnia - 10 minut*
Wioślarz - 6 minut
3x 10 squat na bosu
3 x 20 sek deska
3x 10 skręty na core board
3x 20 brzuszki
Kilka minut ćwiczeń stabilizacyjnych na piłce fitnessowej
ok 10 minut rozciągania

*Wiem, że nie powinnam, ale nie mogłam się powstrzymać. Spędziłam tylko 1km na bieżni, z czego przetruchtałam 300m, reszta była marszem. Tęsknię do biegania okrutnie :( Niestety popołudniu poczułam kolano... No ale maszerować sobie będę.

Wioślarz - to był mój pierwszy raz, przed wyjściem z domu przestudiowałam na youtubie technikę wykonania i poczytałam, czy przypadkiem nie obciążą kolan. Proste plecy, a potem tylko warto pamiętać, by wypuścić najpierw ręce, potem reszta. Łatwizna? 
Ha, jeśli masz siłę w rękach i ramionach, to ok, ja czułam ręce wieczorem. Oczywiście tylko mnie to cieszy.

Dziś też zrobiłam samodzielny trening, był bardzo podobny do wczorajszego:

Rower - 12 minut (5 km)
Orbitrek - 15 minut
Wioślarz - 7 minut
3x 10 squat z kettlebells
2x 10 skręty na core board
Kilka minut ćwiczeń stabilizacyjnych na piłce fitnessowej 
Rolowanie pasma biodrowo-piszczelowego, po ok 2 minuty na każdą nogę
ok 10 minut rozciągania


Dziś tez odkrywałam nowe gadżety, były to tym razem kettlebells. Wybrałam 6kg ciężar i robiłam takie squaty, jak na filmiku poniżej na początku.


Minęło kilka godzin od treningu, a ja już już czuję ramiona i plecy. Być może niepotrzebnie dziś znowu wiosłowałam. Ale było fajnie. Nie będę się rozpisywać na temat powrotu, bo aż wstyd... Mam niecałe 3km do Pure, a z trudem pedałowałam w drodze powrotnej... Paszcza się śmiała, choć twarz wykrzywiała w bólu ;)

Ale dlaczego paszcza się śmiała? Dziś rano się mierzyłam. Pierwszy raz od września.

Minus 2 cm w cyckach.
Minus 3 cm w talii.
Minus 3 cm na bębolu.
Minus 2 cm w biodrach.
Minus 2 cm w łydkach.

Wiedziałam, że jest mnie mniej po ciuchach, ale nie myślałam, że aż tyle. 
Jeszcze bardzo dużo pracy przede mną, ale radość była ogromna!

Oczywiście nie samymi ćwiczeniami człowiek żyje, bardzo ograniczyłam słodycze. 
Ale o tym za miesiąc, przy kolejnym mierzeniu.


środa, 5 listopada 2014

Koktajl z jarmużem





W końcu jarmuż jest CODZIENNIE dostępny w osiedlowym warzywniaku. Cudownie! 
Kupiłam palmę i przede wszystkim zrobiłam koktajl. Inspirując się przepisem stąd. Tyle tylko, 
że pominęłam kiwi. Dorzuciłam otręby i nie namoczyłam moreli. Wyszedł cudowny, orzechowy! Jeśli chodzi o wkład,  to dałam pół na pół mleko i jogurt naturalny.
Z jarmużu można oczywiście wiele innych rzeczy robić, ale chwilowo jestem zafascynowana jego smakiem w koktajlu.
Michał upodobał sobie jajecznicę z jego dodatkiem - też ok, ale jajka mi nie wchodzą, delikatnie mówiąc, od kilku miesięcy.

Jest suchy, bezwietrzny, ciepły listopad. Aż się nie chce wierzyć, że poranki są tak ciepłe (9 stopni dziś było o 7:00). Korzystajmy, cieszmy się, zapamiętajmy. Może łatwiej będzie przetrwać zimę dzięki tym wspomnieniom.

