niedziela, 30 sierpnia 2015

Kalafiorowe curry z cynamonowym ryżem

Znowu upały, cudownie. Mam jednak wrażenie, że to ostatnie podrywy tego prawdziwego lata. Wszystko się kiedyś kończy. Cieszmy się tym, co jest.

Nie miałam ochoty dziś na nic niedzielnego, skomplikowanego, długiego. Wystarczyło, że obudziliśmy się późno i z kacem (Majka z kacem, can you imagine?), bo wróciliśmy ciemną nocą. Trochę poleżałam na łące, planując kolejny miesiąc i porządkując te niedające spać myśli. Wszystko zaczyna się klarować. 
Z powodu tej zarwanej nocy, trening przesunęłam na wieczór, więc obiad był o przyzwoitej porze, jak na naszą niedzielę.

Dawno nie było kalafiora, rzucił Michał. 
Wpisz w wyszukiwarkę u Jadłonomii, może jakieś curry wyskoczy? - Podpowiedziałam.

Wyskoczyło. Wystarczyło iść do sklepu pod blokiem po kalafior, ziemniaki i cytrynę.




Przepis od Marty, po moich niewielkich modyfikacjach:


KALAFIOROWE CURRY

kalafior, podzielony na różyczki
ziemniak, obrany, pokrojony w grubszą kostkę
puszka pomidorów
cebula, drobno pokrojona
2 łyżeczki tartego imbiru
2 łyżeczki mielonego kuminu
1-2 łyżeczki mielonej kolendry
4 goździki
1 czubata łyżeczka kurkumy
1/2 łyżeczki cynamonu
1 ząbek czosnku, posiekany
2 łyżeczki soku z cytryny
1,5 szklanki wody
olej
sól


Zeszklij cebulę, dodaj przyprawy (ja ucieram wszystko w moździerzu, jak np. nie mam mielonej kolendry), podsmaż 2-3 minuty.
Następnie dodaj kalafior i ziemniaki, wymieszaj delikatnie. Wlej wodę i pomidory. Duś pod przykryciem 20 minut, a w międzyczasie ugotuj ryż:

 CYNAMONOWY RYŻ:

Ugotuj ryż (na 1 szklankę daj 2,5 wody) z dodatkiem oleju, soli, łyżki kurkumy i laski cynamonu. 


Lubimy curry w wersji pikantniejszej, dlatego dodaliśmy suszonych papryczek jalapeno. I już na talerzu skropiliśmy danie odrobiną soku z cytryny. Trochę orzeźwiło całą potrawę.


Prawda, że proste? Sezonowe, tanie, szybkie, zdrowe i pyszne. No i na dwa dni. Jutro podam to z kaszą bulgur, która się gotuje jeszcze krócej, niż ryż i będę miała obiad w 10 minut. Bezcenne w poniedziałki.





czwartek, 27 sierpnia 2015

Auć

Wydaje się, że mamy wszystko lub prawie wszystko, co do szczęścia na tę chwilę nam jest potrzebne i potem chlast. Odbija nam. Wymyślamy, kombinujemy, szukamy. I taki czas jest ważny, choćby po to, by przypomnieć sobie, gdzie nasze miejsce. 

Żałuję, że się trochę przywiązałam. Choć przecież nie miałam prawa.

No to zaczynam od nowa. Poboli i przestanie. 
 
Będzie dobrze. Kiedyś. 




niedziela, 23 sierpnia 2015

Lubię moje ciało, to w kierunku nadwagi.

Od kilku miesięcy miałam piękne, regularne treningi. Zwiększałam ilość pompek, a teraz zatrzymałam się na 10, ale pracuję nad techniką - chcę schodzić niżej, pogłębiać i pogłębiać, jak również nie garbić się, no i w ogóle mają te pompki wyglądać naprawdę dobrze. 

I tak ćwiczyłam, dokładałam powtórzenia, wydłużałam deski, bieżnię. Wiem, że schudłam, bo co 1-2 miesiące mierzę całe ciało. Spadające spodenki i luźne staniki mówią same za siebie :) A i zauważyłam, że plecy i ramiona się rzeźbią.. No dobrze, żeby być precyzyjnym: zamiast warstwy tłuszczu widać tu kość, tam mięsień. Kolana też wyglądają jak kolana, a nie jak otłuszczony zewnętrznie staw kolanowy. 

