wtorek, 23 czerwca 2015

Bieg Rzeźnika 2015, czyli jak Michał został ultrasem

Michał marzył od dawna o tym biegu. Ostatnie miesiące były dla nas obojga dość trudne. On się stresował, a ja się stresowałam, że on się stresuje itd. Najgłupsze drobiazgi prowadziły do kłótni i fochów. Ale przetrwaliśmy. Po prostu częściej gryźliśmy się oboje w język, im bliżej startu. Uff, to już za nami :)

Michała pakowanie, to tylko na bieg

Dystans niemal 80km jest nieludzki, ale dodajcie do tego bieg w górach (i Bieszczady wcale takie łatwe nie są, jakby się komuś mogło wydawać. Zapraszam na podejście pod Małe Jasło, o. I wiele innych zresztą też), no i totalna jazda, czyli start o 3 rano. To nie znaczy, ze wystarczy wstać o 1, zjeść śniadanie, wypić kawę i pobiec. Bieg Rzeźnika zaczyna się następująco: o 1:30 jest zbiórka w Cisnej, skąd autokary zabierają zawodników na start do Komańczy. Jadą tam około 1h. Więc pobudka jest około północy. 
Tak, sami sobie wymyślcie, o której się idzie spać przed Rzeźnikiem. Meta jest w Ustrzykach Górnych, skąd autokar zawodników zawozi do Cisnej. Nie jest to łatwe przedsięwzięcie dla kibiców, jeśli chodzi o logistykę. Mamy 2 przepaki i jeden punkt kontrolny i nawadniający, czyli 3 miejsca, w których możemy spotkać naszych zawodników, bo trasa biegu nie wygląda jak na maratonie, więc nie możemy się ustawiać gdzie chcemy; jakoś sobie nie wyobrażam czekać w środku lasu na Michała. I w środku nocy jeszcze w dodatku.

Profil i opis trasy ze strony biegu.



I. Komańcza 
II. Cisna 
III. Smerek 
IV. Berehy Górne 
V. Ustrzyki Górne

Przybliżone przewyższenie trasy to +3235m podbiegów oraz -3055m zbiegów.



Dlatego pierwotny plan był taki, że odprowadzę Michała do autokaru i wrócę spać. Będziemy w kontakcie telefonicznym i zobaczymy się w Cisnej.

Ale oczywiście poznałam ludzi, którzy mieli auto ;) O ludziach i samej podróży będzie osobny post.
Marta supportowała swojego chłopaka Mateusza i jego partnera Janka (jeśli ktoś jeszcze nie słyszał, ten bieg pokonuje się w parach), którzy nie chcieli zostawiać niczego na przepakach, tylko odbierać od niej. Dlatego jej towarzyszyłam.
Wstałyśmy z chłopakami o północy. Zawiozłyśmy ich pod autokar (mieszkaliśmy 2,5km od Cisnej) i wróciłyśmy spać. Ustaliłyśmy, że wyjedziemy z domu o 6:40, bo pierwszy przepak był po ponad 30km w Cisnej właśnie.
Udało się nie zaspać, ale prawie nie zasnąć też. Nerwy zrobiły swoje, ale kto by się nie denerwował?

Sporo znajomych spotkałyśmy, zanim nasi dobiegli, żeby wspomnieć choćby Marcina z Kościana czy dr Sławomira Marszałka, albo Bo i Krasusa. Chyba miło tym wszystkim biegaczom, że ktoś poza oczywistym supportem (rodzina, najbliżsi) też im kibicuje.
Mateusz i Janek z jankową kontuzją pojawili się o przewidywanym czasie. I od razu zapytali o leki przeciwbólowe. Wiedzieli, że za nimi najłatwiejszy odcinek trasy. Widziałyśmy, że jest ciężko, ale że będą walczyć.


Cisna

Długo czekałyśmy na Michała i Kamila, w końcu się zjawili. Zdjęcie mówi wiele, ale nie wszystko. Noga Kamila dała o sobie znać. Misza żartował, więc wiedziałam, że czuje się doskonale. Oporządziłyśmy ich, buzi buzi, poklepani po ramieniu i pobiegli dalej. A my poszłyśmy na śniadanie. Przy jajecznicy i kompocie jabłkowym rozmawiałyśmy o tym, co robimy w życiu, bo właściwie nie zdążyłyśmy nawet 5 minut wcześniej porozmawiać. Wypiłyśmy kawę i pojechałyśmy na drugi przepak, kierunek: Smerek.