Słucham wciąż, nie mogę przestać tej jesieni N. Przybysz i czekam na płytę. Będzie miód, już to czuję. Lubię ją taką zdzierającą gardło. I jogującą ;)


 

 Bo dobre jedzenie, książki, kino i muzyka umilą nam oczekiwanie na lato. I sport, duuuużo sportu.


niedziela, 2 listopada 2014

Bogato w treningi i w bóle mięśni

Tydzień był dość bogaty w treningi, choć jego początek na to nie wskazywał.

W poniedziałek pojechałam na jogę, ale niestety poczułam się fatalnie i po 30 minutach musiałam wyjść z sali. Byłam niepocieszona, trochę zdołowana, ale potem pomyślałam, że tak widocznie musi czasem być. Że to nie ten dzień itd - choć nie chodziło o brak motywacji do ćwiczeń, tylko fizycznie czułam się naprawdę strasznie.

We wtorek udało mi się dojechać na Zdrowy Kręgosłup, na którym nie było mnie cały miesiąc. Znacie to uczucie, kiedy wydaje Wam się, że jesteście niewidzialni? Wydaje mi się, że instruktor mnie zapomniał, ale nie dziwię się właściwie, bo w tak dużym klubie jest spory przepływ ludzi. Tak czy inaczej, było ciężko. Nie spodziewałam się, że aż tak. Połowa ćwiczeń sprawiała mi wyraźną trudność, a i następnego dnia czułam mięśnie. Sporo do nadrobienia po miesiącu chorowania... Po zajęciach przejechałam 10km na rowerku, na co poświęciłam 24 minuty.

Czwartek to miał być dzień jogi, ale udało się wyrwać z pracy o ludzkiej godzinie, więc pomyślałam, że pójdę ponownie na Zdrowy Kręgosłup - zwykle jeden dzień w tygodniu instruktor poświęca na ćwiczenia z piłką, podczas których wzmacniamy mięśnie, natomiast podczas drugich zajęć jest głównie rozciągania. Stwierdziłam, że się przyda. A tu psikus: znowu zajęcia z piłkami! Oczywiście to super wiadomość, bo piłki to w ogóle super sprawa, a dodatkowo został zaplanowany trening stabilizacyjny. Pięknie się składa: ze wszystkim u mnie słabo, ale do core powinnam się stanowczo bardziej przyłożyć. I tu nie było łatwo. Ale nie poddajemy się, a po treningu znowu na rowerek, też 10km, w tym samym czasie. Wierzę, że rower pomoże mi odbudować tę pieprzoną chrząstkę w kolanie i wrócę kiedyś do biegania.

Wiedziałam, że sobota będzie ciężkim dniem, piątek zresztą też, ponieważ już w piątek jechaliśmy do mamy. Nie chcę się wdawać w szczegóły, ale mam sporo na głowie, ponieważ zajmuję się całą spadkową sprawą od czasu śmierci ojca. W imieniu mamy i siostry ustalam taktykę z prawnikami, negocjujemy warunki z drugą stroną. Dodatkowo później muszę przekazywać i siostrze (która jest w Anglii) i mamie (która jest w fatalnym stanie) wszystkie informacje i tłumaczyć, dlaczego tak, a nie inaczej postępujemy. I myślę, że od tych wszystkich okropnych rzeczy ( i wielu innych związanych z urzędami, ubezpieczylami, ZUSEm, skarbówką etc) od kilku miesięcy cierpię na bóle kręgosłupa. Z powodu napięcia. Raz mocniej, raz lżej. Od kilku tygodni bardzo mocno. Nie pomogła miesięczna absencja na siłowni i dwutygodniowe zwolnienie. Aktualnie wygląda to tak, że nie boli mnie kręgosłup przez godzinę po treningu. Ale sypiam normalnie, a to zasługa głównie Pure właśnie. Regularne treningi są dość męczące, co mnie bardzo cieszy.