W związku z tymi zmianami, jak i pochwałami bliższych i dalszych znajomych ("Widać, że coś robisz", "Podniósł ci się tyłek", "Nogi mniej puchną", "Czy to od tej twojej diety wegetariańskiej?"), postanowiłam zrobić pomiar w moim klubie fitness. Ostatnio robiłam to w listopadzie 2014 i pamiętam tylko: 30% wody ("Jesteś odwodniona"), 33% tłuszczu ("No...na granicy. Widać, że nie siedzisz na kanapie z chipsami, ale mało tych treningów, co?") i jeszcze usłyszałam, że jestem na drodze do nadwagi.

Musielibyście widzieć, z jaką miną podchodziłam do dyżurującego trenera personalnego, którego poprosiłam o zrobienie i krótkie omówienie pomiaru. Wiecie, na penera, co to nie ja. Bo przecież na bank mam tłuszcz poniżej 25% i milion kg mięśni.



Zesztywniałam, autentycznie zesztywniałam.  
Wagą nie mam się przejmować, bo byłam już po 2 posiłkach, poza tym po treningu, więc sporo wody w organizmie i jeszcze kilka innych powodów, więc odjęłam sobie 1kg, ale w ogóle wagę mam generalnie gdzieś. Liczy się centymetr.

28% tkanki tłuszczowej, mięśni 44 kg, wody (i innych płynów) 50% jeśli dobrze zrozumiałam, co jest super wynikiem, bo dbam od jesieni, żeby pić 2l wody dziennie, a w dni treningowe dodaję 0,5-0,7l.
Anyway, jeśli chodzi o tłuszcz i mięśnie, to powiedział, że jestem na granicy. ("Uparliście się?!") Zejdę z tłuszczem w dół, ćwicząc, to i mięśni będzie więcej, więc powinno być tak, jak przystało na osobę, która prowadzi aktywny tryb życia.

Na granicy... Żebyście wiedzieli, o co chodzi. W KIERUNKU NADWAGI. Serio, tak powiedział. 
Zapytał, o cel. Powiedziałam, że chcę schudnąć, ale jednocześnie też wyrzeźbić ciało. Zapytał o treningi, to opowiedziałam: rozgrzewka + 25-35 min aerobów + 20-25 min treningu siłowego + rozciąganie. I od razu powiedział, że błąd tkwi w kolejności. Najpierw siła, potem aeroby, bo przecież to logiczne, że zaczynamy spalać tkankę tłuszczową po 30 minutach aktywności itd itp. "Kurde, no fakt", mówię. 

Załamałam się w pierwszej chwili wynikiem, ale chwilę z nim porozmawiałam i trochę mnie ukierunkował i jednocześnie zmotywował. Kolejnego dnia już zmieniłam treningi. No i z każdego posiłku zaczęłam odejmować 10-15% porcji, bo troszkę jednak jem za dużo, myślę. Obiecuję, że głodna nie będę chodzić.

Po 8 dniach od spotkania z trenerem, po mocnym treningu, waga w szatni pokazała 61,1kg, co oznacza, że pierwszy raz, odkąd jestem z Michałem (ponad 8 lat), ważę mniej od niego. Od lat ja staram się ważyć mniej, a on więcej i czekaliśmy, kiedy nasze wagi "się spotkają". Nie muszę dodawać, że pod prysznicem śpiewałam i tańczyłam, prawda? A po powrocie do domu, rzuciłam od niechcenia "Co robisz, grubasku?" :)
Z przyjemnością pójdę na kolejny pomiar do tego samego trenera za 2-3 tygodnie. 

Spójrzcie na to ciało w kierunku nadwagi.



Ostatecznie zaczęłam lubić swoje ciało, choć tak wiele jest jeszcze do zrobienia. Ale widzę, jak się zmienia, skóra jest napięta i wdzięczna za regularne nawadnianie, ciało jędrniejsze z mniejszą ilością tłuszczu. I jędrne nie dlatego, że piszą, że takie jest, gdy uprawiasz sport - ja czuję tę jędrność i to jest naprawdę miłe! Inaczej sukienki leżą (nie wspominam, że w końcu zaczęłam je nosić), chce mi się zakładać szorty, szukam wciąż mniejszych spodni i lepiej się czuję sama ze sobą. 
Fajnie jest. 

Powalczcie trochę o siebie, polecam.