Było już gorąco, bardzo. A tam kawałka cienia nie uświadczyłyśmy nawet. Czekałyśmy. Mateusz i Janek dobiegli. Ciężko, ale byli zdeterminowani. Czekałyśmy długo na Michała i Kamila, w końcu zadzwoniłyśmy do nich. Okazało się, że są daleko. Musiałyśmy jechać na Berehy (Brzegi Górne), żeby zdążyć z piciem i jedzeniem dla Mateusza i Janka. 

Na Berehach też grzało, ale była piękna górka, na której rozłożyłyśmy koc, wyjęłyśmy kanapki, daktyle i rodzynki. I kibicowałyśmy, i rozmawiałyśmy dalej o życiu, podjadając. 

Tak trudno mi opisać, co czuję na zawodach, gdy czekam, aż pojawi się Michał. Ekscytacja połączona ze stresem. Czy wszystko w porządku? Bo przecież już powinien być. Ale zawsze jest, więc po co te nerwy, Majka? A w międzyczasie fale biegaczy, do których krzyczę, dla których klaszczę, których tak bardzo chciałabym wesprzeć, a każde słowo typu "Dawaj!", "Świetnie wyglądasz, a już tyle za tobą!", "Zazdroszczę, że możesz!" wydaje się banałem. Oni wiedzą, że każdemu tak krzyczę, ale wiedzą też, że każdemu życzę tego szczerze. Ciary, cały czas ciary. I łzy w oczach. 
Po każdych zawodach jestem wypruta emocjonalnie i zasypiam jak dziecko. Po każdym maratonie Michała to ja jestem bardziej głodna i po obiedzie muszę iść na drzemkę, on mi tylko towarzyszy.

Teraz jechałyśmy już w stronę mety, do Ustrzyk. Zdzwoniłyśmy się z chłopakami, żeby dowiedzieć się, ile mamy czasu. Na obiad i piwo wystarczy. Jak się już posiliłyśmy, usiadłyśmy bliżej mety. Zgarnęłyśmy Mateusza i Janka i pojechaliśmy do domu, do Cisnej, bo Michał i Kamil mieli przed sobą jeszcze ok 2h biegu. Wiedziałam, że nie ma sensu czekać, że spotkamy się na miejscu. 
Ostatecznie ich bieg trwał 15h z hakiem.

Kamil opisał swój i Michała bieg tak. Bo sprawiła, że się wzruszyłam i, nie będę ukrywać, popłakałam. Tylko niektórzy rozumieją, że podmuch wiatru może sprawić ból. Krasus tu i właśnie tam poczytacie, jakim jest niesamowitym partnerem biegowym dla Bo.

Milion emocji, zdjęcia znajdziecie na blogach, które podlinkowałam. Oczywiście można mówić, że gdyby tamten się lepiej przygotował, byłby lepszy czas, gdyby tamten nie miał kontuzji, pobieglibyśmy dalej (bo Bieg Rzeźnika na 77km wcale nie dla wszystkich się skończył, można było biec dalej...), gdyby gdyby gdyby. Ale to bieg, w którym najważniejsze i najtrudniejsze jest właśnie partnerstwo. Nie biegniemy sami, odpowiadamy również za drugą osobę, którą wybraliśmy sobie na towarzysza w tych zawodach. I musimy ze sobą wytrzymać te kilkanaście godzin, wypracować różne kompromisy, znosić fochy i schować dumę i gniew do kieszeni. 

Spisali się i jestem z nich bardzo dumna.

Pisałam już na facebooku, powtórzę: Michał jako jedyni z widzianych przez mnie biegaczy, chodził zupełnie normalnie po Rzeźniku. nie biegł na maksa i to pewnie tym jest spowodowane, ale schody mu nie były straszne, skurcze nie łapały, mięśnie nie bolały. Bieg Rzeźnika wspomina jako wycieczkę biegową. Tak, taki to mój rzeźnik właśnie. Mało ludzki; no, sami powiedzcie!



niedziela, 21 czerwca 2015

Najdłuższy dzień roku spędzić w łóżku.


Do 14 wypiłam 1,5l krupniku...

Można i tak, choć nie polecam. Od rana leżę z gorączką, ogromnym katarem i nieznośnym bólem gardła. Kolejny raz kłaniają się nieprzespane noce (no już nie przesadzam, ale bardzo rzadko śpię 6h, naprawdę, a to trochę mało przy dość aktywnym trybie życia), damn. I kolejny raz obiecuję poprawę i od jutra wyłączyć kompa o 22:30, a światło (bo to cholerne czytanie tyle czasu później zabiera! Kto teraz czyta książki?!) maksymalnie o 23:30. 