I z powodu tego napięcia i dużego obciążenia sprawą wiadomą, w piątek postanowiłam wstać godzinę wcześniej i spóźnić się godzinę do pracy. O 5:30 byłam już po śniadaniu, a pół godziny później w drodze do Pure. Czekałam (wcale nie sama!) na otwarcie klubu od 6:25. Kilka minut później już byłam w szatni.
BAJKA. Dość pusto, ale nie zupełnie, bo razem ze mną było 8 osób o 6:40, a co kilka minut docierały kolejne, ale było jeszcze fajniej, niż w niedzielę rano: na totalnym luzie, bez żadnej spinki. Wszyscy mieliśmy świadomość, że nie musieliśmy wstać, nie mamy za sobą ciężkiego dnia w pracy, nikt nas nie zdążył jeszcze wkurzyć i że dzięki temu, że tu rano przyszliśmy, czeka nas wspaniały dzień.
Rozgrzewałam się na rowerku przez 15 minut (przejechałam 5 km), następnie przesiadłam się na orbitrek na kolejny kwadrans i potem poszłam do kącika z gadżetami, gdzie zrobiłam kolejno: 3x 10 squat na bosu, 3xdeska 30 sekund, 3x 25 brzuszki na skośne, kilka minut poświęciłam też zabawie z dużą piłką, następnie porolowałam uda i potem długo się rozciągałam. Cudowny, godzinny trening. Prysznic i do pracy, gdzie czekał mnie ogień i przez trening wyszłam dopiero o 17:30, zamiast o 16, ale ani chwili nie żałowałam.
Mam nadzieję, ze uda mi się to praktykować 2-3 razy w miesiącu. Nie chcę częściej, bo zajęcia grupowe wieczorami są zbyt ciekawe, by je odpuszczać. Ale kopniak energetyczny był ogromny!
Sobotę całą cierpiałam przy każdym siadaniu, wstawaniu, nie mogłam się śmiać, kaszleć. Przesadziłam z napinaniem brzucha, tzn ilość powtórzeń nie była powalająca, ale wciąż wracam do formy.

Core board


No i dziś, w niedzielę, tez miał być trening rano, a był po 11:00, bo przeciągnęliśmy wspólne śniadanie tak długo, jak się dało.
Właściwie dziś byłą powtórka z piątku, tylko zrobiłam 1 serię więcej brzuszków i dodałam 4 serie po 10 skrętów na czymś, czego musiałam poszukać w internecie, bo nie miałam pojęcia, jak się nazywa. CORE BOARD. Z pozycji deski robiłam skręty na maksa w lewo, następnie w prawo, z każdym skrętem trzymając biodra nieruchomo. Pracuje grzbiet, ramiona i brzuch, aj! Od razu sobie poszukałam innych ćwiczeń, które przy pomocy tego magicznego urządzenia można wykonywać. Wrzucam zdjęcia core board z tej strony.
Czuję brzuch, czuję uda, jest dobrze.

I dziś też były pustki od rana w klubie. Większość powyjeżdżała na weekend pewnie. Lubię takie dni tam.
Przyszły tydzień kształtuje się podobnie, tylko jutro mam nadzieję zostać na całej jodze, a w piątek rano mnie nie będzie w klubie, więc tez pewnie będą 4 treningi.
A spodnie coraz bardziej wiszą... A ja się czuję coraz lepiej, fizycznie. Będzie fajnie; jeszcze trochę i poczuję jakąś różnicę, bo nie chcę ciągle mówić, że wracam do formy.

Przyjemności w nadchodzącym tygodniu, ćwiczcie!

piątek, 31 października 2014

.

Co roku szukaliśmy razem grobu cioci Walentyny i co roku się z tego śmialiśmy, mówiąc, że za rok w internecie sprawdzimy miejsce, by nie tracić czasu.
I tak zawsze powtarzaliśmy, nigdy nie sprawdzając, oczywiście.


Co roku tata mówił, że wiosną przyjedzie na grób swojego ojca i zlikwiduje mech, odświeży trochę nagrobek, żeby było porządnie. I w ostatnich latach zaczynał to zdanie "Muszę wiosną...", a my się już śmiałyśmy i nie musiał tata kończyć nawet.


