wtorek, 1 listopada 2016

Wróciłam, silniejsza.

Ciężki miesiąc. Wybrałam się do dentysty, konieczne było kanałowe leczenie, co niestety wykluczyło mnie z treningów na 3 tygodnie. Powrót był, a właściwie jest niezwykle ciężki. Mięśnie pamiętają, ale wydolność siadła mi totalnie. Więc odbudowuję ją, powoli i stopniowo. By sobie nic nie zrobić. 
I jak to zwykle u mnie bywa, wszystko siadło z powodu braku sportu. Październik właściwie przespałam. Dodatkowo pękła mi obręcz w przednim kole, więc musiałam wcześniej zakończyć sezon rowerowy.

Znowu musiałam odpocząć też od internetu, zadziwiające, jak to się zbiegło wszystko. Coraz częściej mi się to zdarza, by nie włączać tygodniami komputera w domu. Oczywiście ułatwia sporo codzienność ze smartfonem, z którym możemy mieć właściwie wszystko. Bo wystarczy podpiąć kabel do sprzętu i z radia słuchać spotify albo BBC z aplikacji, a jest tam kopalnia dobrych programów muzycznych. Skoro mowa o aplikacjach, to i do nauki języków jest ich sporo, co ułatwia różne powtórki, jadąc tramwajem do pracy (najczęściej korzystam z aplikacji ankidroid). Sprawdzenie poczty, facebooka, instagramu, twittera - chwila moment i wyłączam.

Ale jest to trochę złudne, bo wydaje mi się, że oszczędzam wtedy czas, jednak prawdą jest, że robię wszystko "po łebkach". Tak, to prawda, że gdy odpalam komputer, włączam w krótkim czasie kilka (lub kilkanaście) nowych stron, które czytam, zarówno te polskie, jak i włoskie czy angielskie. Nie lubię czytać długich artykułów w telefonie, męczy mnie to. Więc z jednej strony oszczędzam czas, ale z drugiej jestem niedouczona, mam zaległości, mam mniejszą świadomość wielu rzeczy. 


Prezenty od Marysi i Sebastiana



Pomyślałam dziś o tym, gdy odczytałam maila od Marysi, żony Sebastiana. Pracujemy razem, tylko on w oddziale w Szczecinie. Spotykamy się przy okazji maratonów lub półmaratonów. Mieli przyjechać w sobotę ok 15, ale gdy pomyśleliśmy o wszystkim, co musimy razem zrobić, stwierdziliśmy, że nie chcemy się widzieć w przelocie i na wariata. Przyjechali  więc wcześniejszym pociągiem, byli w Poznaniu już po 9 rano w sobotę (musieli wstać o 5 w sobotę!). W niedzielę wstawaliśmy wszyscy ok 6, z racji maratonu, więc popołudniu, przed ich wieczornym pociągiem, zarządziłam 40-minutową drzemkę. Słanialiśmy się trochę już wszyscy. 

I Marysia napisała, że ten weekend był męczący, bo intensywny, ale że "na naszym etapie życia i w tym stale biegnącym świecie to raczej inaczej nie będzie, niż kosztem wysiłku, jeżeli będziemy chcieli dodać cokolwiek do rutynowych, codziennych działań". Aż klasnęłam w dłonie, gdy to przeczytałam. Ileż w tym jest racji! Mamy tak doskonale zaplanowany już nie każdy dzień, ale i tydzień, że każda spontaniczna sytuacja wybija nas z rytmu i niszczy kolejne zaplanowane działania. Nie chcę tak żyć. Przynajmniej nie cały czas :)

I właśnie dlatego musimy się postarać. Nie od jutra, ale od dziś, od teraz. I będę rzadziej odpalać komputer, ale efektywniej z niego korzystać, a nie przeglądając facebooka. Bo inaczej będzie trudno za czymkolwiek nadążyć i cokolwiek konstruktywnego zrobić.