Już wczoraj miałam katar i ból gardła, ale nie odpuściłam (sic!) spinningu rano, a popołudniu dzielnie dawałam radę, pijąc wino (tak, Majka, gratulujemy) podczas imprezy rodzinnej. I tak się trzymałam, by uniknąć kłopotliwych pytań, a jak tylko weszliśmy do domu, to mnie ścięło na amen.

Dziś była pierwsza Joga Przy Fontannie, do końca sierpnia spotykamy się tam w każdą niedzielę o 9:00. To już kolejny rok w tym miejscu, ale mamy również alternatywę dla śpiochów: Yoga na Malcie w soboty o 13:00 przy kąpielisku nad Maltą będzie również joga, prowadzona przez innych ludzi. Nie wiem tylko, jak chcą rozwiązać problem tłoku w gorące dni, kiedy jest tam naprawdę tłumnie. Ktoś reflektuje na jogę na powietrzu? Atmosfera jest bajeczna, naprawdę warto! Możemy iść potem na wspólne śniadanie czy coś ;)
Tu macie artykuł, dotyczący dzisiejszych zajęć.

A w ogóle to dziś obchodzimy Międzynarodowy Dzień Jogi. Spójrzcie, jak wyglądały zajęcia w Indiach, które prowadził sam premier Narenda Modi:


Zdjęcia z gazeta.pl


Sporo dziś czytam, bo wciąż leżę, więc albo śpię, albo czytam, dzięki czemu Miłoszewski idzie jak burza. Zgodnie z przewidywaniami i opiniami: bardzo wciągająca pozycja.

Tak, w kolejnym tygodniu napiszę kilka zdań o Bieszczadach, obiecuję.



poniedziałek, 1 czerwca 2015

Burgery mojego życia

Maddy, jesteś najlepsza! W końcu się poznamy, a wtedy podziękuję Ci osobiście. Nie tylko za najlepsze burgery na świecie.

Niech Was nie zmyli kolor, to nie mięso ;)




Kiedy zrobiłam je po raz pierwszy, wiedzieliśmy oboje, że te burgery muszą być w zamrażalniku ZAWSZE. I wiedzieliśmy również, że zabiorę je na Rzeźnika, tzn w podróż. Nie rozumiem ludzi, którzy nie jedzą w podróży, nie mam tu na myśli obawy o pobrudzenie auta, tylko no wiecie: na jakieś siku się zatrzymujecie? Żeby zatankować? I co, wtedy nic nie jecie?
Nawet jak rowerem gdzieś jedziemy, dłużej niż 25 km, to też robię ciasto, albo jakieś extra kanapki.

Kiedy byłam mała i szykowaliśmy się na wyjazd do Włoch z rodzicami (autem), to najbardziej z siostrą cieszyłyśmy się na bułki z kotletami, które mama szykowała, jajka, które będziemy obierać na parkingach, ciasto, które upiekła. No kupne nie smakuje tak jak domowe, po prostu. 
I takie szykowanie wałówy na podróż zostało mi właśnie z dzieciństwa. Zawsze mam jakieś cukierki albo ciasteczka, gdy jedziemy pociągiem, PKSem czy gdziekolwiek. Przyznajcie sami, nie jest to miłe? Tak schrupać coś domowego w podróży?
  
Bułki Michała. Jest najlepszym piekarzem!

Przeczytać, kupić wszystko, zrobić, zjeść, zamrozić resztę i zaprosić kogoś na zajebisty obiad! Kiedy robiłam je po raz pierwszy, bałam się tego masła orzechowego. Oczywiście, niepotrzebnie, tym razem dałam nawet więcej niż w przepisie. W ogóle dałam wszystkiego więcej. Zrobiłam 27 burgerów. 


BURGERY BURACZANE

1 szklanka ryżu
1 szklanka zielonej lub brązowej soczewicy
2 szklanki surowych startych buraków
2 łyżeczki soli
świeżo mielony pieprz
2 czubate łyżeczki majeranku
2 czubate łyżeczki tymianku
3-4 ząbki czosnku, przeciśnięte przez praskę
1 mniejsza czerwona cebula, posiekana drobno
2 czubate łyżeczki musztardy
4 łyżki masła orzechowego
1 szklanka bułki tartej

Ryż gotujesz. Soczewicę gotujesz. Studzisz i wrzucasz do miski, dodajesz starte buraczki. Blendujesz, niekoniecznie na gładko. Dodajesz całą resztę i mieszasz. Odstawiasz na kwadrans.
Szykujesz dodatki: myjesz i suszysz sałatę, kiełki, wyjmujesz talerze. Możesz w tym czasie robić sos lub frytki, co tylko chcesz. My zajmujemy się bułkami, które sami wypiekamy (tez od razu robimy 8 sztuk, żeby zamrozić i mieć na kolejny obiad) z przepisu Jadłonomii, z książki ze strony 273 ("Bułki burgerowe najprostsze"). Podział ról u nas jest taki, że ja robię burgery, a Michał bułki. Nieznacznie modyfikuje przepis Marty, dodając kurkumy, dzięki czemu mają ładny żółty kolor. No i z mąką kombinujemy, tzn pszenną z orkiszową mieszamy.