PS. Jeszcze o wieku metabolicznym. Mam 30 lat, uprawiam regularnie sport. Wiek metaboliczny (czyli wiek, na jaki czuje się mój organizm) nie powinien więc być wyższy niż 15-16 lat. Tymczasem wynik pokazuje 28 lat. I to mnie chyba najbardziej zabolało, bo spodziewałam się, że będzie nastoletni.
Odmłodzę organizm jeszcze przed zimą, taki mam plan.


niedziela, 16 sierpnia 2015

Transatlantykowi goście

Kiedy ktoś u nas nocuje, to zdecydowanie najprzyjemniejszą częścią spotkania jest wspólne śniadanie. 
Staram się wykorzystać ten czas maksymalnie i zaprosić kogoś nowego, kto jeszcze z nami nie jadł lub nie zna osoby, która u nas śpi.
Eliza z Łodzi spędziła z nami poprzedni weekend, Tomasz nie mógł dotrzeć, ale zaprosiliśmy też Andrzeja.

W piątek piliśmy piwo i wybieraliśmy filmy na Transatlantyk (bo w tym celu m.in przyjechała Eliza), ale ja byłam z nimi jedną nogą, drugą szykując śniadanie. Było bardzo gorąco, a na sobotę zapowiadali w Poznaniu 38 stopni, więc wykluczyłam wszystkie ciepłe potrawy i placki smażyłam właśnie w nocy, żebyśmy mogli je zjeść na zimno.

Andrzej przyjechał chwilę po 10:00 z arbuzem, paprykami i nieprzyzwoitą ilością pomarańczy, z których zrobił nam sok (przywiózł nawet swoją wyciskarkę, to dopiero gość!). O arbuzie ostatecznie zapomnieliśmy, ale zajadaliśmy się nim w niedzielę, już sami.



Placki cukiniowe, do których podałam przyprawiony jogurt grecki, okazały się dość sycące. Ale był jeszcze hummus, który zagryzaliśmy świeżo zrobionym chlebem oraz warzywami (papryka, ogórek). Na takie śniadanie musi być hummus, tak myślę. Przecież na nie ma na świecie nikogo, kto nie lubiłby hummusu!
Funkcję deseru spełniał pudding chia, na który podam przepis od niezawodnej Maddy


CHIA PUDDING Z ESPRESSO

4 banany
½ l mleka sojowego waniliowego 
4 łyżeczki nasion chia 
4 łyżki mielonych migdałów 
100 - 200 ml przestudzonego espresso 

Wszystko razem zmiksować, wstawić na noc do lodówki, a następnie czekać na komplementy. Jest magia.

 Jak już zjedliśmy, co trochę trwało, Andrzej podwiózł nas do kina (dziękuję za klimatyzację, naprawdę dziękuję!), więc od razu kupiliśmy bilety, a ponieważ do seansu mieliśmy jeszcze ponad godzinę, poszliśmy na wystawę Let's dance. Kto nie był, ten trąba, ja byłam już dwa razy :) Tym razem miły pan nam dokładnie opowiadał wszystko po kolei, więc było jeszcze ciekawiej.

Po kinie wypadało już coś zjeść, więc po długich wahaniach (z klimą czy bez), poszliśmy do Je Susa, nowej wegańskiej knajpy na Taczaka. Chłodnik z ogórka, a następnie spring rollsy nas bardzo zadowoliły, pewnie będziemy wracać :) Ja się jeszcze zakochałam w lemoniadzie pokrzywowej.

Spring rollsy w Je Susie
Tradycyjnie nie zrobiliśmy sobie z Elizą żadnego zdjęcia...

Eliza kiedyś pisała bloga, może do niego wróci, mhm? Bo smacznie tam było bardzo!
Zapraszamy do nas częściej i jednocześnie obiecujemy wyprawę do Łodzi, którą dla nas odczarujesz, już to wiem :)



niedziela, 2 sierpnia 2015

Risotto z kurkami

Bardzo, ale to bardzo potrzebuję urlopu. Jeszcze tydzień.
Może na kilka dni uda nam się gdzieś wyrwać. Potrzebuję bardzo resetu, od wszystkiego. Jakieś pomysły, jak samą siebie zresetować, skutecznie?

Risotto z kurkami


Lipiec spieprzył, nie wiem za bardzo, kiedy i dokąd. Ale są kurki, już w rozsądnej cenie. Jeden z moich ulubionych obiadów:



RISOTTO Z KURKAMI

200 g kurek świeżych
szklanka ryżu do risotto (u nas carnaroli)
połowa małej cebuli
gałązka rozmarynu
2 ząbki czosnku
parmezan lub inny twardy żółty ser
3-4 szklanki bulionu warzywnego 
masło

Kurki oczyszczamy, połowę kroimy w kostkę 0,5cm, pozostałe odkładamy na bok.
Na maśle szklimy posiekaną drobno cebulę, dorzucamy do niej kurki, po minucie dodajemy ryż. Gdy dokładnie oblepi się masłem, wlewamy pierwszą część bulionu. Mieszamy co jakiś czas, dolewając bulion partiami, aż ryż nie wchłonie płynu na tyle, by jego konsystencja nas zadowoliła :) Podpowiadam, że zajmuje to około 15 minut.