Jutro nie będziemy się śmiały z taty, który nie pamięta, gdzie leży ciocia Walentyna. 
I z tego, że wiosną trzeba zdjąć mech dziadkowi.
Znalazłam kwaterę cioci w internecie. A grób dziadka odświeżyłyśmy w lutym, chowając tatę.


Ciężki dzień przed nami.

niedziela, 26 października 2014

No to Pure!

Wczoraj znowu obudziłam się z bolącym gardłem. Od wtorku było dobrze, więc trochę się zdziwiłam, ale tylko trochę, bo mam wrażenie, że i tak wyzdrowieję ostatecznie w okolicach czerwca.
Postanowiłam zignorować takie objawy, jak ból gardła i katar (i tak mam go cały rok, więc można przyjąć, że jest alergiczny), no i proszę: dziś obudziłam się bez bólu gardła. Zjadłam owsianko-jaglankę, spakowałam się i po espresso pojechałam do Pure.

Lubię ten luz w klubie w sobotę czy niedzielę rano. Wszyscy są trochę spokojniejsi, niż w tygodniu wieczorem. Lepiej się ćwiczy, a potem wychodzę z galerii handlowej i obserwuję tylko rodziny z małymi dziećmi. Tak, cudowny sposób na wspólne spędzenie niedzieli. MacDonald's w centrum handlowym. Smutne. Ale to nie moje życie, nie moja sprawa.

Nie było mnie tam długo, więc postanowiłam nie szaleć. Miałam ćwiczyć ok 30-40 minut, prawie się udało, ale trochę przedłużałam rozciąganie, bo tak mi tam było dobrze... :) Ale nie szalałam, pot się nie lał strumieniami, tylko troszkę. Promise.

Kolejność ćwiczeń zachowałam i prezentuje się to następująco:

20 minut na rowerku stacjonarnym (8,5km)
20 minut na orbitreku
3x10 squat na bosu
2x30 sekund deska

Do tego duuużo rozciągania. Dobrze było wrócić, w końcu czuję, że żyję, czuję mięśnie (no cóż, jednak mam jakieś, skoro bolą) i kolejny tydzień już mam nadzieję, będzie "normalny", czyli wrócę na jogę, na zdrowy kręgosłup im zobaczymy, na co jeszcze ;) Obiecuję w tym pierwszym tygodniu nie szaleć jeszcze.

A bosu kocham! Taka to podstępna pół-piłka, która robi wszystko, żebym z niej spadła, przypominając tym samym, że najczęściej wystarczy napiąć mięśnie brzucha. Ćwiczenia z cyklu core są u mnie niezwykle ważne. Oczywiście mam na myśli problemy z kolanem, ale właściwie nie tylko. Więcej wkrótce.

Jestem tak naładowana energią po tym treningu, że nie mogę się przestać śmiać ;)


Bosu. Zdjęcie ze strony





sobota, 18 października 2014

Akcja pierogi - z dynią i wędzonym tofu

Uwielbiam pierogi, ha! Któż nie? Tak naprawdę sami robiliśmy je tylko 2 razy, z nadzieniem z twarogu i kaszy gryczanej, ale pieczone robiłam po raz pierwszy dopiero ostatnio. Przepis od Jadłonomii.

Pierogi z dynią i masłem migdałowym

Wykonanie ich wymaga czasu, ale mam na myśli oczekiwania, a nie kilkugodzinny zapieprz 
w kuchni. Bo trzeba upiec warzywa. Po ugnieceniu ciasta, trzeba mu dać 1,5h by odpoczęło i urosło.
Smak wynagradza wszystko, uwierzcie. Mimo, że nie okazały się idealnie, ale to szczegóły,
 które poprawię następnym razem: więcej soli do ciasta (dałam symbolicznie, a mogłam dać solidną łyżeczkę), no i samo ciasto mogłam rozwałkować naprawdę dużo cieniej, bo one jednak rosną 
w piekarniku.
Im cieńsze, tym smaczniejsze, oczywiście.
Za to farszu wyszło mi za dużo. W planach miałam zamrozić na kolejny raz, ale przez niedoprawione ciasto, wpadliśmy na pomysł, by pierogi maczać właśnie w farszu, co okazało się świetnym pomysłem.
Oczywiście dla Michała to była ledwie przekąska, ale zapewniam, że normalny człowiek spokojnie się naje taką porcją.