Nabieram, ile mi się marzy, wolę płasko, bo burgery mają dużo innych rzeczy w sobie i potem jest problem, by zmieścić wszystko do paszczy. Smażę burgery na rozgrzanym oleju z obu stron, co zajmuje ok 7 minut łącznie. Wykładam na ręcznik papierowy, żeby odsączyć. W tym czasie bułki już się studzą. Dalej jak kto lubi, my robimy tak: smarujemy bułeczki wegańskim majonezem (Michał zrobił! Pasuje tu idealnie! Też z książki Marty, oczywiście), trochę keczupu, na to sałata, kotlet, kiełki, może być też pomidor i ogórek. I już. Możliwości milion.

Wegański majonez, Jadłonomia, strona 275.


Jedziemy tradycyjnie w niezbyt prosty sposób. Do Krakowa blablacarem, a potem jakimiś PKSami czy busami do Sanoka, dalej do Cisnej. Cały szkopuł w tym, żeby zdążyć na te wszystkie pekaesy. Czy ktoś wątpi, że zdążymy?
Powrót łatwiejszy (chyba): blablacar z Cisnej do Łodzi, a stamtąd już PolskiBus do Poznania bezpośrednio.
90zł od osoby w jedną stronę nam wyszło. Dużo trochę, no ale Bieszczady to koniec świata...

Koty wytulone i opieka nad nimi, nad roślinami oraz mieszkaniem zapewniona. Wojtek, który opiekunem tym będzie, został również nakarmiony. Możemy jechać, yay!



niedziela, 31 maja 2015

Chleb. Przepis podstawowy.

To jakiś skandal, że jeszcze o tym nie pisałam. Jeśli w jakikolwiek sposób mogłabym podsumować rok 2014, to na pewno nazwałabym go Rokiem Chleba, bezapelacyjnie.

Od czerwca ubiegłego roku nie kupujemy chleba. Pieczemy. Wciąż się uczymy, zima miała służyć za czas eksperymentów na chlebie, ale ten podstawowy przepis jest wciąż dla nas tak doskonały, że nie mamy jeszcze takiego parcia, by ładować do niego starte jabłko, albo ugotowaną kaszę, albo inne cuda.

Raz upiekłam chleb z gałązką rozmarynu w środku i było super, ale musiałabym go dopracować trochę...




No i należy wspomnieć, że wciąż jesteśmy totalnymi laikami, jeśli chodzi o zakwas, tzn dopiero w ostatnich kilku miesiącach zaczęłam go dokarmiać. Wcześniej właściwie nie było takiej potrzeby, bo co 7-10 dni pieczemy nowy chleb. Przygotowuję go z kilograma mąki, wychodzą nam piękne 3 bochenki, z których 2 mrożę.

Skąd zakwas? Ha, można zrobić samemu, ale zakwas, jak wino, z wiekiem szlachetnieje, dlatego warto sprawdzić na zakwasowej mapie Polski, czy w pobliżu Waszego miejsca zamieszkania jakaś dobra dusza nie ma zakwasu. My mieliśmy to szczęście, że Michał dostał od znajomego w pracy. W pakiecie z przepisem, który troszkę przerobiliśmy. Zakwas ma w tej chwili 2,5 roku. Jest doskonały. W razie czego poratuję, dajcie tylko znać, już kilka razy za jabłko sprzedaliśmy go dalej.

Około 2 h przed początkiem całego procesu, wyjmuję zakwas z lodówki, po 1h dokarmiam go*, a następnie czekam kolejną godzinę, by się uaktywnił i zabieram się za wyrabianie chleba.

Wciąż pieczemy z mąki żytniej, z której ciężko uformować kształt, dlatego lepiej piec go w formie. Nie ukrywam, że wciąż marzy mi się uformowanie swojego bochenka, ale jakoś na pszenną nie mam chęci... Właśnie ten gluten, którym wszyscy straszą (my się glutenu nie boimy, co to, to nie!), tak pięknie trzyma w ryzach ciasto, ze pozwala się formować tylko za pomocą dłoni.