Risotto wyłączamy, dodajemy starty ser (wg uznania), łyżkę masła, mieszamy i odstawiamy na 3 minuty pod przykryciem.

Na osobnej patelni rozgrzewamy łyżkę masła, dodajemy pokrojony w plasterki czosnek, smażymy 1 minutę.
Dodajemy listki rozmarynu i odmierzamy kolejną minutę. A na to wrzucamy pozostałe kurki, drobno pokrojone i dajemy im ok2  minut na dojście. Chlust oliwy na koniec.

Nakładamy risotto, na każda porcję dajemy kurek z czosnkiem i rozmarynem. I czekamy na mruczenie zadowolenia Waszych współtowarzyszy.

Nie marnujmy czasu, lato tak szybko ucieka... Zajadam je na zmianę czereśniami, wiśniami, borówkami, arbuzami... I popijam lemoniadą. 

Przed nami niezwykle upalny tydzień, nacieszmy się nim i trzymajmy kciuki, żeby trwał chwilę dłużej (np na mój urlop!). I bądźmy dla siebie dobrzy. Nie od jutra, ale od dziś.

Będę częściej, obiecuję.


niedziela, 12 lipca 2015

Slow weekend

To pierwszy tak spokojny weekend od dawna. Nie pojechaliśmy do mamy, nikt do nas z daleka nie przyjechał, nie mieliśmy zaplanowanej podróży, nie zrobiliśmy grafiku zajęć na 3 dni.

W piątek wieczorem obejrzeliśmy kilka odcinków "Girls", wypiliśmy butelkę wina i spędziliśmy razem czas. 
Konsekwencją wypicia całej butelki wina, było długie wylegiwanie się w łóżku w sobotni poranek. Raz w roku można! Zjedliśmy razem śniadanie i każde z nas poszło na trening. Siłownia o 13:00 w sobotę świeciła pustkami, ćwiczyło się bardzo komfortowo.

Wracając, spotkałam sąsiadkę na klatce schodowej (uśmiechamy się z Michałem do siebie, widząc ją przez okno, gdy na plecach dźwiga piękny żółty futerał, który mieści w sobie wiolonczelę). Sąsiadka-nie sąsiadka, bo jedną nogą mieszka w Berlinie. Zawsze nam brakuje czasu, by dłużej i spokojniej porozmawiać, więc żegnałyśmy się dwa razy, poruszając kolejne tematy, które oscylowały głównie wokół jedzenia, rzecz jasna. Jak już nam się udało rozstać, pomyślałam, że poczęstuję ją naszym dzisiejszym obiadem. Godzinę później zjawił się u nas gość, któremu chcieliśmy za coś bardzo podziękować. W ramach tych podziękowań zaprosiliśmy go na obiad. I tego curry z mango dostała też odrobinę Ola, sąsiadka. Smakowało, a to cieszy. Wywołało uśmiech, a to najważniejsze. 
Mango było co prawda za kwaśne, pasty curry dałam za mało (przez co nie było odpowiednio ostre), ale wszyscy byli zadowoleni, więc nie będę już kręcić nosem, obiecuję.

Gość, który zjadł obiad, okazał się gościem idealnym, bo po obiedzie przyrządził dla nas deser, który sam przywiózł, z truskawek i malin. Do tego piliśmy dobrą kawę i rozmawialiśmy o życiu :)



Godzinę po jego wyjściu byliśmy już na koncercie, pod blokiem niemalże, bo nad Maltą, zagrał KAMP! 
W kolejce po piwo znalazła mnie Edzia, kobieta, którą zawsze chciałam być. Nie widziałyśmy się z pięć lat, a ona jest jeszcze fajniejsza, niż kiedyś, wygląda doskonale. To jest kobieta, której się chce. Jest wzorem, naprawdę. Nigdy nie miałam okazji jej tego powiedzieć.
Cudowności, tyle cudowności wczoraj było. Piękny dzień.

Dziś natomiast wstałam później, tzn przed 9, ale Michał już wychodził na trening. Zjadłam śniadanie, poczytałam, zjadłam drugie śniadanie, którym była quinoa z masłem orzechowym, migdałami i syropem z agawy, zrobiliśmy zakupy, zaliczając przy okazji spacer. Było gorąco, słonecznie, cudnie.