Marysiu, idę za ciosem. Kolejne spotkania z dawno niewidzianymi osobami już zaplanowałam. Chce mi się więcej po naszym spotkaniu. Dziękuję Ci:*

ps. Herbaty, które nam przywieźli umilają każdy dzień. Zawsze twierdziłam, że najlepszym prezentem jest dać komuś herbatę lub/i wino :) A mamy takie szczęście, że nam wielu gości przywozi herbaty, nawet Ci, którzy pierwszy raz do nas przyjeżdżają i nie wiedzą, że lubimy filiżankę dobrej jakości herbaty.
Ale przywieźli nam również dżem marchewkowy, który zrobiła Marysia - smakował zaskakująco cytrynowo i zniknął w 2 dni, były też ciasteczka z orzechami laskowymi, które upiekła przed podróżą oraz gadżety szczecińskie, których jesteśmy fanami, o czym oboje wiedzą. Fajnie jest gościć ludzi, serio.



niedziela, 25 września 2016

#4 Niedzielne obiadki: Placki porowe z pesto pietruszkowym

Zdarza się, że nie wiem zupełnie, co zrobić na obiad w weekend. Zarówno w sobotę, jak i w niedzielę, mamy coś niestandardowego, czyli coś, czego nie jemy w tygodniu (mamy około 10-12 stałych pozycji obiadowych, którymi żonglujemy w pracujące dni, dzięki czemu nie zastanawiamy się, co by tu zrobić na obiad), ale w jeden z tych dni mamy coś na wypasie, jak to nazywamy, a w drugi dzień coś pomiędzy tygodniowym, a niedzielnym. W taki dzień, kiedy nie mam konkretnego pomysłu, Michał bierze jedną z książek kucharskich do ręki i szuka. Ja jestem wykonawcą pomysłu. I te placki on właśnie znalazł.

Ten obiad jest zdecydowanie niedzielny, chociaż to tylko placki. Ale, ale! Jakie placki! Jeśli jesteście fanami placków ziemniaczanych, to przybijam piątkę, bo ja też, ale nie jadłam lepszych placków od tych porowych. A pesto było tak smaczne, że Michał zaniemówił. 

Placki nie wymagają dużego nakładu czasu i pracy, a pesto możecie zrobić dzień wcześniej i trzymać w lodówce, w słoiku. Będzie dobre przez kilka dni.



Przepis pochodzi z książki Marty Dymek, którą znamy z bloga Jadłonomia.

PLACKI POROWE (na ok 12 placków):

3 pory (tylko biała i jasnozielona część)
1/2 papryczki chilli z pestkami
1 łyżeczka cukru trzcinowego
1 łyżeczka mielonego kuminu
1/3 łyżeczki cynamonu
1/4 łyżeczki mielonego kardamonu
kilka łyżek oleju

1 łyżka mielonego siemienia lnianego+ 3 łyżki ciepłej wody
1 szklanka mleka roślinnego
1 łyżka octu

1 i 1/4 szklanki mąki pszennej
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki sody
1 łyżeczka soli

1. Pory pokroić wzdłuż na połówki, dokładnie umyć, osuszyć i pokroić na cienkie półtalarki. Papryczkę chili posiekać. Na patelni (dużej!) rozgrzać olej, wrzucić pory, papryczkę, cukier i przyprawy i dusić na bardzo małym ogniu ok 12-15 minut, czyli do czasu, gdy pory będą miękkie i szkliste.

2. Siemię zalać wodą i odstawić na kilka minut. W większym naczyniu wymieszać mleko z octem. W dużej misce dokładnie wymieszać mąkę, proszek do pieczenia, sodę oczyszczoną i sól.

3. Spęczniałe siemię dodać do mleka z octem i wymieszać trzepaczką. Połączyć z suchymi składnikami i mieszać przez chwilę, do uzyskania gęstego ciasta. Wmieszać uduszone pory.

4. Wykładać po łyżce ciasta na suchą patelnię i smażyć placki przez 2-3 minuty z każdej strony. 

Podawaj z pesto pietruszkowym.



PESTO PIETRUSZKOWE:

3 natki pietruszki, niedbale posiekanej
1/2 szklanki uprażonych pestek dyni lub słonecznika
2-3 łyżki płatków drożdżowych
1 duży ząbek czosnku
1/2 łyżeczki skórki otartej z cytryny
1/4 szklanki oliwy
sól, czarny pieprz

Wszystkie składniki poza olejem zmiksuj w blenderze z ostrzem w kształcie litery S albo rozetrzyj w moździerzu na grudkowatą pastę.