No i jak już mi się uaktywni zakwas to do wielkiej miski wrzucam:

1 kg mąki żytniej typ 720 (używam z młyna Szczepanki)
2-3 płaskie łyżki soli
1 łyżka cukru
otręby (2 szklanki - jedna owsianych, druga pszennych albo żytnich) 
pół szklanki słonecznika
pół szklanki siemienia lnianego
zakwas (około 3-4 łyżki)

Mieszam. Dodaję partiami 5 szklanek wody, mieszam dobrze, przykrywam suchym ręcznikiem i zostawiam na ok 4 godziny.
Po tym czasie wykładam masę do 3 foremek wyłożonych papierem, w środek ładując kminek lub czarnuszkę (do środka, przykrywam to masą na chleb), do jednego zawsze też garść pestek dyni.
Do słoika odkładam 3 łyżki zakwasu.

Foremki przykrywam suchym ręcznikiem i odstawiam na minimum 8h. Następnie piekę 50 minut w temperaturze 240 stopni i co 10 minut zmniejszam temperaturę, zostawiając ostatecznie na 190stopniach. (uwaga: to zmniejszanie nie jest koniecznie, możecie ustawić po prostu na 200stopni, ale zaczynając od wyższej, jest ładniej przypieczony). Na noc zostawiam w piekarniku, do wystudzenia.
Trudno, ale warto wytrzymać, bo najlepszy jest kolejnego dnia.

Doskonały do oliwy. Do życia. Do wszystkiego w ogóle.





*Dokarmić zakwas- są różne szkoły, ja robię tak: dodaję 3 łyżki mąki (żytniej lub orkiszowej) i 3 łyżki wody. Mieszam, odstawiam, by się poruszył, tzn zwiększył. I ponownie ląduje w lodówce.


sobota, 30 maja 2015

Omlet biszkoptowy a la tarta Tatin

Prawie trzy tygodnie spania co noc mniej, niż 6h nie mogły się skończyć inaczej, jak infekcją. Umówmy się, że to przeziębienie, a nie choroba. Leżę, śpię, mam ogromny katar i ból gardła. I modlę się do boga, w którego nie wierzę, by domowe sposoby leczenia postawiły mnie na nogi, bo we wtorek o świcie jedziemy w Bieszczady.

Tradycyjnie w chorobie, jestem bez przerwy głodna. Pół cukinii, cebula, garść rukoli i 3 jajka, do tego trzy kawałki chleba. To nie porcja dla dwóch głodnych osób, ale dla jednej chorej Majki. 

Drugie śniadanie było skromne: Michał po treningu zrobił sobie odżywkę na bazie ryżu. Dodał imbir, mleko, jogurt grecki, kurkumę, płatki owsiane, płatki ryżowe, jarmuż, miód, banana .... i okazało się, że zrobił za dużo, więc szklanka byłą i dla mnie. Wypiłam odżywkę i poszłam spać. 

Wstałam po 2 h, no i postanowiłam coś zjeść, co nie powinno Was dziwić. Zblendowałam kilka truskawek, z czego zrobił się piękny mus i dodałam do ugotowanej komosy ryżowej. Z migdałami i żurawiną stanowiło to doskonały lunch.

A na obiad zrobiliśmy tortillę z guacamole i pastą z fasoli i papryki.

Już zacieram ręce na kolację. Bo przecież trzeba jeść, żeby zdrowieć.

A między posiłkami wlewam w siebie hektolitry herbaty z konfiturą imbirową od Liminów, do której dodaję kurkumy. Cóż, dziwny smak, ale kurkuma ma właściwości m.in. przeciwzapalne, więc Michał jest nieugięty i powtarza, że jeśli chcę wyzdrowieć, to mam jej dodawać. Słucham, bo jestem grzecznym pacjentem.

Wspominam też śniadanie, które było tak doskonałe, że powtórzyłam je dla mamy i babci ostatnio, były zachwycone. Tłuściutko, kalorycznie, z książki "O jabłkach", prosto od White Plate. Przepis pochodzi ze strony 22.







omlet: 4 jajka, 2 łyżki mąki pszennej, pół łyżeczki soli, masło do smażenia
jabłka: 3-4 jabłka, 50g masła, 100g cukru, 1 łyżeczka przyprawy do pierników (dałam cynamon)

Robimy tak: masło mieszamy z cukrem na patelni, aż powstanie karmel. Na to wrzucamy pokrojone jabłka. Smażymy kilka minut, aż troszeczkę zmiękną. 