Na obiad była jedna z moich ulubionych propozycji, czyli tortilla z guacamole i pastą z fasoli z papryką. To obiad, który zawsze wywołuje u mnie uśmiech i mruczenie podczas jedzenia. Jestem uzależniona od guacamole, kocham absolutnie!

Wieczorem miałam jechać na trening spinningowy, ale wczoraj trochę przesadziłam na siłownii i zdecydowałam się na sesję jogi w domu. A na jutrzejszy obiad upiekłam topinambur, do tego podam kaszę bulgur z makaronem vermicelli.  I może puree z soczewicy do tego?
Topinambur upiekłam z solą, czosnkiem, rozmarynem i polałam oliwą. Opowiadali, że będzie miał orzechowy smak. Ma bardzo orzechowy, jest przepyszny!

Topinambur, jeszcze surowy


Co jeszcze było? Jakieś maseczki, paznokcie, peeling kokosowo-kawowy, tymianek przesadziłam, koty wyczochrałam, poczytałam więcej, zrobiłam lunchbox dla współpracowników (smalec z białej fasoli z suszoną śliwką + chleb domowej roboty). I takie dni są potrzebne. Powoli, chcę częściej tak powoli.

 Miłego tygodnia!

 

niedziela, 5 lipca 2015

Meteo Zemsta

Tydzień temu ledwie 15st, dziś 35. Tydzień temu była Agata z Warszawy. I gdzie tu sprawiedliwość, hm?

W sobotę było pięknie, idealnie na grill urodzinowy Agi Gabor, ale późnym wieczorem się rozpadało... Wracaliśmy spod poznańskiej miejscowości późnym wieczorem, przygarnęliśmy turystkę - Agatę na noc i ...zaczęliśmy sobie dogadzać już na wejściu.
Rano posililiśmy się dyniowymi pankejkami, dobrą kawą i ruszyliśmy na drugie śniadanie i drugą kawę.

Zdecydowaliśmy się wszyscy na ramen



"Ten tofurnik dobrze brzmi" ;)

Sweet Grass




Zaczęliśmy od Placu Wolności. Była końcówka Malta Festiwal, więc liczyliśmy na coś dobrego. Trafiliśmy na Sweet Grass, która za 6zł dała nam porcję wegańskiego ramenu, z bobem, fasolką szparagową i grillowanym bakłażanem. Pyszne, a dodatkowo też rozgrzewające, bo naprawdę byliśmy zmarznięci.
Za 4zł wzięłam sobie mały pasztecik z białej fasoli, a później również kawał ciasta kokosowo-agrestowego, który zjadłyśmy z Agatą na pół.


Ramen wegański od Sweet Grass.


A później kawa, tym razem drip. Nie zachwycił mnie, ale fajne, nowe doświadczenie, a przede wszystkim przyjemne miejsce - Stragan. Trochę się tam ugrzaliśmy i poszliśmy na wystawę "Let's dance" do Starego Browaru. Prawie zawsze można coś ciekawego zobaczyć w Art Stations Foundation, tym razem bez zachwytów, ale z ostatniej sali nie chciało się wychodzić, ze względu na muzykę. Gdybyście byli w pobliżu, to jednak zajrzyjcie, wejście za free.

Po wystawie zaburczało znowu w brzuszkach i ruszyliśmy na obiad do Zemsty. Na rozgrzewkę zupa z czerwonej soczewicy na mleczku kokosowym. 7,00/porcja. Bardzo, bardzo dobra. Na drugie pieczone kotlety, z puree i sosem pomidorowym, też 7,00/porcja, ale już dość średnie. Są nierówni, ale dość tani, dlatego i tak będę polecać i odwiedzać. Michał wziął hummus klasyczny, jako dodatki były warzywa i chleb. Odrobinę zbyt gęsty, no ale... 7,00/porcja.

Dołączyli do nas Aga i Gabor, też się skusili na zupę, a później odprowadzili Agatę na dworzec.

Lubię, jak przyjeżdża Agata. Do niej jeździć też lubię, choć to już ma miejsce duuuużo rzadziej. Należy ona do ścisłej czołówki osób najbardziej inspirujących mnie do działania, szukania, czytania, rozwoju, sportu, jedzenia, do wszystkiego. Po prostu dzięki niej bardziej się chce. 



Wspominam o Zemście, bo jeszcze przez tydzień pilnujemy kotów naszych drogich Liminów, a mieszkają w pobliżu Zemsty właśnie, a skoro jest tak gorąco, to ja dzisiaj zastrajkowałam z gotowaniem. I w owej Zemście akurat był chłodnik z botwinki, przepyszny! A na drugie kotlet sojowy, surówa i pieczone ziemniaczki. Obiad dla dwóch osób + lemoniada wyniosła nas 30zł. To tak, gdyby ktoś się wahał. 
I można zjeść na zewnątrz, czyli w bramie, czyli jest chłodniej i przyjemniej.