Wlej olej i zmiksuj lub rozetrzyj na pesto. Dopraw solą i pieprzem i przełóż do słoiczka. Doskonałe do placków w/w, ale i na zwyczajne grzanki.


Placki z tym pesto są doskonałe zarówno na ciepło, jak i na ciepło, również następnego dnia. Uzależniają.

Miłego tygodnia!

sobota, 24 września 2016

Kopnęła mnie

Dawno mnie nie było. Chwilowo miałam dość internetu, właściwie wciąż mam, ale potrzebuję go (i Was) do nauki, rozwoju, więc jednak przestałam się foszyć i postanowiłam wrócić. Ale nie jest łatwo. Skupiłam się na innych rzeczach, zdając sobie sprawę z tego, że potrzebuję odwyku od kompa i nagle się okazało, że nie tylko nie włączam go w tygodniu, ale również w weekendy może raz odpalam, by zapłacić jakiś rachunek.
Nie chodzi tylko o cztery treningi w tygodniu, których teraz bardzo pilnuję, ale i inne rzeczy. 

W ubiegłym tygodniu spotkałam się z Julią, zaprosiła mnie na kolację. Jej mąż wyjechał tego dnia, więc gdy położyła dzieci spać (to duże słowa, po prostu lekko rzuciła "Do spania", a one poszły: bez marudzenia, jęczenia, dla nich to naturalne), dokończyła gotowanie i miałyśmy czas dla siebie.

I rozmawiałyśmy, długo, a ona znowu przewróciła mi w głowie. I znowu zmotywowała. Tylko kilka osób potrafi to zrobić tak skutecznie, jak Julia. Jest w niej coś, co sprawia, że skoczysz za nią wszędzie, bo wiesz, że nic Ci nie grozi. A potem powiedziała, że wyjeżdża. Ledwie kilka dni przed tym spotkaniem Michał powiedział "Wszyscy fajni ludzie wyjeżdżają". 
No i my pewnie też wyjedziemy. Myślę, że szybciej, niż się spodziewamy.

Ale żeby wyjechać, trzeba się jakoś do tego przygotować. Już zaczęliśmy. Nawet, jeśli nie wyjedziemy, przygotowania się przydadzą.

Julia, dzięki za kopniaka. Teraz chce mi się jeszcze bardziej i działam ze zdwojoną siłą! 

I gotuję jeszcze więcej, planuję kilka dni do przodu, a nie tylko 2, co zjem w pracy i na obiad. I tak zaplanowałam sobie ostatnio tartę ze szpinakiem, fetą i pomidorkami. W wersji fit, bo bez żadnej śmietanki, ale na ukochanym kruchym. 




Czas na drugie śniadanie, po którym jedziemy na Marsz Równości. A po marszu spotkamy się z kolejnymi inspirującymi nas ludźmi. Mieszkają na Majorce. Tak. Pewnego dnia stwierdziły, że mają dość, rzuciły pracę w korpo i pojechały tam zamieszkać. Już chyba 2 lata minęły. Mówcie mi więcej, aj!!!



sobota, 3 września 2016

Rowerowo - Dziewicza Góra

Poprzednie dwie wycieczki to było nic w porównaniu z wyprawą na Dziewiczą Górę. Miejskimi rowerami. Serio. Michał wybrał najłatwiejszą trasę pod nasze rowery (wbiega na Dziewiczą czasem, więc te tereny zna dość dobrze), ale mimo wszystko momentami musieliśmy podprowadzać je ze względu na piasek. 
Powtórzę: w końcu będziemy musieli zainwestować w górskie rowery.



No i cóż, mimo że wycieczka należała do trudnych, wróciliśmy bardzo zmęczeni, to oczywiście było fantastycznie. Po drodze zrywaliśmy jeżyny z krzaka, gruszki z gruszy tak wielkiej, że przypominała wieżowiec. A gdy dotarliśmy na szczyt Dziewiczej Góry, zjedliśmy bułkę z pastą z grochu i jarmużu, garść orzeszków ziemnych, które zawsze nam towarzyszą w podróży, brownie, które Michał dzień wcześniej upiekł i popiliśmy wszystko czystkiem z termosu. Niewiele mówiliśmy, jedząc i pijąc. Rozglądaliśmy się wokół lub patrzyliśmy na siebie bez słowa. Bo czasem naprawdę nie trzeba wszystkiego komentować
Gdy chwilę odsapnęliśmy, nacieszyliśmy się ciszą, wdrapaliśmy się po ponad 170 schodach na 40-metrową wieżę z tarasem widokowym:



Wróciliśmy około 19, samej jazdy mieliśmy ponad 3h. Zjazd był, rzecz jasna trudniejszy, niż wjazd. Cały czas na hamulcu, z napiętymi łydkami, które później, już na płaskim, drżały, nie chcąc się uspokoić, aż do domu. Uda czułam jeszcze następnego dnia, więc trening był to porządny. Ale to oczywiście same pozytywne strony. Znacie mnie na tyle, że wiecie, ze lubimy solidny wycisk, więc niedzielna przejażdżka wokół Malty nie dałaby nam żadnej satysfakcji.

Po takim treningu piwo smakuje najlepiej, a jaki sen jest mocny! 





wtorek, 30 sierpnia 2016

Addio pomidory

Właściwie od miesiąca żywię się głównie pomidorami. Nie tylko za sprawą moich ukochanych lim, ale również dlatego, że zostałam ostatnio obdarowana przez znajomych z pracy. 

Uwielbiam to, taką wymianę życzliwości, która polega na sprawianiu sobie przyjemności, sprawiając tę przyjemność innym. Do you know what I mean? Dajesz komuś pomidory, wiedząc, jak bardzo się ucieszy i jesteś szczęśliwy, że się udało, że są smaczne. Albo on Tobie daje słoik hummusu i cieszy się, że Ci smakuje.



Miałam dostać kilka pomidorów "na spróbę", a przywieźli chyba z 3 kg. 
Jedliśmy je ponad 2 tygodnie :) Ale nie były to męczarnie i żadne z nas nie marudziło.
Bardzo, bardzo dobre, no i jak to "swoim", czy działkowym, wiele nie trzeba. Ja dodałam szczypiorek, chlust (albo dwa!) oliwy, sól, pieprz i jeszcze jakaś resztka kiełków jeszcze się zaplątała. Do tego domowy chleb żytni i drugie śniadanie jest idealne. 

Takie skromne posiłki (bez mozzarelli czy innych życio-umilaczy) zresztą mi nie zaszkodzą, bo zaczęłam właśnie (który to już raz?!) moją mini redukcję. Ale o tym kiedy indziej.

Jeszcze za wcześnie, by się z nimi żegnać, ale utwór towarzyszy mi co roku, we wrześniu :)






czwartek, 25 sierpnia 2016

Rowerowo - Puszczykowo

Świąteczny poniedziałek 15. tego miesiąca poświęciliśmy znowu rowerom. Tym razem tylko we dwoje.
Przejechaliśmy tego dnia 55 km, w większości (nie przesadzę pisząc o 80%) po leśnych ścieżkach. Wszystko to Niebieskim Nadwarciańskim Szlakiem Rowerowym. Przez Luboń dojechaliśmy do Puszczykowa. Luboń jaki jest, wiemy, ale byliśmy od jego najgorszej strony, niestety, mając wrażenie, że trafiliśmy do jakiejś zabitej dechami wioski. 

Ze względu na weekend, ludzi było sporo po drodze, ale niespecjalnie nam to przeszkadzało. Jaki może być cel na tej trasie? Oczywiście tylko jeden, czyli lody w Puszczykowie (ewentualnie muzeum A. Fiedlera, które już jednak kiedyś zwiedziliśmy). Tradycyjnie była długa kolejka i tradycyjnie lody rozczarowały. Kawa również, więc po przejechaniu zaledwie 2km zatrzymaliśmy się ponownie i zjedliśmy focaccię, którą Michał bardzo lubi robić na wypady rowerowe. Tak, mąka, drożdże, dużo oliwy, czego tu nie lubić?!





Wiedzieliśmy gdzie jechać tylko dlatego, że Michał tam kiedyś biegał, bo oznaczenie trasy pozostawia wiele do życzenia... Może gdyby było wszystko lepiej i wyraźniej opisane, więcej ludzi jeździłoby tam rowerami? 
Czasem niewiele trzeba, by zachęcić ludzi do aktywności w weekend. Choć i tak mnóstwo ludzi woli aktywniej spędzać weekendy, więc widać w lesie ruch - rowerowy i biegowy. To bardzo cieszy oko, bo takie działania zaprocentują i kiedyś będziemy mieć zdrowsze społeczeństwo. Naiwnie w to wierzę. I w ludzi.