W międzyczasie ubijamy białka na sztywno, nie przerywając dodajemy po jednym żółtku, dosypujemy mąkę i sól i wylewamy masę na jabłka, gdy te już zmiękną i oblepią się karmelem. Gdy już przysmaży się od spodu, przekładamy na drugą stronę. Robiłam to na bardzo dużej patelni, więc musiałam fragmentami przekładać, jeśli Wy będziecie robić z mniejszej porcji, to połóżcie na patelni duży talerz i jednym ruchem odwróćcie, przekładając omlet na talerz, a następnie delikatnie zsuńcie go z powrotem na patelnię i po kilku minutach podawajcie.

Z jogurtem, śmietaną, cukrem pudrem albo dżemem. Albo z niczym, bo bez dodatków było słodkie i idealne.


poniedziałek, 25 maja 2015

Porażka

To uczucie, kiedy od kilku dni oferujesz komuś pomoc i obiecujesz, że wspomożesz dobrym słowem i że może się zwrócić do Ciebie w każdej chwili, gdyby chciał się wygadać, a gdy niespodziewanie wyrasta Ci na ścieżce rowerowej, Ciebie zatyka. Nie przytulasz, chociaż by się przydało, trzymasz się tak bezpiecznie na dystans, bo się boisz, że nie pomożesz, a jedynie zaszkodzisz. Nawet po ramieniu nie poklepiesz.

Improwizujesz, bo okazuje się, że wcale nie jesteś przygotowany. Tak bardzo boisz się ciszy między wami, że tą pieprzoną ciszą mu wcale nie pomożesz, bo on jednak oczekuje rady, jak sądzisz, więc to Ty mówisz: o sobie, o swojej rodzinie, o swoim ojcu i matce, a jemu nie potrafisz odpowiedzieć na jedno proste pytanie.

Pomocna koleżanka, kuźwa.


niedziela, 24 maja 2015

Porządki

W taki dzień dobrze się właściwie zrelaksować. Ja dziś zresetowałam się na cały tydzień, przynajmniej dzisiaj w to wierzę. Pizzę z mozzarellą i anchois popijałam kompotem jabłkowo-rabarbarowym, a niewiele rzeczy latem mnie tak uspokaja, jak właśnie kompot. Gotowałam go z kilkoma goździkami i laską cynamonu.
Dołożę jeszcze jogę dziś i piwo już po wynikach wyborów i będzie idealnie. Tak, zupełnie się wyluzuję, bo przecież wcale nie jestem kłębkiem nerwów przed wynikiem wyborów, nic a nic...


Spędziłam dzisiaj cudowne prawie dwie godziny na słońcu - to troszkę na wyrost, bo przez połowę czasu była duża chmura nade mną, ale czas cienia wykorzystałam na książkę Patti Smith, która leży na półce już 1,5 roku. I tak bardzo mi się podoba styl Patti (którą od zawsze uwielbiam), że już żałuję, że tak późno się za nią zabrałam.

Piękny weekend, bardzo słoneczny. Wspominam w takie dni, te dobre chwile z ostatnich tygodni. W taki słoneczny, choć nieco chłodniejszy dzień, odwiedził nas w maju J. Znowu za długo się nie widzieliśmy. Znowu żałowaliśmy, że tak długo i znowu obiecaliśmy sobie, że nie dopuścimy, by to się powtórzyło. Pstryknął moje papryczki, dumę moją, które z nasionek wyhodowałam i wcale nie było to takie proste. Dziś już są większe, owoce również, i więcej ich jest, ale jeszcze się nie chwalę.

Chili chili chili

Otaczam się ostatnio tylko właściwymi ludźmi, tymi dobrymi i tak jest lepiej. Odnawiam stare znajomości, odkurzam zaniedbane. Złych, niepotrzebnych, irytujących lub toksycznych, pomijam, ignoruję, wycinam z mojego otoczenia. Nie są wskazani w moim życiu.

Ostatni tydzień mocnych treningów przed wyjazdem. Nieeee, ja się do niczego nie przygotowuję, to Michał pobiegnie 80km podczas Biegu Rzeźnika. Będę towarzystwem, pewnie bardziej zmęczonym, niż on. No ale siłą rzeczy, siłownię odpuszczę na tydzień w związku z wyjazdem. Dlatego zamierzam bardzo dobrze te dni wykorzystać, by czas w Bieszczady był jogowym, tzn regeneracyjnym. Już wybieramy książki na wyjazd, to lubię najbardziej.