Nie wiem, co jutro, póki co ratujemy się wodą smakową (do 2-litrowego dzbanka wrzucam garść rozmarynu z parapetu i kilka plasterków cytryny. Wstawiam do lodówki na kilka godzin, najlepiej na noc i gotowe), arbuzem i lodami w nieprzyzwoitych ilościach. Jest gorąco, jest upalnie, jest cudownie. Niech to lato tak trwa!




środa, 24 czerwca 2015

Truskawki pieczone z octem balsamicznym

Czułam w kościach wczoraj rano, że spotka mnie coś miłego. I przeczucie mnie nie zawiodło. Farbowałam wczoraj włosy, kiedy zadzwonił, że jest pod blokiem. Rozmawialiśmy chwilę przez drzwi, nie chciałam go wpuścić. Tak się nie robi, no!

Wiecie, jak to jest w chorobie: człowiek leży byle jak i w byle czym, żeby się tylko wypocić, 13:00 to początek dnia, pozmywa się przed przyjściem Michała z pracy i w ogóle. Nieogar całkowity ze sobą i z mieszkaniem. Poprosiłam go o 15 minut.

A on był w Poznaniu, akurat miał wolne, przywiózł dwie siatki owoców. Poczęstowałam go zupą pomidorową z soczewicą, zjedliśmy mango i trochę truskawek. I rozmawialiśmy. 




Ale to było wczoraj. Musiałam coś zrobić z truskawkami, które mi J przywiózł.  

Przekroiłam każdą na pół, wrzuciłam do naczynia żaroodpornego, polałam 3 łyżkami octu balsamicznego, minimalnie osłodziłam i piekłam 40 minut w 200 stopniach. Po wystudzeniu przełożyłam do słoików, nie było sensu pasteryzować, bo wiedziałam, że zjemy to w ciągu 2-3 dni.

Dziś rano ugotowałam kaszę jaglaną, dodałam do niej 4 łyżki tych truskawek, wrzuciłam kilka migdałów i dodałam bazylii. Musiałam co prawda dosłodzić syropem z agawy, który możecie zastąpić miodem, ale już wiem, że jeszcze kilka razy je upiekę przed końcem sezonu. Przepyszna sprawa.

 
Jaglanka w towarzystwie Oriany Fallaci



Zacieram już ręce na myśl o chia puddingu z nimi, który będzie na jutrzejszy lunch do pracy. Bo dziś jeszcze zostałam w domu, więc dogadzam sobie kulinarnie w chorobie. Jem, czytam, piszę, nadrabiam.* 
I słucham pięknej muzyki.







*Leżę i tyję - w domyśle.




wtorek, 23 czerwca 2015

Bieg Rzeźnika 2015, czyli jak Michał został ultrasem

Michał marzył od dawna o tym biegu. Ostatnie miesiące były dla nas obojga dość trudne. On się stresował, a ja się stresowałam, że on się stresuje itd. Najgłupsze drobiazgi prowadziły do kłótni i fochów. Ale przetrwaliśmy. Po prostu częściej gryźliśmy się oboje w język, im bliżej startu. Uff, to już za nami :)

Michała pakowanie, to tylko na bieg

Dystans niemal 80km jest nieludzki, ale dodajcie do tego bieg w górach (i Bieszczady wcale takie łatwe nie są, jakby się komuś mogło wydawać. Zapraszam na podejście pod Małe Jasło, o. I wiele innych zresztą też), no i totalna jazda, czyli start o 3 rano. To nie znaczy, ze wystarczy wstać o 1, zjeść śniadanie, wypić kawę i pobiec. Bieg Rzeźnika zaczyna się następująco: o 1:30 jest zbiórka w Cisnej, skąd autokary zabierają zawodników na start do Komańczy. Jadą tam około 1h. Więc pobudka jest około północy. 
Tak, sami sobie wymyślcie, o której się idzie spać przed Rzeźnikiem. Meta jest w Ustrzykach Górnych, skąd autokar zawodników zawozi do Cisnej. Nie jest to łatwe przedsięwzięcie dla kibiców, jeśli chodzi o logistykę. Mamy 2 przepaki i jeden punkt kontrolny i nawadniający, czyli 3 miejsca, w których możemy spotkać naszych zawodników, bo trasa biegu nie wygląda jak na maratonie, więc nie możemy się ustawiać gdzie chcemy; jakoś sobie nie wyobrażam czekać w środku lasu na Michała. I w środku nocy jeszcze w dodatku.