Tradycyjnie kupiłam więcej dyni i zamroziłam kolejną porcję puree na smutne zimowe dni.


Przymierzam się do zrobienia dużej porcji pierogów z nadzieniem z soczewicy. Lubię mieć takie rzeczy w zamrażalniku na tzw awaryjny obiad, gdy zamiast 30 minut, nie mogę na niego poświęcić więcej niż 15. Zdarza się i tak przecież.
Tak się złożyło, że od miesiąca mam w lodówce wędzone tofu, na które oboje nie mamy pomysłu. Ostatnio częściej zaglądam na Hello Morning i dzięki niej właśnie zrobiłam takie prawie ruskie. 
Farsz zrobiłam rano, a popołudniu wzięliśmy się za ciasto. I tak wyrobienie ciasta + nafaszerowanie + ugotowanie i zjedzenie zajęło nam dokładnie godzinę. Pierogów wcale tak mało nie wyszło, ale oczywiście pochłonęliśmy całość! Ciasto z tego przepisu jest doskonałe. Jedyna modyfikacja, to brak świeżej mięty. Serdecznie polecam ten przepis. Były absolutnie przepyszne - nie wiem nawet, kiedy je zjedliśmy!


Samych pierogów nie zdążyliśmy sfotografować...

Czy możecie mi życzyć dużo zdrowia? Dobiega końca trzeci tydzień, kiedy jestem chora.
 Poprzedni weekend był już bardzo dobry, czułam się świetnie, a w poniedziałek rano obudziłam się ponownie z bólem gardła. Nie mogłam iść znowu na zwolnienie, więc niestety chorowałam w pracy. 
Od czwartku gorączka (4.raz w życiu!), więc w piątek już wzięłam urlop. I dobrze. 
Pani doktor się załamała, widząc mnie po raz kolejny. Tym razem same witaminki, na odporność, syrop z cebuli. 
I leżeć. No to leżę. 
A w przerwach pierogi ruskie zrobiliśmy z Michałem, o.

Wracam do łóżka. Zamierzam wyzdrowieć ostatecznie i wrócić do treningów. Nawet się nie ważę, 
ani nie mierzę. Nie chcę wpaść w depresję.

 

wtorek, 14 października 2014

15. POZnań Maraton

Za nami piękny weekend, który obfitował w spotkania z niesamowitymi ludźmi. Było tak cudownie, 
że nie mamy żadnego zdjęcia z Kamilem, który wpadł do nas wieczorem w sobotę na przedstartowe pogaduchy, a w niedzielę rano do nas wrócił i razem pojechaliśmy na start biegu.

Z Marysią i Sebastianem ze Szczecina, których gościliśmy, też nie mamy zdjęcia! Nie było czasu, naprawdę! Nie wspominam o jedzeniu, które jedynie konsumowaliśmy, bo na dokumentację blogową też czasu nie wystarczyło... Zresztą, jakoś spotykając się z fajnymi ludźmi zawsze mam ten sam problem: zupełnie zapominam o robieniu zdjęć, nie do końca nadaję się do tych czasów, w których każda chwila z naszego życia jest fotografowana i wysyłana na instagram czy facebook.... 
Dzielę się i tak wieloma rzeczami, ale nie mam tyle refleksu, poza tym często mi się nie chce po prostu, nie chcę przerywać rozmowy, peszyć ludzi robieniem zdjęć. Ale to również "zasługa" Michała, który był zawsze nadwornym fotografem, dzięki czemu nigdy nie wyrobiłam sobie nawyku częstego pstrykania. Bądźmy szczerzy - nie mam też do tego ręki.