Płyta "Horses" jest w pierwszej piątce najważniejszych płyt mojego życia. Kocham, kocham, kocham Patti. 




Mam przewietrzoną głowę po tym weekendzie. Uporządkowaną, prawie tak, jak powinnam, jakbym chciała. Tego i Wam życzę.

A poza tym dobrego tygodnia.



niedziela, 17 maja 2015

Czas ogarniania (się)

Miesiąc detoksu i wyrzutów sumienia, bo pisać miałam codziennie, ale zawsze coś... Jak był dzień wolny, to traciłam czas. Traciłam totalnie. 
Tak czasem też trzeba.

Ale już się ogarniam, już naprawdę się ogarniam. Biorę się za to, co przez miesiąc odpuściłam.

Dziś miałam powrót do jogi, od razu lepiej, wszelkie bóle kręgosłupa puściły, bo oczywiście jakimś napięciem, spięciem, stresem były spowodowane. Sama siłownia też jest skuteczna, rzecz jasna, ale nie rozluźnia tak jak joga. Choć ten tydzień miałam regeneracyjny, nie ćwiczyłam, jedynie na rolkach pojeździłam godzinę w poniedziałek. Rower do pracy się nie liczy (8,5km w jedną stronę), bo to jedynie środek transportu.

Nadrobimy wszystko. 

Wróciłam o 3 rano z cudownej imprezy urodzinowej Rudej, z którą nie widziałam się 10 lat i ostatnio odświeżyłyśmy kontakt. Wariatka, cudowna wariatka. Zanim poszłyśmy na imprezę, zjadła u mnie urodzinowy obiad. Joker ją pokochał, bardzo szybko przestał się przed nią chować.

I dziś miałam kaca, a jakże, ale mniejszego, niż się spodziewałam. I cały dzień myślałam o różnych rzeczach, układałam w głowie plan na kolejne tygodnie, plan na siebie. I potem joga mnie ukoiła.

Ale najmilsze wczoraj ze wszystkiego było to, że po tej szalonej, tanecznej imprezie poszłam na chwilę na kolejną imprezę, by chociaż się przywitać z tymi, z którymi też bardzo chciałam się wczoraj spotkać, ale rozdwoić się czasem nie sposób... I te dwie ważne osoby, które nawet nie wiedzą, jak są ważne, tak mi pomogły, tak bardzo podniosły na duchu, choć nie było tego jeszcze wczoraj widać i one zupełnie nie zdają sobie sprawy, ile dla mnie znaczą. Bo czasem wystarczy usłyszeć, że ktoś na ciebie czekał cały wieczór. Albo kilka razy usłyszeć pytanie, czy na pewno wszystko ok i zobaczyć szczerą, prawdziwą, troskę w oczach rozmówcy. Troskę o ciebie. Bo widzi, że coś się dzieje, bo kiedy jesteś pijany, zwalniasz hamulec, w tym przypadku ten, który nie pozwala innym dostać się do Twojego wnętrza.
I dzięki temu było dziś rano lepiej. 

Michał wrócił dziś po 37-km treningu, zjedliśmy dal z soczewicy z mlekiem kokosowym z kaszą bulgur, omawiając jutrzejszego pieczonego pstrąga, któremu włożymy do środka mnóstwo świeżego tymianku, którego pęk dostaliśmy od znajomego z pracy (bo nie przerabia tego z własnego ogródka - jakże nas to cieszy!) i dużo rozmawialiśmy o nadchodzącym tygodniowym urlopie. Odliczamy już. Za dwa tygodnie będziemy w drodze. Wracamy w Bieszczady. To dopiero będzie reset.









niedziela, 19 kwietnia 2015

Hummus i chlebek naan

Michał opuścił mnie w tym tygodniu na 3 noce, z powodu wyjazdu do Mediolanu, na Salone del Mobile. Wiem, to dziwne, że Michał pojechał beze mnie do Włoch, również nie mogłam w to uwierzyć. Niestety nie było dla mnie miejsca w aucie, a wyjazd był służbowy.

Przywiózł mi kawę i ryż, więc już mu wybaczyłam croissanty i kawę o poranku, włoskie rozmowy, lody i Mediolan, który bardzo lubię oraz 300-letnią willę, w której spał 3 noce.

W tym tygodniu miałam nieoczekiwane spotkania. Wyczekiwane, ale nieoczekiwane w skutkach. Dobre i złe. Tych drugich nie da się wyeliminować, ale można nauczyć się radzić sobie z nimi i taki mam właśnie plan na nadchodzące tygodnie.
Jest wiosna, mamy różne pomysły. Nie róbmy głupstw. Albo róbmy, ale nie wszystkie, które byśmy chcieli. 
Sport i dobre jedzenie koi. Sprawdzone.