Profil i opis trasy ze strony biegu.



I. Komańcza 
II. Cisna 
III. Smerek 
IV. Berehy Górne 
V. Ustrzyki Górne

Przybliżone przewyższenie trasy to +3235m podbiegów oraz -3055m zbiegów.



Dlatego pierwotny plan był taki, że odprowadzę Michała do autokaru i wrócę spać. Będziemy w kontakcie telefonicznym i zobaczymy się w Cisnej.

Ale oczywiście poznałam ludzi, którzy mieli auto ;) O ludziach i samej podróży będzie osobny post.
Marta supportowała swojego chłopaka Mateusza i jego partnera Janka (jeśli ktoś jeszcze nie słyszał, ten bieg pokonuje się w parach), którzy nie chcieli zostawiać niczego na przepakach, tylko odbierać od niej. Dlatego jej towarzyszyłam.
Wstałyśmy z chłopakami o północy. Zawiozłyśmy ich pod autokar (mieszkaliśmy 2,5km od Cisnej) i wróciłyśmy spać. Ustaliłyśmy, że wyjedziemy z domu o 6:40, bo pierwszy przepak był po ponad 30km w Cisnej właśnie.
Udało się nie zaspać, ale prawie nie zasnąć też. Nerwy zrobiły swoje, ale kto by się nie denerwował?

Sporo znajomych spotkałyśmy, zanim nasi dobiegli, żeby wspomnieć choćby Marcina z Kościana czy dr Sławomira Marszałka, albo Bo i Krasusa. Chyba miło tym wszystkim biegaczom, że ktoś poza oczywistym supportem (rodzina, najbliżsi) też im kibicuje.
Mateusz i Janek z jankową kontuzją pojawili się o przewidywanym czasie. I od razu zapytali o leki przeciwbólowe. Wiedzieli, że za nimi najłatwiejszy odcinek trasy. Widziałyśmy, że jest ciężko, ale że będą walczyć.


Cisna

Długo czekałyśmy na Michała i Kamila, w końcu się zjawili. Zdjęcie mówi wiele, ale nie wszystko. Noga Kamila dała o sobie znać. Misza żartował, więc wiedziałam, że czuje się doskonale. Oporządziłyśmy ich, buzi buzi, poklepani po ramieniu i pobiegli dalej. A my poszłyśmy na śniadanie. Przy jajecznicy i kompocie jabłkowym rozmawiałyśmy o tym, co robimy w życiu, bo właściwie nie zdążyłyśmy nawet 5 minut wcześniej porozmawiać. Wypiłyśmy kawę i pojechałyśmy na drugi przepak, kierunek: Smerek.

Było już gorąco, bardzo. A tam kawałka cienia nie uświadczyłyśmy nawet. Czekałyśmy. Mateusz i Janek dobiegli. Ciężko, ale byli zdeterminowani. Czekałyśmy długo na Michała i Kamila, w końcu zadzwoniłyśmy do nich. Okazało się, że są daleko. Musiałyśmy jechać na Berehy (Brzegi Górne), żeby zdążyć z piciem i jedzeniem dla Mateusza i Janka. 

Na Berehach też grzało, ale była piękna górka, na której rozłożyłyśmy koc, wyjęłyśmy kanapki, daktyle i rodzynki. I kibicowałyśmy, i rozmawiałyśmy dalej o życiu, podjadając. 

Tak trudno mi opisać, co czuję na zawodach, gdy czekam, aż pojawi się Michał. Ekscytacja połączona ze stresem. Czy wszystko w porządku? Bo przecież już powinien być. Ale zawsze jest, więc po co te nerwy, Majka? A w międzyczasie fale biegaczy, do których krzyczę, dla których klaszczę, których tak bardzo chciałabym wesprzeć, a każde słowo typu "Dawaj!", "Świetnie wyglądasz, a już tyle za tobą!", "Zazdroszczę, że możesz!" wydaje się banałem. Oni wiedzą, że każdemu tak krzyczę, ale wiedzą też, że każdemu życzę tego szczerze. Ciary, cały czas ciary. I łzy w oczach. 
Po każdych zawodach jestem wypruta emocjonalnie i zasypiam jak dziecko. Po każdym maratonie Michała to ja jestem bardziej głodna i po obiedzie muszę iść na drzemkę, on mi tylko towarzyszy.