Wracam do celebrowania ostatnich wspólnych dni urlopu. Przyjemności!
 

wtorek, 23 sierpnia 2016

Odpoczywamy


Tak właśnie spędzamy urlop. Czytamy, jemy, siedzimy w lesie i dużo jeździmy rowerami.



Kilka dni spędziliśmy na wsi. Popracowaliśmy w ogrodzie, złapaliśmy trochę słońca, pogotowaliśmy innym, zrobiliśmy pysznego wegetariańskiego grilla z obłędnym tofu musztardowym, które jest warte powtórzenia, oj tak! Udało mi się zerwać działkowe pomidory i zjeść z nimi sałatkę, w skład której poza królami lata było kilka oliwek, cebula i szczypiorek. Przyprawione wszystko zostało jedynie oliwą, solą i pieprzem. Uczta, to jest naprawdę uczta! 

To aż nieprawdopodobne, jak te pomidory pachną i smakują. Pachną działką sprzed 25 lat. Pamiętam ten zapach, który snuł się do końca dnia za mną, gdy dziadek pokazywał mi pomidory, marchewki i szczypior. I zrywaliśmy, wybierając dojrzałe, ale bez pośpiechu. Pilnował, żebym wąchała i zapamiętała ten zapach. Dziadku, zapamiętałam :) A później wracaliśmy razem starą Ukrainą do domu, ja na bagażniku, oczywiście. I zawsze mówiłeś, ze droga powrotna jest krótsza, że się szybciej wraca. Nie wierzyłam, a dziś wiem, że to prawda, mam tak samo.






Ja, mieszczuch, coraz więcej myślę o życiu na wsi. Niekoniecznie polskiej. Żeby była czereśnia, grusza, dwie jabłonie, orzech włoski, a wokół domu pomidory, jarmuż, dynie, poziomki i jeżyny, na tyłach kompostownik. Przy domu las. I jakiś pies kulawy ze schroniska, który będzie towarzyszem naszych kotów. 
Może kiedyś. Za 10-20 lat? 

Żeby zrealizować konkretne plany i/lub marzenia, musimy zacząć coś robić. Inwestować w siebie, w rozwój, iść do przodu. Ostatnio muszę sobie to powtarzać, by nie zapomnieć. Bo tak bardzo szkoda każdego dnia na nicnierobienie.

Wracam do nauki, włoski czeka.


poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Rowerowo - Kiekrz

Trzy tygodnie temu wybraliśmy się z przyjaciółmi na piknik rowerowy. Była duszna niedziela.

Podstawą dobrej wycieczki jest zawsze posiłek. My zrobiliśmy focaccię (jedną z oliwkami, rozmarynek i solą gruboziarnistą, drugą bez soli, bo nasi współtowarzysze bardzo mało solą), których kawałki maczaliśmy w oliwie z oliwek, a oni pastę z suszonych pomidorów oraz kotleciki z kalafiora, w których ostatnio się zakochałam. Były też pomidory i sezamowe ciasteczka. Ciężko było się później zebrać, by wracać do domu. Szczególnie, że miejsce na piknik, które znaleźliśmy, było totalnie odosobnione, choć blisko ścieżki, ale chyba już za daleko dla codziennych spacerowiczów. Jedliśmy, rozmawialiśmy o Iranie, odpoczywaliśmy i głęboko oddychaliśmy, ciesząc się sobą i lasem wokół. Przyjemny spokój.




Mimo balastu w formie przeciążonych żołądków, pojechaliśmy okrężną drogą, przez Kiekrz. I tam właśnie, zjeżdżając z dłuuugiej górki przy jeziorze, usłyszeliśmy huk. Marcin złapał gumę. Już chciałam dzwonić do rodziny, która w Kiekrzu ma działkę i jest tam w każdy weekend, ale okazało się, że to niepotrzebne. Michał ma przy sobie zawsze klucz i zapasową dętkę. 