Chlebki naan

Ja ukręciłam hummus, a Michał przygotował chlebki naan. Częściowo na kolację, a częściowo do pracy na jutro. Jeśli ktoś z Was się z nimi jeszcze nie spotkał, to są takie płaskie drożdżowe chlebki, rodem z Indii, na które nakładamy, co tylko chcemy. Idealne do past typu hummus, guacamole czy miliona innych. Ja używam go jako łyżki i nim nabieram hummus.

Wszystko bardzo easy, jak to u nas:



HUMMUS

puszka ciecierzycy
4 łyżki pasty tahini
sok z cytryny (ok 3 łyżek)
1/3 szklanki lodowatej wody
2 ząbki czosnku
sól
 
 Wszystko poza wodą umieszczamy w blenderze i mielimy dokładnie. Następnie, nie przerywając miksowania, dodajemy powoli lodowatą wodę. Gdy będzie już aksamitnie i kremowo, hummus będzie gotowy. Spróbujcie, czy nie dodać jeszcze soli.
Można podawać z natką pietruszki, oliwą, posypać np papryką. Ja go tak lubię w tej podstawowej wersji, że niczego nie dodaję zwykle. Zazwyczaj zjadam z chlebem lub z warzywami pokrojonymi w słupki (jak marchewka, albo seler naciowy z hummusem, pycha!).



CHLEBEK NAAN (z książki "Jadłonomia")
składniki na 15 sztuk

4 szklanki mąki pszennej
1,5 szklanki mleka
4 łyżki oleju 
1 łyżeczka cukru
1 łyżeczka soli
3/4 łyżeczka drożdży

Wszystkie składniki mieszamy, a następnie zagniatamy elastyczne ciasto. Wyrabiamy kilka minut (prawda, że przyjemne?), a następnie przykrywamy folią spożywczą i zostawiamy na 1 godzinę do wyrośnięcia.
Po tym czasie dzielimy ciasto na 15 równych części, każdą zagniatamy w kulkę, wszystko ponownie przykrywamy folią na 30 minut.
Teraz już ostatnia prosta: rozgrzewamy piekarnik do 250stopni, na blaszkę wyłożoną papierem wykładamy bardzo cienko rozwałkowane kulki. 
Pieczemy 2-5 minut.

Hummus podajemy z chlebkami naan.

I życie staje się dużo łatwiejsze. I w pracy też będzie przyjemnie dzięki takiemu drugiemu śniadaniu.



poniedziałek, 6 kwietnia 2015

Świadomość

Nie chciałam tych świąt. Jestem osobą niewierzącą, więc święta to dla mnie po prostu czas spotkań z rodziną i jedzenia rzeczy, których nie jemy zwykle. Ale zawsze je lubiłam, nie poradzę nic na to, że lubię te kiczowate ozdoby i całą otoczkę.
Nie chciałam świąt w grudniu, ale tych nie chciałam jeszcze bardziej. Postanowiłam zrobić w tym roku tylko pasztet z batatów i nic więcej.

Nie mamy tulipanów, narcyzów, żadnej bazi ani jajek pomalowanych. Ani jednego kurczaczka sztucznego w domu, niczego. Nie chciałam. Tak samo nie chciałam choinki kilka miesięcy temu.

Cały tydzień zastanawiałam się, o co mi chodzi, bo tata nie żyje już ponad rok i nawet się całkiem całkiem z mamą trzymamy. 

Wczoraj pojechaliśmy do rodziców (już zawsze tak będę mówić, no sorry) i od razu, z grubej rury, zaczęłam rozmowę z mamą. Na trzeźwo, przy dziennym świetle. I mama to powiedziała "W tym roku będzie gorzej, bo wszystkie święta, rocznice, ważne dni będą świadome". 

Nie dalej, jak przedwczoraj pytałam Michała, co było rok temu na Wielkanoc. Gdzie spędziliśmy śniadanie świąteczne, bo nic nie pamiętam. Gdyby powiedział, że wyjechaliśmy z mamą nad morze, uwierzyłabym. Wydawało mi się, że tak świetnie się trzymałam, a teraz okazuje się, że to wszystko był fake. Że tak bardzo chciałam być silna dla mamy, że sama byłam nieprzytomna. Tak udawałam, że samą siebie nabrałam. 
 

Co jakiś czas wydaje mi się, że się z tym uporałam. Tak, wydaje mi się. Pieprzę taką świadomość