Kolejny maraton, który udało się Michałowi przebiec, też za nami. 3:46 to jego czas, ale sporo spacerował w trakcie, przed metą też trochę szedł, nie spiesząc się nic a nic, bo wiedział, 
że życiówki nie będzie, a od 10.km zmagał się z problemami żołądkowymi. 
Żałujemy, oczywiście, że żałujemy, bo tak dobrze jeszcze nigdy nie był przygotowany - bardzo solidnie przepracował biegowo miniony rok. Nie ma tego złego, wiosną jedziemy na maraton do Łodzi lub Warszawy. 

Sebastianowi ani Kamilowi też nie udało się pobiec według zamierzeń, stąd też brak jakichkolwiek zdjęć z mety. Nikt nie wyglądał szczególnie zachęcająco ani nie tryskał radością, więc nikt z nas też nie pomyślał o robieniu zdjęć. 
Chcieliśmy szybko wrócić do domu, zażyć krople żołądkowe i doprowadzić się do stanu używalności.
Michał biegł na pół gwizdka, bez spiny (nie mógł inaczej, a chciał mimo wszystko ukończyć), dlatego... w ogóle nie czuł, że przebiegł maraton. W poniedziałek tradycyjnie zrobił wybieganie po maratonie, ale narzekał, że bez sensu, bo i tak nie czuje w nogach tych 42km. 
Nie martwcie się, ja też nie rozumiem, jak można nie czuć, że dzień wcześniej przebiegło się maraton.

A ja? Hm, a ja jestem chora. Pogubiłam się już "znowu" czy "wciąż". Kilka dni było super, a wczoraj obudziłam się znowu z bolącym gardłem. Mam katar, gardło boli zupełnie inaczej i czuję się jak flak - to zupełnie inna infekcja. 
Ale trzeci tydzień na zwolnienie iść tak średnio, więc męczę się, piję gar zupy z zielonej soczewicy, doprawiam herbatą z imbirem, popołudnia spędzam, leżąc w łóżku w dresie i grubych skarpetach. 
I nie jeżdżę rowerem i nie chodzę na fitness. I cierpię.


wtorek, 7 października 2014

Będę gruba i szczęśliwa, czyli o dyniowych pancakes

Przecież ostatecznie to samo zdrowie, prawda? Nie zawierają cukru, za to mają puree dyniowe... Zapomnijmy na moment, że są smażone. Na tłuszczu. Po prostu zapomnijmy.

Bo...tak dobrze robią w chorobie, tak rozgrzewają, tak się potem głaszczę po brzuchu przez chwilę. 
I błogo mi.

Wczoraj miałam iść do lekarza, by udowodnić, że jestem zdrowa i w środę mogę wrócić do pracy. 
Ale obudziłam się z bólem gardła, znowu. Spojrzała mi tam pani doktor i powiedziała "Dziecko, masz ogień w gardle". Ogień to ja mam gdzie indziej, od tego leżenia, pomyślałam.
Do środy w domu, to jest absolutne minimum. Nawet się nie zająknęłam o treningach.


Zawsze biorę do pankejków sztućce, a potem i tak jem bez ich użycia. To fajne, bo łyżeczką nakładam dżem, a potem rozdzieram palcami każdy po kolei. Tak smakują najlepiej, jak pizza, tortilla i wiele innych rzeczy. Zawsze lubiłam jeść dłońmi... po prostu smakuje lepiej. Nic na to nie poradzę, ale nie martwcie się: staram się hamować w miejscach publicznych (oczywiście pizzy NIE WOLNO jeść sztućcami!) ;)

DYNIOWE PANKEJKI
 
1 szklanka mąki
1 solidna łyżeczka cynamonu
1 łyżeczka imbiru
1 płaska łyżeczka gałki muszkatołowej
1 łyżeczka sody
odrobina soli
szklanka jogurtu lub mleka
szklanka dyniowego puree
olej do smażenia

Wymieszać suche, wymieszać mokre, połączyć trzepaczką i smażyć

To porcja dla 1 osoby, niestety.