Dzięki porannemu treningowi, na który dojeżdżam rowerem, przejechałam tego dnia 56 km. 
Wróciliśmy po 19, zjedliśmy obiadokolację, wypiliśmy piwo i poszliśmy spać. To był udany dzień :)


poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Mornings

W urlopie jest milion rzeczy, które uwielbiam i większość kojarzy się jednak z Miszą, ale absolutnie Top3 są wspólne poranki. Właściwie zawsze jemy śniadanie razem,w  tygodniu również (chociaż trochę się mijamy, bo wstaję 35 minut wcześniej, ale gdy jem, Michał się krząta), ale w wolne dni jest zupełnie inaczej. Słuchamy Mary Ann Hobbs i razem gotujemy.


Quinoa z malinami i jagodami



Mam jeszcze garść jagód, ale zabrakło mleka, więc zalałam wczoraj migdały na domowe mleko migdałowe. Dziś rano jednak Michał  skutecznie namówił mnie na Vermont pancackes, które najczęściej jemy w weekend po treningu. Jest w nich sporo kalorii i białka, dlatego są idealne po mocnym lub długim treningu, który zwykle wypada w niedzielę. Ale zdecydowaliśmy, że zrobimy je tym razem na mące gryczanej, której ostatnio sporo jemy. Wszystko nam z nią smakuje, jest rewelacyjna! Do tego syrop klonowy, jagody, maliny, resztka wiśni i dżem z owoców leśnych.


Już mi smutno, gdy pomyślę, jak kolorowe mam ostatnio śniadania. Czerwiec i lipiec to moje ukochane miesiące, jest wtedy obfitość owoców i warzyw, której nie jesteśmy w stanie przejeść. Spójrzcie tylko na zdjęcia z ostatnich śniadań.


Chia pudding na m.sojowym waniliowym, z jagodami


A migdałową jaglankę z jagodami zrobię następnym razem :)

Jedną ręką robimy pancackes, a drugą focaccię, o której napiszę więcej wkrótce.
Na dziś zaplanowaliśmy wycieczkę rowerową, więc już uciekam!


niedziela, 14 sierpnia 2016

Hummus

Kocham hummus, naprawdę kocham.

Zasada jest prosta. Gdy hummus jest w domu, Michał godzi się absolutnie na wszystko. Testowałam różne wariacje i najbardziej lubię jednak ten klasyczny, choć z dodatkiem pieczonego buraka jest tak pięknie różowy! 
Robiłam hummus dziesiątki razy i wiem, że nie ma sensu przygotowywać go z ciecierzycy z puszki. 
Hummus nie zabiera dużo czasu, wystarczy odrobina organizacji. 

Wieczorem wrzuć szklankę ciecierzycy do garnka, żeby rano, przed pracą, gdy większość z nas funkcjonuje na autopilocie, wlać wodę (przynajmniej dwa razy tyle) i wsypać łyżeczkę sody oczyszczonej. To niezwykle ważne, z tą sodą, bo ona właśnie sprawi, że Wasz hummus będzie aksamitny.

Wieczorem wymieniacie wodę i gotujecie ok 60 minut, z dodatkiem sody i soli. Najłatwiej sprawdzić, czy jest ugotowany, dusząc ziarno w palcach. Środek powinien być maślany, a nie suchy. Możecie od razu zrobić hummus, ale jak nie macie czasu, zajmijcie się nim za kolejne 24 h :)

Do kielicha blendera przełóż ugotowaną ciecierzycę, dodaj pół szklanki pasty tahini, 3 łyżki soku z cytryny, ząbek czosnku przeciśnięty przez praskę i zmiksuj na gładko. Następnie dodawaj stopniowo 1/3 szklanki bardzo zimnej wody i posól do smaku.

I do lodówki! A później podawaj polany oliwą i posypany za'tarem (dorwałam ostatnio sumak, więc w końcu mam własną mieszankę zatarową) lub wędzoną papryką. Pasuje też natka pietruszki. Hummus jemy najczęściej z chlebem lub selerem naciowym i marchewką, pokrojonymi w słupki.





Będzie mnie więcej, musiałam sie poukładać ze sobą. Wczoraj zaczęliśmy urlop. Potrzebuję odpoczynku, jak nigdy wcześniej. Mam bardzo pracowity i  obciążający psychicznie rok. Będziemy dużo gotować, czytać, chodzić do lasu, trenować. Czyli jak zwykle, tylko intensywniej i wciąż razem.