Teraz jechałyśmy już w stronę mety, do Ustrzyk. Zdzwoniłyśmy się z chłopakami, żeby dowiedzieć się, ile mamy czasu. Na obiad i piwo wystarczy. Jak się już posiliłyśmy, usiadłyśmy bliżej mety. Zgarnęłyśmy Mateusza i Janka i pojechaliśmy do domu, do Cisnej, bo Michał i Kamil mieli przed sobą jeszcze ok 2h biegu. Wiedziałam, że nie ma sensu czekać, że spotkamy się na miejscu. 
Ostatecznie ich bieg trwał 15h z hakiem.

Kamil opisał swój i Michała bieg tak. Bo sprawiła, że się wzruszyłam i, nie będę ukrywać, popłakałam. Tylko niektórzy rozumieją, że podmuch wiatru może sprawić ból. Krasus tu i właśnie tam poczytacie, jakim jest niesamowitym partnerem biegowym dla Bo.

Milion emocji, zdjęcia znajdziecie na blogach, które podlinkowałam. Oczywiście można mówić, że gdyby tamten się lepiej przygotował, byłby lepszy czas, gdyby tamten nie miał kontuzji, pobieglibyśmy dalej (bo Bieg Rzeźnika na 77km wcale nie dla wszystkich się skończył, można było biec dalej...), gdyby gdyby gdyby. Ale to bieg, w którym najważniejsze i najtrudniejsze jest właśnie partnerstwo. Nie biegniemy sami, odpowiadamy również za drugą osobę, którą wybraliśmy sobie na towarzysza w tych zawodach. I musimy ze sobą wytrzymać te kilkanaście godzin, wypracować różne kompromisy, znosić fochy i schować dumę i gniew do kieszeni. 

Spisali się i jestem z nich bardzo dumna.

Pisałam już na facebooku, powtórzę: Michał jako jedyni z widzianych przez mnie biegaczy, chodził zupełnie normalnie po Rzeźniku. nie biegł na maksa i to pewnie tym jest spowodowane, ale schody mu nie były straszne, skurcze nie łapały, mięśnie nie bolały. Bieg Rzeźnika wspomina jako wycieczkę biegową. Tak, taki to mój rzeźnik właśnie. Mało ludzki; no, sami powiedzcie!



niedziela, 21 czerwca 2015

Najdłuższy dzień roku spędzić w łóżku.


Do 14 wypiłam 1,5l krupniku...

Można i tak, choć nie polecam. Od rana leżę z gorączką, ogromnym katarem i nieznośnym bólem gardła. Kolejny raz kłaniają się nieprzespane noce (no już nie przesadzam, ale bardzo rzadko śpię 6h, naprawdę, a to trochę mało przy dość aktywnym trybie życia), damn. I kolejny raz obiecuję poprawę i od jutra wyłączyć kompa o 22:30, a światło (bo to cholerne czytanie tyle czasu później zabiera! Kto teraz czyta książki?!) maksymalnie o 23:30. 

Już wczoraj miałam katar i ból gardła, ale nie odpuściłam (sic!) spinningu rano, a popołudniu dzielnie dawałam radę, pijąc wino (tak, Majka, gratulujemy) podczas imprezy rodzinnej. I tak się trzymałam, by uniknąć kłopotliwych pytań, a jak tylko weszliśmy do domu, to mnie ścięło na amen.

Dziś była pierwsza Joga Przy Fontannie, do końca sierpnia spotykamy się tam w każdą niedzielę o 9:00. To już kolejny rok w tym miejscu, ale mamy również alternatywę dla śpiochów: Yoga na Malcie w soboty o 13:00 przy kąpielisku nad Maltą będzie również joga, prowadzona przez innych ludzi. Nie wiem tylko, jak chcą rozwiązać problem tłoku w gorące dni, kiedy jest tam naprawdę tłumnie. Ktoś reflektuje na jogę na powietrzu? Atmosfera jest bajeczna, naprawdę warto! Możemy iść potem na wspólne śniadanie czy coś ;)
Tu macie artykuł, dotyczący dzisiejszych zajęć.

A w ogóle to dziś obchodzimy Międzynarodowy Dzień Jogi. Spójrzcie, jak wyglądały zajęcia w Indiach, które prowadził sam premier Narenda Modi:


Zdjęcia z gazeta.pl


Sporo dziś czytam, bo wciąż leżę, więc albo śpię, albo czytam, dzięki czemu Miłoszewski idzie jak burza. Zgodnie z przewidywaniami i opiniami: bardzo wciągająca pozycja.

Tak, w kolejnym tygodniu napiszę kilka zdań o Bieszczadach, obiecuję.